Obserwatorzy

czwartek, 30 kwietnia 2026

Skrawki wspomnień

 Dziecko moje nowe zaczęło życie u boku człowieka, który rozumie ją świetnie i wiem, że będzie ją chronił, bronił i wspierał  w każdej sytuacji. Kilkanaście lat śpiewałam z zespołem na ślubach i weselach i napatrzyłam się na różne sytuacje, relacje i układy, po których można było postawić wszystkie pieniądze  na rychły koniec tego, co dopiero zostało przyklepane. Na tych dwoje patrzy się z przyjemnością, spokojem i wdzięcznością, że los pozwolił im się spotkać. Szczerze wierzę, że wszelkie plany na wspólną przyszłość uda im się zrealizować. Od dawna proszę wszechświat, żeby całe szczęście, które sobie na mnie przyoszczędził, wypłacił z procentami temu mojemu Ptysiowi...

O imprezie pisać nie będę. Poza tym, że wszystko raczej poszło gładko. Grono kameralne, wszyscy myślę bawili się dobrze. Młodzi zorganizowali wydarzenie na tip top, choć wiadomo jak w życiu bywa. W każdym towarzystwie jakiś maruda znaleźć się może ;)

Dla dziecięcia na tę okoliczność prezent obmyśliłam szczególny i to o nim chciała bym Wam opowiedzieć. Może pomysł się spodoba i wykorzystacie. 

Jakiś czas temu mama worek cały koszul mojego taty wyciągnęła z czeluści szafy z pytaniem, czy może nie spożytkuję  do szycia. No ba! Ja to wiadomo, każdy skrawek ładnej szmatki zanim wyrzucę pięć razy w rękach obrócę niczym Poznaniak złotówkę :D Taki żart ze stereotypu, proszę się nie obrażać jeśli Pan/Pani z wyżej wymienionego miasta pochodzi. Pomysł do głowy wpadł natentychmiast ;) Kolekcja koszul taty pokaźna, ale dość spójna kolorystycznie. Wybrałam jego ulubione i moje też. Krateczki i paseczki niebieskie, kapkę czerwieni. Tak, żeby wszystko fajnie zagrało. Nawycinałam prostokącików blisko 300 i zasiadłam do maszyny. 



Zszywanie szło bez planu, bez wzorca konkretnego. Łapałam jeden po drugim trzymając się jedynej wytycznej: długości każdego panelu. Te kolorowe zestawiłam z białą gładką bawełną, bo różnorodność gramatury i rozciągliwości skrawków nie pozwoliła by na idealne zgranie stycznych szwów, co jest podstawową zasadą szycia patchworków. Białe paski ładnie podkreśliły kolory i pozwoliły na złamanie patchworkowych zasad.

Na środku wylądowało klasyczne, ręcznie haftowane  serce matki wariatki.

W dolnym, prawym rogu umieściłam haft z tekstem, znacznie którego już spieszę Wam wyjaśnić.


Tato mój dla mojej córki był osobą szczególną. Starał się wypełnić jak mógł pustkę spowodowaną brakiem ojca w jej codziennym życiu. Kiedy była malutka i pojawiał się problem ze snem, jakiś strach, czy smuteczek Talka prosiła zawsze, żeby nosić ją na rękach wzdłuż naszego pokoju. Pokój wąski był i długi, rozpędzić się nie było gdzie, ale " W tę i tę stronę..." spacer trwał zawsze tak długo, jak Ptyś potrzebował. Choćby ręce więdły i kręgosłup dawał znać o sobie "W tę i tę stronę" Heniuś dreptał do skutku...


Z tych wszystkich kawałeczków, z setek wspomnień powstała całkiem spora kołderka. Takie 160x180cm. Zadanie ma konkretne: otulać w chwilach trudnych, leczyć smuteczki, łagodzić wszelkie dolegliwości bólowe ciała i ducha. Mam więc nadzieję, że większość czasu spędzi w pudełku. Skrzyni posagowej niestety nie miałam. Musiał wystarczył uroczy kartonik przewiązany wstążką. 


Otwarcie prezentu nie nastąpiło na weselu. Mogło by zakończyć się Niagarą łez. Tato mój odszedł 25 października 2025r.  Sprawa świeża, tęsknota ogromna i żal, że nie doczekał tych szczęśliwych chwil naszej Taleczki. Dał jednak prawdopodobnie znać w trakcie przygotowań i na samym weselu, że jest blisko ;) Nie wiem jak Wy, ale my wierzymy i staramy się czytać znaki. Może zdaniem niektórych jest to wiara dla naiwnych, ale nam dodaje sił. Mam więc nadzieję, że i ta pamiątka po dziaduniu będzie miłą namiastką jego obecności i zachowa się na lata...

Co czułam szyjąc kołderkę? Ciężko opisać. Wiedzieliśmy, że jego ziemski czas dobiega końca. Byłyśmy przy nim z mamą w ten ostatni dzień. Walczyłam o jego oddech do przyjazdu karetki, ale czułam już wtedy, że uwolnił się od ciała, które z powodu postępującej choroby stawało się więzieniem. W tamtych minutach przeżyłam wszystko. Strach, ból, smutek, ulga, tęsknota mieszały się z poczuciem, że rozpaść się nie mogę, że trzeba silną być i działać, ogarnąć co do ogarnięcia zostało i być oparciem, bo jego już nie ma.
Zszywając te kawałeczki koszul przypominałam sobie jego żarty, bo poczucie humoru miał ogromne :) Czułam wdzięczność, że był z nami i spokój, bo wierzę, że jest mu lżej. 

Tyle na dziś. 
Wracam do pracy choć tak dla przyzwoitości z okazji majowego święta poświętuję troszkę i ja ;)
Od poniedziałku jednak lista rzeczy do zrobienia długaśna, bo do czerwca mało czasu zostało, a parę cudaków z okazji Dnia Dziecka mam do ogarnięcia.
Ściskam mocno

Wasza A. 
P.S. Dajcie znać w komentarzu co sądzicie o kołderce, albo w jakiej formie Wy zachowujecie rzeczy swoich bliskich.







niedziela, 8 marca 2026

"Wszyscy mamy źle w głowach..."

 Czas jakiś temu naszła mnie myśl, co by filmiki z pogadankami nagrywać dla Was. Myśl przetrawiona, w życie wprowadzona i aż jedno nagranie wypuszczone. Pomysł był na spotkania przy stole moim kuchennym, opowieści o tym jak po przeprowadzce na zadoopie życie się toczy i o tym co duszę czasem toczy też. Z jednej strony padły słowa krzepiące, gratulacje z wyjścia ze strefy komfortu ;) z drugiej cóż... pytanie czy to ma być jakaś forma terapii, policzone podbródki i pytanie " Na co Ci to?!". No i dałam sobie spokój. To nie tak, że te słowa mnie złamały, ale faktycznie pomyślałam na co mi to... Internet aż kipi od gadających głów, specjalistów od wszystkiego i niczego, ludzi, którzy największe bzdury i kłamstwa wymyślają jedynie dla zdobycia zasięgów. Być częścią tego świata? Hmm, niechętnie... Ja często w ten realny czuję się rzucona dla żartu lub przez pomyłkę, a do strefy komfortu od czterdziestu ośmiu lat szukam drogi i cel nadal wydaje się odległy, nie ma z czego wychodzić :D Jak znajdę, to powiem. Póki co lat temu naście już pozbyłam się TV , żyję więc spokojniej,  ludzi z którymi wspólnego nic pożegnałam bez żalu, chociaż nie wszystkie szkodliwe relacje da się zamknąć słowem "Żegnaj!", to proces oczyszczania mojego środowiska w toku. Jest nieźle. Przeszłam swoje. Jakby się dobrze przyjrzeć, to życie dotychczas poszło ciekawie. Nie było lekko, ale intensywnie, jak w scenariuszu na serial :D Taki brazylijski co prawda i niskobudżetowy, ale tyle lat to chyba nawet "Moda na sukces" nie była kręcona :P Środek mam poobijany i gdzie nie dotknąć blizny lub siniaki. Wiele spraw niewygojonych, ale radzę sobie. Zwłaszcza kiedy przyglądam się ludziom wokół mnie. Ci, których miałam za silnych i przebojowych, ci co sukces za sukcesem świętowali, dzisiaj wielu z nich na proszkach podlewanych alkoholem... Jeżeli ktoś na koncie kolejne zera fetuje, a wieczorem zamiast herbaty szklankę Finlandii dla ukojenia nerwów musi wychylić, to z bólem patrzę na jego upadek. Jest to jednak kolejny smutny obrazek, który noszę w sercu obok wielu równie dramatycznych. Patrząc na to, co dzieje się dookoła martwię się o kolejne pokolenia, którym grunt spod nóg lawina zdarzeń wyrywa brutalnie oferując pustkę i oskarżając jednocześnie o lenistwo, bo kolejnych dzieci do systemu dorzucić nie chcą...Ech...  Dzieci płodzić powinniśmy nie dla systemu, lecz z miłości i radości, którą życie nieść powinno. O jedno i drugie jednak coraz trudniej, a większość ludzi jest tak mocno potłuczona, że do wychowywania złotej rybki nawet  się nie nadają. Zawsze działaliśmy schematem: ślub wzięty, trzeba zrobić dzieciaka, bo jak nie zrobiony, to coś nie tak, najlepiej też dwoje, bo jedynak to już z góry wiadomo, że buc w przyszłości będzie. I rodziły się te dzieci ze schematu, bo tak trzeba, bo taka kolej rzeczy i niosły traumy swoich rodziców i dziadków i życie kołem się toczyło, tyle że z tego koła już prawie wszystkie szprychy powypadały...

Dużo tematów do przegadania. Tryb mojej pracy sprzyja przemyśleniom, którymi chętnie podzielę się z Wami tutaj w mojej blogosferze. Filmiki sobie odpuszczę. Teraz wyprasowanym filtrami trzeba się światu pokazywać, zęby z Turcji przywozić i ciuch taki na grzbiecie wieszać, żeby wszyscy pytali: "Pani Aniu a bluzeczka skąd?, a kurteczka z jakiej firmy? A biżu to H&M czy te, co Rutkowska za 1,5 miliona kupiła?" No i analiza które mięśnie twarzy jeszcze pracują, które jej partie wiszą na złotych niteczkach, które kwasik poraził nieodwracalnie, co odessane, co doczepione itd. Ja się marszczę bezczelnie, tuningu nie uznaję i choćbym skrzynię ze złotymi dukatami w ogródku wykopała żaden Dżepetto nie będzie mi strugał ciała od nowa. Kiedyś jeden zawodnik stojący u mego boku zaproponował opłacenie operacji, dylemat miał tylko czy lepiej biust czy oczy, bo w oksach wtedy chodziłam. Odpowiedź, że jeśli już to tak na krzyż: jedno oko jeden cyc, nie spotkała się z aprobatą :D Zmarszczki palacza noszę od lat, chociaż fajek nie paliłam, ale bogata jestem w czułość i buziaczki rozdaję na prawo i lewo kotu, psu, za dzieciaka nawet stado drobiu obrywało jak się uroczo wykluło w trakcie moich wakacji u cioci na wsi. Mam jeszcze tę lwią, która kiedy słucham niektórych ludzi  cicho za mnie szepcze "Co ty pierdo... ?" No i zmarszczki śmieszki kurzymi łapkami zwane, bo dla równowagi mój wrodzony smutek wywoływany przerostem empatii na drugi brzeg codzienności przeganiany jest dość często poczuciem humoru... sarkastycznym, czasem makabrycznym, obecnym nawet w sytuacjach pogrzebowych no i autoironią, bo z siebie to ja mam powodów chyba najwięcej żeby się śmiać i to tak do bólu brzucha. Autodestrukcyjnych durnot nawywijałam w życiu tyle, że na pięciu by starczyło :D Możliw, że były jednak niezbędne, żeby stać się tym, kim jestem dzisiaj. Sądzę jednak, że tą Anką byłam już od dawna, tylko mocno zaniżona samoocena pchała mnie w złym kierunku. Dzisiaj trochę łatwiej jest tupać nogą i na głos wypowiadać myśli mało popularne. Dlatego tym bardziej doceniam proces starzenia. Tak wiele rzeczy można odsyłać do przedłużenia kręgosłupa, że siedzenie w drewnianym fotelu bujanym na dobrze wypchanym zadku staje się najprzyjemniejszą chwilą w życiu. Bujając się spokojnie w przód i w tył można się ze spokojem przyglądać jak reszta świata szarpie się o piniądz, poklask i splendor nie kumając ni w ząb, że i tak wszyscy "...pójdziemy boso...", a lepsza fura ich samych nie czyni nikim lepszym. 

OK, kuniec bajdurzenia na dziś. Dzień piękny, bo Kobiet, więc chociaż dzisiaj korony na głowę i niech ci nasi "rycerze" poczują się jakże wspaniali, bo pamiętali ;) Mój kohabitant czekoladki dał, niech idą w mięśnie, bo ogródek muszę sobie przekopać, kuchnię i pracownię pomalować i parę pilnych napraw ogarnąć... a później będę leżeć i pachnieć, znaczy zalatywać ogniskiem bo gałęzi do spalenia już sporo. 

Wszystkiego pięknego dla Was Kobiałki ;) ( "Kingsajs" chyba sobie wieczorkiem obejrzę ;)

Wasza A.

P.S. Postaram się wpadać tu częściej, nowy komputer, lepiej się pisze, a w głowie nieustający szum... Z kotem i psem nie każdy trudny temat da się poruszyć, chociaż słuchają dzielnie. Będę się więc dzielić z Wami, z tymi, którym jeszcze czytać się chce i którym myślenie bólu nie sprawia. Miłej wiosny Dobrzy Ludkowie!

Sweterek od mamy, jakiś z darów losu... w oczach myśli potargane, na głowie włos w ilościach podobno ponad normę, brew nieregularna, dzika jak pół mojego ogrodu i rzeczone zmarszczki-trofea codzienności. Tego nie kupicie nigdzie, trzeba wypracować ;)