Obserwatorzy

środa, 11 czerwca 2014

PTASZARNIA

Mam przyjemność mieszkać w takiej części miasta, której cechą charakterystyczną jest dzicz totalna, żeby nie powiedzieć bajzel... Podobno na takim wygwizdowie to już psy inną stroną niż zwykle  szczekają. Nie wiem, nie przyglądałam się. Szczekanie średnio mnie interesuje. Każdego dnia jednak z ogromną przyjemnością nasłuchuję śpiewania, trelenia, ćwirkania - obłędnego ptasiego radia za moim balkonem. 
Pokaźne krzaczory i oddalenie od drogi zachęciły całe to śpiewające, skrzydlate towarzystwo do zamieszkania tuż pod blokiem. Wierzcie mi, że usypianie przy takim akompaniamencie jest jak część rajskiej obietnicy- uwielbiam poprostu.
Z tego rozklejenia ptasimi śpiewami pozwoliłam pewnej parce na  założenie rodziny nieo bliżej. Pamiętacie kiedy pisałam Wam o moich gołąbeczkach na balkonie? W tym właśnie miejscu post straci mocno na atrakcyjności, więc lojalnie uprzedzam: wrażliwość proszę sobie skręcić do minimum ewentualnie opuścić lokal ;)
Dla przypomnienia: parę wolnych dni i nasza nieobecność w balkonowej przestrzeni wystarczyła, żeby pewna zakochana para zmontowała pod krzesłem coś na kształt gniazda. Kiedy zobaczyłam te rozwalone wszędzie badylki miałam zamiar zaserwować im przeprowadzkę, ale okazało się, że w kącie bieliły się już dwa śliczne jajeczka. No wzruszyłam się poprostu i stwierdziłam, że tak bliski kontakt z ptasim światem nie może nam przecież zaszkodzić. Poobserwujemy, podopingujemy i będziemy mogli rosnąć z dumy, że nowe życie jest poniekąd naszym udziałem. Jajeczka naprawdę śliczne, idealnie bialuśkie, szybko otworzyły się i ukazały coś, co już wcale ładne nie było. No co tu dużo gadać, takich brzydkich dzieci to już dawno nie widziałam. Wielki dziób i doczepione do niego brudno-rdzawe coś. To mało atrakcyjne przedszkole  nie było jeszcze problemem na tym etapie. Rosło jednak zaskakująco szybko i dzisiaj już gabarytami niewiele różni się od mamy i taty. Swoją drogą jestem pełna podziwu dla ich troski i umiejętności organizacyjnych. Dzisiaj np. rodzice zabierają na zmianę raz córkę, raz syna na lekcję latania. 
Tak tak, mamy chłopca i dziewczynkę. Zastanawiałam się nawet czy nie nadać im imion i dzisiaj wiem dokładnie jak na nie wołać : SRALUCH I SRAJDULINA!!! Masakra proszę Państwa!!! Tu pragnę wszystkich przestrzec przed goszczeniem u siebie uroczych gołąbeczków. One nie są urocze, o nie!!!  Za tą gościnę nie odwdzięczą się też ani słodkim śpiewem, ani produktem na jajecznicę! Nie! Wrócą na ten balkon, żeby nasrykać jeszcze więcej! 
Czekam jeszcze cierpliwie parę dni i jak zobaczę, że w powietrzu czują się już naprawdę pewnie to łopata i taczka w dłoń, czyli eksmisja lokatorów. Sprzątania sporo. Bosą stopą na balkon nie wyjdziesz. Gumowce na podorędziu być muszą. Na dokładkę te  srykające potwory siadają na barierce za oknem kiedy jemy obiad i się gapią. Wlepiają w nas te świdrujące ślepka, kręcą główkami i coś skrzeczą po swojemu jakby chciały powiedzieć : "To wy się wyprowadźcie, następne jajka w drodze!!!". Aż mi się dzieło Hitchcocka przypomina, brrrrr....

Żeby tak całkiem paskudnego wrażenia po przeczytaniu nie zostawiać przedstawiam Wam kaczki (absolutnie niesrające!)




Siostry bliźniaczki eleganckie, kulturalne i niebrudzące, dzisiaj wędrują do sklepiku i polecają się gorąco.
Na temat kaczek żywych mam dla Was fragment jednego z moich ulubionych filmów:




Podsumowując i cytując Gienię z filmu: "Koniec i bomba, kto nie słuchał ten trąba!" i ptaszki na balkonie przyjmuje na własne ryzyko ;)
Podbieram jeszcze jeden cytat z filmu "Jasminum"- Gienia: "Chlebek jest?" , Zdrówko: "Jest.", Gienia: "No to śniadanko..."
U mnie też chlebek jest i w kiszkach lekkie burczenie, więc... śniadanko ;)
Miłego dnia Moi Mili!!!

Wasza A.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Początek tygodnia

Początek zazwyczaj niełatwy bywa, bo zanim człowiek rozbuja się po weekend'owym lenistwie trochę czasu musi upłynąć. Mój weekend jednak był pracowity, więc od poniedziałku ruszam z kopyta :)
Kichanie i patrzenie przez oczy otwarte na pół gwizdka mnie nie powstrzyma (alergiczne torturki). Pracy dużo, pomysłów jeszcze więcej i krasnoludki pomagać jakoś nie chcą...


Ze  zdjęcia uśmiecha się do Was Julcia, której przed chwilą zafundowałam spódniczkę na romantycznej halce z koronkami:

Zaglądać dziewczynie pod kieckę trochę nie wypada, ale musiałam pokazać Wam te koroneczki ;) Mam nadzieję, że Julcia wybaczy ;)

Miśki łatkowe uszyte w sobotę, ale dzisiaj dopiero doczekały się zdjęć:



Powyżej miś Turkusek, a za nim skrada się już słodka Fuksja ;)



Dzisiaj powstaje projekt nowych lalek, które nazywać się będą Bambalooki (czyt. Bambaluki). Wieczorem zrobię wykrój i do dzieła.  Mam nadzieję pokazać Wam te cudaki pod koniec tygodnia ;)

Miłego tygodnia Kochani :)
Ściskam
Wasza A.


sobota, 7 czerwca 2014

CHEERS- toast urodzinowy

No i stuknęły dwa latka :)
Nie mi, oczywiście, ale mojemu dziecięciu- Blożkowi ;)
Nie wiadomo kiedy, nie  wiadomo jak, wiadomo tylko, że zdecydowanie za szybko...
W ostatnim roku spore zmiany. Dokonywały się na Waszych oczach. Mój strach przed założeniem firmy i jej ostateczne otwarcie. Wasze wsparcie nieocenione. Tyle miłych słów i absolutnie pozytywnego odbioru mojej mrówczej pracy. Mam nadzieję, że nikogo nie zawiodłam, chociaż z terminowością mam jeszcze problem. Wybaczacie jednak, okazujecie cierpliwość i tyle zrozumienia. Dziękuję Wam pięknie. Dziękuję za wszystkie cudowne maile i komentarze, za Waszą obecność i wsparcie.  Dwa latka to już wiek, w którym człowiek wstaje z czterech łapek i na dwóch zaczyna dziarsko kroczyć. Licząc na jeszcze pewniejsze kroki w kolejnym roku działalności, rozwoju bloga i firemki Cottoni wznoszę toast za ich postępy. Mam nadzieję, że się przyłączycie ;)
No to zdrówko Kochani! :)


Jako, że upały panują toast wznoszę na chłodno i bezalkoholowo, za to smacznie i orzeźwiająco "drineczkiem" z syropu bzowego. Przepis na syrop od naszej drogiej Syl . Pychota!!!






Miłego weekendu życzę Wszystkim i ściskam solidnie!
Wasza A.
P.S. Z okazji urodzin zdało by się jakieś candy zorganizować... hmmm. Co Wy na to? ;)

środa, 4 czerwca 2014

Garstka dobrych wieści :)

Wpadam na chwilę podzielić się z Wami radością :)
Kto zagląda  na mojego wierszykowego bloga, miał okazję przeczytać stworzoną w ostatnim czasie kozią poezję...
W/w wierszyki powstały na specjalną okoliczność, a mianowicie konkurs ogłoszony w internetowym piśmie Joanny ( Green Canoe ). Dotyczył on koziego stadka pewnej Joli, która wieść swój żywot postanowiła w bardzo urokliwym miejscu :) (Jolinkowo )
Po przeczytaniu informacji wierszyk zaczął stukać od środka czaszki domagając się spisania słówka za słowem biegnącego. Przestały biegać jak oszalałe, kiedy na kartce wylądowały, a następnie w Joli ręce trafiły.
Wszem i wobec pragnę obwieścić, że to moje wierszowanie na tyle przypadło koziemu bractwu do gustu, że ów konkurs wygrało :)
Co z nagrodą? A no zacna, bo aż tydzień w kozim raju, który może znacie z bloga, może odwiedzacie osobiście. Ja tą przyjemność będę mieć już  jesienią :) Chyba nie muszę mówić, że informacja o wygranej wywołała u mnie zachowania mocno niekontrolowane ;) Co Wam będę gadać, radość ogromna i tyle :))))))

Wierszyki wklejam do poczytania ;)

SŁOWO WSTĘPNE
 
Czasem w życiu tak to bywa, że gdzieś trafia się przypadkiem
tak za sprawą słów Joanny ja zerknęłam w sieć ukradkiem.
Bo Joanna pływająca w sieci czółnem swym zielonym
zaprosiła czytelników w Jaworzyny piękne strony.
 
Nakarmiłam swoje oczy bajecznymi obrazkami
poruszyłam serce, duszę pewnej Joli historiami.
Tak od dni już kilku będzie tłucze się poezja w głowie
gdzie nie  pójdę, tam i wszędzie stukot racic w każdym słowie
 
Skąd racice, ktoś zapyta, a już mówię Wam w szczególe,
bo o kozach w tej poezji będę opowiadać czule...
 
SŁOWO O MIEJSCU NA ZIEMI
 
Często człek się lubi rzucać na podróże w inne kraje
Szuka przygód, śpi w hotelach, chłonie świata obyczaje.
Lecz kto ciszy w głowie szuka tu powinien szybko skręcić,
gdzie błękitne niebo, łąka, strumień górski cicho nęci.
 
Tam, po drodze do Zakopca ziemia piękna, polska, nasza
cudna chata Jolinkowo w progi swoje już zaprasza.
Miejsce bardzo wyjątkowe, bo je ludzie tworzą z sercem
a jak serca nie brakuje to być musi piękne miejsce.
 
Tutaj kozy prosto z Karpat otrzymały dach nad głową 
i Ty Bracie licz na serce, gospodyni dobre słowo.
Bo z nią jak w przyjaciół gronie wieczór w izbie szybko mija
na rozmowach tak o wszystkim wiele godzin mknie jak chwila.
 
O tych kozach więcej powie, bo jest o czym opoowiadać
tu wymienię je z imienia, bo na pusto nie chcę gadać:
Gala, Hela, Lutek, Fidel, jest ich tutaj spore stadko
słowa same się rymują, wierszyk płynie całkiem gładko...
 
O Hrabiance zapomniałam, lecz szybciutko się poprawię
i kolejny krótki wierszyk o Hrabiance właśnie sprawię... 
 
HRABIANKA
 
Jest w koziarni ciepłe miejsce, daszek szczelny, trochę sianka
mieszka w niej pewna Helenka i sąsiadka jej Hrabianka
O niej właśnie wiersz ten będzie nie opowie raczej sama,
w jej imieniu więc już mówię co to za szczególna dama.
 
Nikt nie wątpi w jej urodę, bo to piękność wyjątkowa
chociaż rogi niekompletne zacna bardzo kozia głowa.
Skłonność lekko ma hrabiowską, bo czasami strzela focha
problem bywał więc z dojeniem, lecz ją Jola i tak kocha.
 
Miłość ma dla zwierza wielką, bo to taki w futrze anioł
sam zakochasz się w tej kozie, kiedy tylko zerkniesz na nią.
Reszta też niczego sobie, jak marzenie całe stadko,
więc niech teraz o Helence ta poezja płynie gładko...
 
HELENKA
 
Czasem prezent spada z nieba tak i tu niespodziewanie
ku radości Joli wielkiej miało miejsce darowanie.
Radość idzie później nieco, kiedy miejsca nie za dużo
a darczyńca wciska kozę tuż przed samą swą podróżą.
 
Ameryka nie dla kozy, więc u Joli już została
ot i darowania kózki historyja będzie cała.
Dzisiaj szczęście Joli wielkie z tej Helenki darowanej, 
bo z niej mama idealna i stworzenie przekochane.
 
Wdzięczność umie swą okazać, gdy się troszczy Jola wielce
nawet kiedy poród trudny ma do kozy wielkie serce.
Więź się tworzy więc niezwykła człowiek, koza- przyjaciele
tak z tym kozim towarzystwem życie płynie tu weselej.
 
GALA i LUTEK
 
Tak, jak różnią się od siebie człek od człeka, to i zwierzę
ma charakter wyjątkowy, temperament, tak, w to wierzę
Bo gdy czyta się u Joli wprost z koziarni opowieści
widać mocno charakterki tak odmienne w całej treści.
 
Zaskakują czasem Jolę, więc i Gala w dzień narodzin
coś tam wprawdzie zameczała, lecz któż wie o co jej chodzi.
Jola mocno się zdziwiła, gdy trojaczki już ujrzała
tak spokojna Gala była i pomocy nie wołała.
 
Lutek też ma cechę znaczną, mimo wzrostu bojaźliwy
Maminsynuś z niego wielki wciąż się chowa, tak strachliwy
Gala dobrze go uczyła,lecz ten tuli się do boku
stale, chociaż wielki kozioł, dotrzymuje mamie kroku.
 
FIDEL
 
Białe, długie, śliczne futro, elegancik na pastwisku
Nosząc rogi jak koronę skubie sobie tak po listku.
Czasu dużo, nic nie ściga, więc niespiesznie spaceruje
przed powrotem do koziarni czasem troszkę się buntuje.
 
Co się dziwić, łąka piękna, życie płynie jak marzenie
i nie tylko dla koziołków marzeń wielkich to spełnienie.
Kto by nie chciał tak powoli po zielonej łące stąpać
patrzeć w niebo, liczyć chmury i w słoneczku głowę kąpać.
 
Fidelowi więc zadroszczę tych spokojnych w życiu kroków,
bo tak pędząc w miejskim bycie nie widzimy tych uroków
Zatem łapiąc chwilek kilka kieruj kroki do Zawadki
razem z kozim towarzystwem czerpać życie, wąchać kwiatki.
 
SŁOWO KOŃCOWE
 
Miał być wierszyk tylko jeden, lecz jak w jednym zebrać wszystko
jak ja w głowie i marzeniu biegnę już przez to pastwisko.
Leżę między dmuchawcami na zielonym tym dywanie
głaszczę kózkom ich futerko i z radością patrzę na nie.
 
Smaczek mam na kozi serek, co go Jola sama kleci 
przepadają za nim wszyscy, tak dorośli, jak i dzieci
Kozie mleko takie słodkie i pachnące wonnym zielem
żeby trafić w takie miejsce na mszę chyba dam w kościele.
 
Jolinkowo nie tak blisko, chociaż memu sercu bliskie
zatem w darze dla tej Joli dziś o kozach wiersze wszystkie.
Z pozdrowieniem od poetki, co o kózkach dziś rymuje
za obrazek prosto z raju dzisiaj Joli tu dziękuję.

W temacie kóz na ten moment tyle. Chyba jednak jakąś uszyć muszę, bo zapadły mocno w serce. Dzisiaj jednak myszowata groszkowata :)




Wracam do pracy :)
Buziole 

Wasza A.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Plusy+minusy=życie


Każdego dnia bilans musi być na plus. Nawet jeśli w drodze ku zachodowi słońca zaliczyło się kilka wtop. Wtopy mogą być całkiem spore, ważne żeby plusów nazbierać na ich pokrycie jeszcze więcej i głowę na poduszcze kłaść już uśmiechniętą...

Moja niedziela od rana zabiegana... Skończyć pilne zamówienie, potem po dziecko, które "łikendowało" się u koleżanki, w drodze szybkie zakupy, bo Dzień Dziecka przecież i wiśta wio, brak czasu na postój. Szybka kawa w zacnym gronie i spowrotem, bo planów jeszcze sporo. Na trasie krótka pauza na zrywanie dzikiego bzu, bo Syl podała przepis na syropek, a kwiecie wiecznie nie będzie kwitło, no i pierwsza wtopa na liście dzisiejszego dnia... Ja plus krzaczory minus tabletka na alergię (nie zjadło się od dni dwóch, bo o sobie pamięta się najmniej...) no i mamy problem. Dziesięć minut szurając w trawsku i zapyleniu totalnym wystarczyło... Ledwo dojechałam do domu, a ciągnęła mnie ku niemu jeno myśl, że tam tableteczki czekają i krople wszelakie, żeby tylko dojechać, doczłapać i poczuć ulgę. Oczy jak bite, wąskie szpareczki na tle napuchniętego czegoś, co kiedyś twarzą było, krtań zaciśnięta,kichawki, no i paskudne swędzawki w uszach... Wiadro kropli, piguła i pół godziny ciemności, żeby ślepia znowu otworzyć... Że też człowiek sam sobie czasem takie przygody serwuje, ech...
Jak zaczęło puszczać nieco szybko trzeba było kaczkę skończyć, bo też pilnie potrzebna, a jeszcze dziób trzeba  pomalować i oczka wyhaftować... Walka z niemocą, pędzelek w dłoń i powolutku dochodzę do siebie, a kaczka kaczkę zaczyna pprzypominać. W przelocie gdzieś obiad i znowu w drogę, tym razem z dziobatą pod pachą...


Zanim jednak w drogę szybkie  spotkanie z klientką i znowu tempo podkręcam...


Zestaw upominkowy  dla pewnej maleńkiej Bianki.... a w środku:


...a w środku koniecznie misiunio ;)


Klientka zadowolona, mam nadzięję, że ta mniejsza o bardzo dzwięcznym imieniu również będzie :)
Kaczka także trafiła we właściwe ręce i szybko do domu, bo po całym dniu straszne pobojowisko zostawiłam, a jeszcze wspomniany syropek został do zrobienia z tego kwecia z takim poświęceniem zdobytego...
Kiedy jednak wygodnie już w domu się rozsiadłam zwalniając nieco obroty okazało się, że ten dzień ma jeszcze jeden minus na swojej długiej liście zdarzeń... W całym tym zamiesznaniu przesiałam gdzieś kartę do konta. Przekopane więc wszystko włącznie z samochodem, szybka wizyta w sklepie z zielonym zwierzem na szyldzie, gdzie ostatni raz kartę wyciągałam i nic. Kamień w  wodę. Akcja z zastrzeganiem,zamawianie nowej i nerwik...

Nic to jednak. Dzień uznaję za dobry. Pogoda dopisała. Jadąc po dziecię napatrzyłam się na wiejskie krajobrazy z makami w tle, bzu się nawąchałam (boleśnie nieco, ale i tak przyjemnie). Klientka zadowolona, więc satysfakcja z wykonanej pracy jeszcze większa. Syropek się robi i powolutku żegnam się z tą zakręconą niedzielą, żeby wejść w nowy tydzień z uśmiechem.
Jutro front robót też dość obszerny, truskawki trzeba nabyć i przerobić, zrealizować kolejne zamówienia... Ciekawe co przyniesie poniedziałek... Zastanawiam się czasem, czy takie idealne życie bez potknięć nie byłoby trochę nudne ;)


Jutro te czerwone pyszności przerobię na sos truskawkowy i zamrożę, żeby zimą umilać nasze wspólne chwile. Przy muzyczce z radyjka czas poleci szybko i kopiec zniknie nie wiadomo kiedy.
Skubiąc te zielone listki będę myśleć nad kolejnymi szyjątkami i oczekiwać kolejnych życiowych niespodzianek. Oby tych bilanosowanych na plus było jak najwięcej, czego i sobie i Wam życzę.
Teraz czas na sen.
Niech będzie spokojny.
Dobrej nocy! ( a kto w dzień zawita, temu dnia pięknego życzę ;)

Wasza A.