Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 stycznia 2023

Sylwester

 Dzień dobry!

Melduję, że przejście w Nowy Rok jakoś przetrwałam. Pies też i o nim dzisiaj tu będzie, ale nie tylko. Jeżeli więc jakiś zapalczywy bojownik o prawa do napier...lanki petardkami się tu trafił, to uprzedzam, że temat dla Ciebie niewygodny. Można zawinąć dupkę w troki póki się nie rozgadałam. Jeżeli jednak jakimś cudem skłonność do refleksji jeszcze się w Tobie żarzy, proszę zostań. Najspokojniej jak się da postaram się wytłumaczyć o co nam, lubiczom ciszy, w tych wszystkich prośbach o nią chodzi.

Dostępność materiałów pirotechnicznych w okresie noworocznym znacznie wyprzedza samego Sylwestra. W mieście, w którym mieszkam, już od grudnia handel w rozkwicie i ewidentnie obywatele cieszą się życiem w dobrobycie, bo strzały słychać od pierwszych dni po otwarciu budek o każdej właściwie porze dnia i nocy. Raz po raz ktoś tam sobie musi strzelić. No super. Tyle, że nawet te pojedyncze wystrzały zmieniają już znacząco zachowania zwierząt wprowadzając je w ciągły niepokój. Nasz pies, duży i radosny, dosłownie przygasa, traci chęć na spacery, boi się odejść od domu dalej niż kilkaset metrów. Duża to rasa, golden retriever, potrzebuje się wychodzić i wybiegać choć trochę, ale zwyczajnie traci na wszystko chęci. Nie jest zbyt skłonna do zabawy, najczęściej zwinięta w kłębuszek chowa się to w jeden, to w drugi kącik mieszkania szukając cichych miejsc. Przy każdym wystrzale podnosi tylko łepek nasłuchując jak długo będzie to trwało. Brzmi banalnie? Co niektórzy drwiąco doradzają wizytę u psychologa, albo kpiąco kwitują "Tak sobie wychowałaś, to tak masz!"

Nasz pies nie bał się petard, do czasu. Dwa lata temu wracając ze Stellą ze spaceru do domu blisko nas ktoś rzucił petardę hukową, za chwilę drugą. Między domami przecież efekt jest jeszcze fajniejszy kiedy huk odbija się od ścian budynków... Nie zdążyłam na czas otworzyć drzwi wejściowych, Stellka mało głową ich nie przebiła, taki załapała poziom strachu. Od tamtej pory jest tylko gorzej. Podawać leki? To kolejna "dobra" rada. Nie da się trzymać psa na uspokajaczach przez dwa miesiące. To są środki, które można zastosować w Sylwestra na te kilka godzin, ale nie otępiać nimi zwierzaka przez tak długi okres. Dlatego moim i nie tylko moim zdaniem sprzedaż i przede wszystkim korzystanie z tej formy "zabawy" powinny zostać kategorycznie ograniczone do tej jednej nocy, na którą wszyscy moglibyśmy się przygotować. Dla mnie ta noc najpiękniejszą jest gdy spędzam ją w ciszy. W ciszy myśli są jaśniejsze i wyraźniejsze, lepiej słychać własne sumienie, zastanawiać się nad sobą i swoim życiem i odrabiać lekcje z człowieczeństwa. 

Próśb, postów i apeli o litość i zrozumienie przeczytałam wiele w tym roku. Pod każdym ta sama wojna. MAMY PRAWO, BO TO RAZ W ROKU! MAMY PRAWO, BO PSY SRAJĄ! MAMY PRAWO, BO PSY SZCZEKAJĄ!  Pod każdym tekstem główny argument to te psie kupy. Tak, dla mnie te kupy to też przejaw buractwa. Po moim psie sprzątam. Wszyscy moi spacerkowi znajomi również. Reszty nie wychowam, chociaż zawsze mam woreczek w zapasie dla kogoś, kto wzrok od swojego pupila kucającego w wiadomej pozycji niby przypadkiem odwraca. Ten huk  to nie problem  psów jedynie. Naprawdę tak trudno to zrozumieć? To problem małych dzieci, starszych ludzi, ptaków, osób autystycznych, z chorobami serca, ze stanami lękowymi... Jeżeli jednak gówno się wie i jeszcze mniej chce się zrozumieć, to to psie gówno głównym argumentem się staje. 

Żeby zrozumieć jak taki wystrzał petardy hukowej brzmi dla zwierząt słyszących na zupełnie innym poziomie niż ludzki proponuję wrzucić petardę do garnka i przystawić ucho. To taki drastyczny żart i absolutnie tego nie róbcie. Dla wielu istot ten dźwięk oznacza jednak ból. Dzisiaj widziałam grafikę Matyldy Damięckiej przedstawiającą ziemię usłaną martwymi ciałkami ptaków, a po nich idący miłośnik huku zawiedziony, że w sumie "Fajnie było, ale dupy nie urwało..." . W komentarzach drastyczny atak na nią personalnie no i te psie kupy, gdzie na obrazku nawet psi ogon obecny nie był...

Cywilizowani ludzie niby... powinniśmy się rozwijać, a mam wrażenie, że proces zwijania odbywa się w tempie zatrważającym. Człowiek zamiast bardziej ludzkim się stawać skłonność do barbarzyństwa w sobie rozwija z lubością... ech...

Marzy mi się rozsądek w ludziach, włączenie myślenia nakierowanego na uczucia bliźnich, braci mniejszych. Pobożne życzenie, wiem. Warto jednak próbować.  Tymczasem jednak wracam do pracy, bo jako drogę ucieczki od głupoty ludzkiej obrałam sobie plan wyprowadzki na wieś. Mieszkanie wystawione na sprzedaż. Jeżeli ktoś szuka lokum w pięknej Legnicy, to zapraszam. Na 2023 rok postanowienie mam jedno: wdrożyć w życie plan, nad którym myślałam przez ostatnich kilkanaście lat. Koniec gadania czas na działanie. Mam nadzieję przyszłe święta spędzać już przy jakimś starym piecu i zamiast huku petard słuchać mojej ukochanej ciszy. Muszę to zrobić dla siebie, rodziców staruszków, którzy zamiast szurać się z trzeciego piętra w bloku mogliby dreptać sobie po kawałku trawy, dla córki i jej dzieci, które może za jakiś czas przyjeżdżać będą mogły i dla tego mojego kudłacza, któremu jakieś psie i kocie towarzystwo jeszcze zafundować spróbuję. Dla mnie to trochę ostatni gwizdek. W tym roku 45tą wiosnę odfajkuję, więc mierząc siły na zamiary... rękawki w górę i do roboty. Mam parę tematów do zamknięcia w słowach i okładkach, mam trochę tkanin, które nadal z miłością wielką zamieniać będę w szyjątka najróżniejsze i farb całe pudło, które zanim wyschną uda mi się może na płótnach ciekawie rozplanować. Nadzieję na to, że kiedyś marzenia się spełnią zamieniłam właśnie na wiarę, że się uda. Nie bez powodu mówi się, że nadzieja matką jest głupców. Wiara zdecydowanie więcej siły do działania daje. 

Znajoma podesłała mi wczoraj link do pewnej strony polecając założenie na niej swojego profilu. Od kilku lat bezskutecznie umawiałyśmy się na kawulca i ciągle coś na drodze stawało. Dlatego trafiając na Buycoffee pomyślała o mnie. To strona dla twórców, których działania można wspierać stawiając im kawę :) Trochę jak rzucanie orzeszków wiewiórkom w parku, żeby chciało im się dalej skakać po drzewach uroczo :D. Jeżeli więc macie chęć na wirtualną kawę z Poredową to jest link do mojego profilu: buycoffee.to/cottoni  .Zgodnie z planem tam, gdzie wyląduje na stałe po grób, miejsce twórczej zarazy ma powstać :D Zarażać Was tam będę pomysłami, wiedzą, którą w zakresie rękodzielnictwa zbierałam i rozwijałam latami, gotować dla Was będę, a wieczorami wspólne muzykowanie uskuteczniać. No i  kawę prawadziwą wtedy razem wychylimy z kubala ;) Możliwość wpłaty prosta jak baranie rogi, od drobniaków po dowolny przejaw hojności Waszej, za którą z całego serca dziękuję. Choćby i złotych pięć będzie dla mnie sygnałem, że myślicie, wspieracie i chcecie mieć tu do czego wracać, pókim zdatna do działania. No i tę kawę pić będę, bo jako nocny marek głownie po nocach dziubolę te swoje szmaciaki, a rano za wiadrem kawy się rozglądam. Czasem zastanawiam się, czy w żyłach aby na pewno krew mi krąży, a nie arabica pachnąca :D

Żeby samego gadania tutaj nie zostawiać wrzucam zdjęcia ostatnio dziubniętego misia:



Ściskam Was Noworocznie i życzę, żeby każdy dzień 2023r. był dokładnie taki, jak Wam do szczęścia trzeba <3 Bądźcie zdrowi!
Wasza A. 



sobota, 9 grudnia 2017

Tak zwyczajnie tęsknię...

Szczerze tęsknię za krajobrazem bez supermarketów.
Pewnie niektórzy koszmarnie się oburzą, bo to przecież takie ułatwienie, tyle okazji na super deal zakupowy ;)
Może to dlatego, że ja dość mocno antyzakupowa jestem. Włóczenie się po galeriach handlowych bardziej mnie męczy, niż kręci, a marketowe zakupy wkurzają często swoimi technikami marketingowej manipulacji. Mój Irek wie najlepiej jak się czuję, kiedy po wejściu do Lidla okazuje się, że wszystko poprzestawiano z prawej na lewo i znowu trzeba szukać gdzie cukier, pasta do zębów, czy cokolwiek innego. Wszystko po to, żeby człowiek dotarł do półek, których normalnie nie odwiedza i kupił coś jeszcze, bo a nuż się przyda. Nie lubię na nowo przyzwyczajać się do rozkładu sklepowego , bo i tak jak tam idę, to wiem po co, a szukanie wszystkiego zabiera mój czas. Śmieszą mnie też wszystkie ściemy sklepowe jak te bananki bio, że niby super zdrowe, albo mini marchewki tak naprawdę strugane z tych w normalnym rozmiarze, za to droższe dużo, bo klient ma myśleć, że to takie młodziutkie i wyższej jakości. Bananki bio tak samo wypastowane są chemią konserwującą jak te nie bio, bo inaczej dojechałyby do nas w formie brunatnej papki, a nie takie ślicznie żółciutkie.
Nie lubię ściemy i już. Wolę małe sklepiki gdzie ktoś walczy o byt prawdą i jakością. Takie osiedlowe sklepiki, wędliny u Pani Iwonki, która zawsze prawdę mówiła, co smaczne, a w co lepiej nie inwestować, warzywniak na ryneczku, gdzie miło było chociaż w paru zdaniach o życiu pogadać między ważeniem naprawdę pysznych ziemniaków i pomidorów malinowych, co prawdziwymi pomidorami były. Po jogurty latałam do pana, co  szerokim uśmiechem pozdrawiał i słowami "Witaj dobra wróżko!" Było miło. W małych sklepikach człowiek miał też mniej potrzeb. Supermarkety prowokują do wrzucania w koszyk rzeczy, które potrzebne wcale nie są i często gęsto i tak w kontenerze na odpady lądują.
Lada moment trzeba będzie jednak ruszyć po świąteczne sprawunki i przebrnąć przez tłumy ludzi w mało świątecznym, za to bojowym nastroju. Muszę to jakoś sprytnie rozłożyć w czasie i przede wszystkim zapas meliski sobie przygotować ;)
U mnie tradycyjnie produkcja i sprzedaż detaliczna, manufakturowa . Wolna od korporacyjnych zwyczajów robię ile mogę i tak, żeby mieć z tego przyjemność. Do świąt jeszcze ciut zamówień zostało, ostatnie dni rezerwuję dla siebie na sprzątanie, uszek lepienie i budowanie nastroju.
A jak tam u Was przygotowania w toku?
Buziaki zasyłam i zdjęć w klimacie świątecznym wrzucam parę. Na bieżąco chyba więcej mnie na instagramie, więc kto chętny do odwiedzin, to zapraszam serdecznie :  COTTONI instagram

Pozdrawiam i ściskam
Wasza A.









wtorek, 7 listopada 2017

Co ma wisieć nie utonie :)

Cierpliwość...
Najczęściej słyszanym pytaniem, kiedy ktoś dowiaduje się czym zajmuję się na co dzień, jest właśnie to dotyczące cierpliwości. "No , że Tobie się chce..., ja to nerwów nie mam, żeby chociaż guzik przyszyć!!!"
Jest jeszcze druga kwestia, która nurtuje wielu : "To z tego da się wyżyć?!" :P
Jak widać żyję. Widocznie to, co robię, jest robione na tyle dobrze, że szanse przeżycia wzrastają :D
No i z tą cierpliwością jest tak, że uczyłam się jej od wielu lat. Zdecydowana większość rzeczy, które budowały moje życie i mnie samą ,wymagały cierpliwości, pracy krok po kroczku. Opłaciło się.
Cierpliwości w relacjach międzyludzkich uczyłam się chyba najdłużej. Te damsko-męskie były zdecydowanie najtrudniejsze, ale ostatecznie i ta nauka zakończona sukcesem :) Dzisiaj lepiej umiem wybierać ludzi , z którymi przecinać lubię ścieżki, którym powierzać mogę swoje radości i troski bez strachu, że zostaną wykorzystane przeciwko mnie, czy użyte do innych chorych celów. Coraz cierpliwiej znoszę też durne teksty osób, którym wydaje się, że mają prawo poddawać krytyce moje decyzje, które myślą, że wiedzą lepiej jak żyć. Nie daję się już wciągać w dziwne dyskusje, nie walczę. Cierpliwe czekam, aż im się znudzi, lub w ich własnym życiu zadzieje się w końcu coś na tyle wartościowego, żeby zeszli sobie spokojnie z mojego tematu. Tego też życzę im szczerze i serdecznie.

Aktualnie czeka nas jeszcze parę konkretnych zmian organizacyjnych i w domu, i w pracy.
Cierpliwie czekam też na otwarcie sklepu online, który miał już być w okolicy sierpnia i niestety trzeba było plan rozłożyć w czasie. No, ale co ma wisieć, nie utonie :) Zamiast robić coś na chybcika, lepiej przygotować wszystko jak należy i pokazać światu jak już dopięte będzie na ten ostatni, solidnie przyszyty guzik.
Cierpliwie więc dziubię tu sobie   wysyłając w świat te moje dzieci/szmatki. Cottoni rośnie  powolutku, dojrzewa jak nalewka świąteczna i kiedy dzisiaj przypomnę sobie w jakim strachu zaczynałam.... ech... Początki łatwe nie były, ale warto było poczekać :)





Skrzydlate czuwają nad nami chyba już w każdym kątku, musi więc być tylko dobrze ;)


Polarnych misiów w tym roku nie zabraknie. Bedą w kilki rozmiarach, a jeden malutki zamieszka u mnie pod szklanym kloszem ;) Plan pracy nareszcie rozłożony tak, żeby i dla nas dało się zrobić co nieco.  W poprzednich latach wszystko się wyprzedawało i dobrze, bo ratowało to nasze finanse, ale temat dekoracji domowych zaniedbany był okrutnie. Nareszcie jednak przuszedł taki czas, że szewc i o własne buty zadbać może :)

Skandynawskie owce na diecie  zachwyciły mnie już dawno, a ta jest pierszą, moją uszytą z wykroju tildowego.  Śmieszna chudzina z niej, ale bardzo ją polubiłam.


Świąteczne klimaty na blogu to też nie brak cierpliwości, a konieczność :) Rękodzieło to czasopożeracz. Trzeba zacząć duuużo wcześniej, żeby zdążyć z realizacją.

Tych, co cierpliwie czekali na moją obecność blogową ściskam mocno mocno !
Z ogromną radością donoszę też, że do jednoosobowej drużyny COTTONI dołączyła Paula, której pomoc z pewnością pomoże usprawnić działania i pozwoli mi na częstsze wizyty w blogosferze. Jest dobrze :)

Do przeczytania zatem wkrótce ;)
Wasza A.

piątek, 26 maja 2017

Przywilej...

Drogie Mamy, Matki, Matuchny...
Wasze,nasze,moje święto dzisiaj. Ze świętami jest u mnie tak, że przede wszystkim powód do refleksji stanowią, a nie tylko pretekst do celebry. Myślę, że właśnie po to święta wymyślono, taka przerwa w codzienności na chwilę zadumy.
Jest taki film, do którego wracam z przyjemnością i zawsze ze ściśniętym gardłem i usmiechem na twarzy oglądam. Nim właśnie i moim osobistym przemyśleniem w związku z dziejszą okazją chcę się z Wami podzielić.
Matką być łatwo nie jest. Można czytać książki, poradniki wszelakie, albo sięgać po porady starszyzny plemiennej. Przy każdym dziecku jednak często trzeba szukać zupełnie nowych sposobów na ich kształtowanie i opiekę. Zostać matką bywa jeszcze trudniej. Taki paradoks, że Ci co bardzo czegoś chcą, mieć nie mogą, a Ci którym to lotto, od losu dostają bez żadnego ale. Z bycia matką trochę uczyniono mit, instytucję Matki Polki nawet, którą trzeba czcić bez względu na wszystko. Matkom przy rozwodach beż mrugnięcia okiem powierza się dzieci, mimo, że często to matkowanie wcale im nie wychodzi. Matki niejednokrotnie oczekują traktowania jak święte krówki, nawet jeśli swoje zadanie realizują w sposób głupi i nieudolny. Może i ktoś się wzburzy mocno na moje słowa, ale myślę, że bycie matką to przede wszystkim przywilej,ogromny przywilej przekazania tego, co w nas najlepsze, nowemu człowiekowi.
Nie, nie zjadłam wszystkich rozumów i sama każdego dnia uczę się na własnych błędach. Idealną mamą też nie jestem, ale póki mam okazję będę się starać, do błędów przyznawać, błędy analizować i wyciągać wnioski. Nie będę też nikomu mówić jak ma żyć, bo jeśli ktoś w tym temacie stawia siebie samego jako niezaprzeczalny autorytet, to guzik wie o życiu.  
Dostałam od losu okazję poznania człowieka, który ze mnie wyrósł, ale nie dla mnie, lecz samego siebie i świata. Mogę wpoić w tego człowieka, to, co sama uważam za dobre, to, czego sama się nauczyłam. Mam okazję obserwować jak na moich oczach wyrasta ktoś nowy z całą masą możliwości, lepsza wersja mnie samej może. To ogromny przywilej.
Nie raz i nie dwa spaprałam coś książkowo w tym temacie, ale wierzę, że wszystko można naprawić póki tu jesteśmy. Będę się starać być matką kochającą i wspierającą,bo to najcenniejsza rzecz jaką można dziecku podarować. Nieistotne ile kasy w życiu wywalicie na swoje potomstwo, jakie sprzęty kupicie, w jakie szmatki ubierzecie i w ile zajęć pozalekcyjnych zainwestujecie swoje fundusze. Dajcie ile chcecie, ile możecie, bez wyliczania i wpędzania we wdzięczność, czy obowiązek zwrotu wkładu.. Przede wszystkim dajcie swoim dzieciom poczucie własnej wartości i wiary w ich możliwości. Bądźcie wsparciem i oparciem, bądźcie ich siłą i drogowskazem, a kiedy przyjdzie czas nie podcinajcie skrzydeł, żeby zatrzymać w gnieździe. Bądźcie zwyczajnie mądrymi matkami, czego sobie i Wam z całego serca życzę.


Moja dziewczynka, co spod serca wyskoczyła, jest już dorastającą kobietą. Czasem jeszcze głupitki dzieciuch jej  się włącza, ale za parę lat zacznie swoje własne, dorosłe życie. Wierzę, że będzie dobrym człowiekiem, chociaż jeden z moich licealnych profesorów powtarzał zawsze, że dobra, to może być kiełbasa śląska :P Ma prawo do własnych błędów, osiągania własnych celów, budowania świata według jej własnej wizji. Ja tu będę i w razie czego tak po matczynemu się przydam, doradzę, wesprę, przytulę i puchnąć z dumy będę sobie też :) Nie dla siebie urodziłam i wychowałam, a dla niej. Co zasiałam niech rośnie, a świat stoi przed nią otworem.

Mamą można być i bez bólu porodowego. Wystarczy miejsce w sercu znaleźć dla kogoś, kto do serca przytulić się pragnie. Mała i Duża... dziękuję Wam obu, że jesteście. Dzięki Wam moje matkowanie to najpiękniejsza misja  w życiu! T. i W., Wy wiecie, że kocham <3 <3

Wspomniany wcześniej film to francuska produkcja z 2014 roku " Rozumiemy się bez słów" ( tytuł oryginalny: "La famille Bélier" ) Znajdziecie w sieci. Polecam gorąco na wieczorny seans ;)  Finałowa piosenka i scena pożegnania, ech... Nie będę Wam mówić jak je odczytać. Zostawiam to Waszym przemyśleniom. Chłońcie każdą chwilę z przywileju macierzyństwa. Wykorzystajcie go w pełni :)

Wszystkiego najpiękniejszego z okazji Dnia Matki!

Wasza A.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Depresyjna aura...

Nic nie mam przeciwko zimie. Niech sobie będzie. Plusów ma dużo, bo do przytulania okazji więcej, pretekstów do zwijania się w kłębek w domowym ciepełku też nie brakuje.Ta tegoroczna jednak wlecze mi się już jak flaki z olejem. Za wiosną już bym chciała się rozglądać, zielony dywanik jakiś zaliczyć  z kocykiem, drożdżówką i kompotem z rabarbaru. Miziania buzi słonecznymi promykami brakuje mi okropnie. Szare niebo, mgły i ślizgawica. Mam już do nich spory wstręcioch. Kupuję kwiatki-moje antydepresanty- i próbuję przetrwać. Dobrze, że charakter pracy różnorodny i kolorowy, bo chyba nie dała bym rady na trzeźwo...
Wiosnę czarować idę przy maszynie. Dzisiaj chyba zasłonię okna i zapalę stado świec, bo widok straszy za oknem. Trzymajcie kciuki, żebym nie poszła z dymem ;)




Robi się mocno króliczo w domu i w pracowni. Dzisiaj kroję kolejne. Ciekawe ile dam radę w tym roku do Wielkiej Nocy uklecić. Jeżeli żadna zaraza grypopodobna już nas nie do padnie, to może będzie dobrze. Jakby ktoś miał chęć na te maluchy z koszyka, to czekają na swój nowy dom.

Dostępne są też te dwie tildowe zajęcze dziewuszki:








Królicze mordki znacząco poprawiają mi humor. Dużo ich jednak trzeba w tym roku dla zachowania właściwego stanu ducha ;) Idę więc działać i wyrabiać te moje 300% normy :)

Buziaki zasyłam
Wasza A.

sobota, 24 grudnia 2016

Święta z przytupem!

Drodzy Moi,
w tym niezwykłym czasie życzę Wam spokoju, radości w sercach przeogromnej z najmniejszych nawet rzeczy. Cieszcie się sobą, zapachem i smakiem. Celebrujcie każdą chwilkę i uśmiechajcie się do siebie szeroko. Darujcie sobie nerwy, bo ktoś tam spóźnił się na kolajcję, bo prezent dał taki, jakiego nie chcieliście otrzymać. To wszystko nieistotne. Ważne, że ten ktoś dojechał, choćby spóźniony, ważne, że pamiętał, bez względu na to, jak zbędną rzecz Wam  ofiarował ;) Śpiewajcie kolędy i pastorałki z całych sił w płucach. Niech to będą święta gorące od Waszych serc, nawet jeśli w czasie pasterki zmarzną Wam nosy i policzki.
Wesołych Świąt życzę Wam wszystkim!
Wasza A.







poniedziałek, 28 grudnia 2015

Poświąteczny...

Post poświąteczny z głębokim "uuuuuffff" w tle...
Z jednej strony dobrze, że już po, ale z drugiej... szkoda, że tak szybko zleciało...
Tyle pracy, biegania, szykowania, niepotrzebnych nerwów i ostatecznie przymusowej nauki odpuszczania tego, od braku czego świat się nie zawali.
Mój nie zawalił się z powodu braku uszek w barszczu. Nie dałam już rady. Mimo najszczerszych chęci i ciągłego wyliczania sobie czasu, w czasie wcale się nie zmieściłam. Wspominanych w poprzednim poście zasłonek też nie było, obruska nowego nie było i paru jeszcze innych zaplanowanych zadań do wykonania nie udało się zrealizować. Mimo to świat jak się kręcił, tak kręci się nadal, a świąteczne dni przeleciały szybko jak szczypany w ogon koliberek, frrrruuuu i tyle.....
Pracą przedświąteczną tak dałam sobie w kość, że zgodnie z przewidywaniami po Wigilijnej wieczerzy padłam i cały kolejny dzień do życia nie nadawałąm się wcale. Mój I. ratował mnie co chwilę miętową herbatką, barszczykeim i sama nie wiem czym jeszcze, Organizm odmówił współpracy bynajmniej nie z powodu przeżarcia.
Lodówkowe półki dzisiaj jednak już opróżnione ze świątecznych frykasów ( pierogi z grzybami mojej mamy- delikatne, koronkowe, pyszne.... swojska szyneczka-krucha, obłędnie pachnąca dymkiem z wędzarni...) Został nam zapach pierników i cytrusy w sporej ilości. Dzisiaj koniecznie lekki obiad i wracamy do pracy ;)


Pierniczki ze zdjęcia powyżej zakupiłam na zamku w Łomnicy, a ich autorką jest Pani Agnieszka, do której namiary znajdziecie na blogu o tu: KLIK
Wykonane jak sądzę techniką szablonową, piękne prawda?
Kolejny, ręcznie dekorowany przez mega zdolną Panią Magdalenę Topolanek, zachwycił mnie już na zdjęciach, które znalazłam na jej FB stronie. Musiałam więc koniecznie nabyć takie cacko dla siebie :) Namiary do Pani Magdaleny o tutaj: KLIK


Prezentami pochwalę się cząstkowo ;) Są słodkie , pachnące i cieplutkie:


Jest i coś do poczytania w dzień pochmurny:


...a jakąś chwilę wcześniej zafundowaliśmy sobie przedświąteczny gifcik w postaci uszatego przyjaciela :)


Idealny fotel do czytania, artystycznego dziubania i krótkiej drzemki hehe...  ;)
Leniuchowania jednak już dosyć. Czeka na mnie pewne stadko do wykończenia.
Cześć pracy Rodacy!


Buziole pachnące pierniczkami!

Wasza A.

piątek, 23 października 2015

Nieśmiałe początki

Zaczęło się...
Pierwsze świąteczne podrygi.
Wyrobię się ze wszystkim, czy się  nie wyrobię? Oto jest pytanie...
Można na ten temat wróżyć z fusów, ale ja kawę rozpieszczalną pijam, więc fusów brak :P
Poza tym we wróżby nie wierzę, więc lepiej brać się za robotę i nie marudzić.



Był u mnie elf, miał pomóc z robotą, ale do pracy raczej się nie palił i dyla dał. Została jeno skarpeta :D



Misiowate ledwo spod igły wyszly  i już  w świat pognały... Muszę chyba uszyć stwora bardziej stałego w uczuciach, co zechce usiąść przy mnie i pomóc choć troszkę, lub wesprzeć przynajmniej duchowo w nawale pracy.

Weekend już za pasem, a mnie się dopiero co tydzień zaczął...  no nie ogarniam Proszę Państwa tej czasu gonitwy, nie ogarniam....

Miłego weekendu życzę
Odpocznijcie też trochę za mnie...
Wasza A.


sobota, 4 kwietnia 2015

Jajeczne życzenia...

Każdy kraj ma swoje tradycje, każdy region również, dom nawet każdy w klimat świąt wnosi zawsze coś od siebie. Ilu ludzi, ile rodzin, tyle różnych rytuałów świątecznych. Mój bardzo osobisty zwyczaj, tworzący się przez ostatnie lata zarobienia totalnego, polega na dopasowywaniu się emocjonalnym do mąki tortowej, cukru waniliowego i innych sypkich prodkuktów, znaczy się chcę powiedzieć, że poprostu w proszku jestem... Ile to ja sobie nie naplanowałam, ech... W głowie plan jak zawsze układał się idealnie, tylko po drodze jakoś zaczął się potykać, żeby ostatecznie wyrżnąć łbem o krawężnik. Trudno, ile się udało, tyle trzeba przyjąć z radością i już lada moment rozpocząć świętowanie ;)






Jajka wielkanocne gotujemy na twardo, całą resztę kulinarno-porządkowych spraw można jednak wziąć na miękko ;) Jaj ze świąt sobie nie robimy, ale czasem warto co nieco z przymrużeniem oka potraktować :)



Życzę Wam, żeby te Święta Wielkiej Nocy miały dla Was wielkie znaczenie i wielkie zmiany (tylko na lepsze) w głowach i sercach zaprowadzały. Wesołych Świąt Kochani!


Wasza A.