Obserwatorzy

wtorek, 14 czerwca 2022

Weź ty się zdecyduj!

 Podobno nie da się robić wszystkiego. Trzeba się zdecydować, konkretnym być. Nie tak, że piętnaście srok za ogon ciągnąć. Albo to, albo tamto. Konkrety, tylko konkrety. Porad biznesowych w tym tonie słyszałam przez lata wiele. No i co prawda, to prawda. Nie neguję. Sęk w tym, że ja głęboką, wewnętrzną potrzebę ciągania za ogon mam całe wielkie stadko najróżniejszych ptaszorów. Raz zrobię gryzonia, innym razem napiszę wierszyk, w dniu kolejnym namaluję obrazek, uszyję poduchy, później skrzypce wyciągnę i pogram tak dla przyjemności własnej, albo na kalimbce poplumkam nieco. Dookoła tamborki, pełne włóczek worki, tasiemki, guziczki i cała reszta mojego artystycznego pierdolnika nie pozwalają się skonkretyzować.  Poza tym żadna tam ze mnie bussiess woman. Raczej nieszkodliwy wariat. Biznesy wymagają rygoru, odpowiedniego wizerunku, ciągle spiętych pośladków, a cały ten zestaw nie leży mi zupełnie. Do biznesów prowadzenia jest też wskazane głębsze uczucie do bożka pieniążka, a ten nigdy nie był moim celem życiowym. Robię więc tyle, ile mi trzeba, ile chęci i sił wystarcza. Planów i pomysłów od groma i ciut ciut, do końca dni z pewnością mi ich nie zabraknie. Nie każdy ten mój styl bycia kuma, niewielu akceptuje. Bywa, że brak cierpliwości do mnie głęboką wściekłością u potencjalnego klienta się objawi. Wszelkie działania pod jakąkolwiek presją blokują mnie totalnie. Spokój ducha do pracy twórczej jest mi bezwzględnie potrzebny, no i i rutyny brak. To dwa sztandarowe warunki, dzięki którym jestem w stanie wyrzucać z siebie na świat zewnętrzny rzeczy ładne i miłe dla oczu, uszu i serca. Jedna sroka na całe życie? No nie ma takiej opcji.... 













Pozdrowienia z samego centrum mojego osobistego wariatkowa ;)

                                                     Wasza A. 


















piątek, 27 maja 2022

Naprawdę fajne miejsce.

 Dzień dobry :)

Zaś  nie widzieliśmy się tutaj szmat czasu, ale do zrobienia wciąż tak wiele, że naprawdę wszystkie plany trudno upchnąć w każdy dzień, tydzień, miesiąc. Nie ma nudy, o nie. Ręce ciągle zajęte, głowa jeszcze bardziej i żadne tam "nudzi mi się" nie ma szans tu zaistnieć. 

Dawno już pisać miałam o miejscu, do którego przywiało mnie lat temu prawie trzy. Zegar tykał, kartki z kalendarza wyfruwały jedna za drugą  i jakoś nie było kiedy skrobnąć tych  paru słówek. Dzisiaj jednak aura sprzyjająca wyciszeniu w codziennej bieganinie, więc nadrabiam zaległości. Jako, że pierwszego czerwca mija rok odkąd dołączyłam do pewnej ekipy, o której również z radością chciała bym Wam opowiedzieć, to dzisiaj kumulacja ;)...

Przeprowadzka do Polkowic wywołała u niektórych moich znajomych lekkie oburzenie, no bo jak to, Legnica to Legnica, miasto historyczne, a to drugie to fuj i blech i zadoopie, w którym na dodatek trzęsie... Co ja tam niby będę robić, nudy, plotkujące środowisko i nudy  po wtóre... Cóż, jestem wielką fanką zadupia jeszcze głębszego i dopóki żyję wszystkie moje działania skierowane są i będą  ku przeniesieniu w takie właśnie miejsce. Legnica to też żadna metropolia i w porównaniu z wieloma miastami w Polsce zadupie jeszcze głębsze, więc nie ma się co nadymać. Poza tym dojazd komfortowy, kiedy chcę dojechać mogę szybciej, niż przejechać z jednego końca  miasta na drugi. W moim nowym miasteczku za to spokój, zero świateł, na których człowiek koczuje po 3 cykle, same ronda, więc czasu oszczędzam ogrom. Wszystko blisko, niczego mi tu nie brakuje, a najbardziej doceniam fakt, że z horyzontu zniknęły mi potworne huciane kominy ziejące dymem  przez dzień cały. Owszem w Polkowicach powietrze też nie jest uzdrowiskowe, ale jest  dużo lepiej. Czasem trzęsie, to fakt. Wyrobiska po miasteczkiem dają znać o sobie od czasu do czasu. Bywa, że lekki niepokój mnie dopada, ale nigdy atak paniki i chęć ucieczki, więc jest OK. Większy strach odczuwałam w Legnicy wychodząc wieczorową porą na spacer z psem. Ogólny bilans przeprowadzkowy po tych trzech latach jak najbardziej pozytywny. Nie jest to miejsce na stałe, o nie. Zasiedzieć mi się tu nie wolno, bo dom, w którym żyję moim rodzinnym nie jest. Statystycznie to kobiety najczęściej na starość zostają same, więc w razie gdyby... ech... trudno o tym myśleć, choć trzeba, na wyprowadzkę miała bym niewiele czasu. Dlatego nam tutaj jeszcze parę lat, a później robię rząd i spadamy, lub spadam stąd... Czas pokarze co uda nam się zbudować w najbliższej przyszłości ;)

Teraz o mojej ekipce roboczej :)

Dla unormowania życia zewnętrznego i wewnętrznego potrzebowałam pracy na etatku. Wywalanie 3\4 miesięcznej krwawicy na utrzymanie działalności było już totalnie bez sensu. Poza tym wszystkie znaki na polskiej ziemi i niebie wskazują, że przedsiębiorca w naszym kraju to zło najgorsze, które trzeba zastraszać z każdej strony i gnębić tak, żeby dał sobie spokój, lub z głodu zdechł. No chyba, że jest przedsiębiorcą "wysokiej klasy", robi duże przekręty i ma powiązania z państwową trzodą chlewną (czyt. najgłośniej chrumkający przy korycie...) Wielkie pieniądze nigdy nie były moim życiowym celem, ino spokój. Stąd też poszukiwania miejsca przede wszystkim z fajnymi ludźmi. W tej kwestii miałam ogromne szczęście, bo od roku czas zawodowy spędzam z dziewczynami, które szczerze uwielbiam. Każdą z osobna i wszystkie razem. Każda jest inna, każda naprawdę wyjątkowa i razem stanowimy bardzo zgrany zespół. Owszem, bywa, że tak po babsku jedna na drugą się nabzdyczy niepotrzebnie. Bywają jakieś niedomówienia, albo głupi odruch przerabiania problemu za plecami, zamiast rozmowy wprost, co jest jedynym skutecznym sposobem prostowania sytuacji. To jednak banał, system do naprawienia. Ważne, że lubimy spędzać ze sobą czas. Ja lubię bardzo i mam nadzieję, że dla nich też jestem wsparciem, nie ciężarem :*

Robię w handlu :) Parę razy mówiąc znajomym gdzie aktualnie pracuję spotkałam się z reakcjami mocno zastanawiającymi.  No niby "żadna praca nie hańbi...", niby spoko, ale serio? Tak poniżej kompetencji? Tak serio serio to nie miałam lepszej pracy. Wracam do domu bez dźwigania myśli o tym, co w tym miesiącu jeszcze do zrobienia. Spokój ducha jest nie do wycenienia. Mam zdrowy kontakt z ludźmi, którzy nie mają całego stada much w nosie, a to bywało bardzo uciążliwe w moim poprzednim miejscu pracy. Firma jest spoko, nawet jeśli korpo korbę namiętnie próbuje nam wkręcać, w typowy sobie sposób stawiam lekki opór. Dbają jednak o nas coraz bardziej. Lubię to miejsce, tych ludzi i lubię kontakt z naszymi klientami. Jest dobrze. Oby się nie zesr.... Tu odpukuję trzy razy w niemalowane czółko...

Dzięki temu, że wypracowałam w swoim małym światku względny spokój mogę powolutku wracać do pracy szmacianego dziubacza. W międzyczasie przygotowuję dekoracje na Boże Narodzenie, bo czasu pochłaniają multum. Pokazywać ich tu jednak nie będę tak do września... Poczekają sobie cierpliwie. Czasem robię coś małego dla kogoś miłego, lub bliskiego, czasem dla siebie. Dużo tego nie było ostatnimi czasy, ale parę sztuk wrzucam, żeby okrasić przydługi pewnie do przetworzenia  dla niektórych tekst ;)


 





Tyle na dzisiaj. Dobrego dnia życzę wszystkim, którzy jeszcze jakimś cudem tu trafiają :D
Buziole!
Wasza A.

środa, 8 września 2021

Na marzenia czas

 Dzień dobry!

W ostatnich dniach miał się tu pojawić post zupełnie inny. Napisany, uklepany, wygłaskany co do literki musi jednak poczekać na publikację. Dzisiaj będzie o marzeniach, a w zasadzie o moim jednym, największym chyba z tych możliwych jeszcze do realizacji. Pierwszym było poukładanie sobie życia totalnie spokojnego, nudnego wręcz dla wielu. Stworzenie rodziny z dobrym mężem u boku, dwójką, lub większą gromadką dziecioków, z prostą radością zwyczajnych dni... Posrało się jednak kompleksowo, a ja z uporem maniaka wychodząc z jednego bagna drugą nogą lądowałam w kolejnym. Może nie na własne życzenie, ale podświadomie sądząc, że na nic lepszego nie zasługuję. Ot, co czyni z człowiekiem i jego decyzjami mocno zaniżona samoocena. O tym jednak też może innym razem... Jest jak jest, inaczej już nie będzie. Dzieciok własny sztuk jeden, Bogu dzięki i za to. Tych, co miejsce w sercu mają jest jeszcze kilkoro, więc ułamek marzenia zrealizowany. Męża nie było, nie ma i pewnie już nie będzie, za to obśpiewałam wesela innych przez 15 lat wielokrotnie i mam nadzieję, że przynajmniej części z nich wiedzie się dobrze po dziś dzień. Zwątpienie w instytucję małżeństwa na podstawie obserwacji poczynań najbliższego i dalszego otoczenia dopadło mnie ogromne, chociaż w głębi serca iskierka żalu pozostanie już chyba na zawsze wiedząc przed jakimi potworami niektórzy wieczność przyrzekali. Trzeba jednak naprzód iść z tym co jest doceniając tego wartości.

Marzeniem, którego realizacja jeszcze ma szansę wypełnić się w pozostałej części żywota jest przeniesienie całego mojego bałaganu w jakieś zacisze (czyt. zadupie ) totalne. Z dala od nadmiaru dźwięków, obrazów, tłumów. Psychiczna i fizyczna wręcz potrzeba, bo natura WWO przebodźcowania nie lubi i już. O tych planach przeprowadzkowych pisałam dawno temu, kiedy to jeszcze myśl dźwigania z gruzów starej chałupy była myślą mocno niepopularną. Od tamtej pory zmieniło się wiele. Przeprowadzki miejsko-wiejskie stały się pewnym trendem, modą, a nawet sposobem na życie wielu youtuberów, instagramowców i całej reszty sprzedającej każdy ułamek swojej codzienności w sieci tylko w celu znalezienia sponsorów i zwiększenia liczby subskrybentów. Wielu z nich poległo w międzyczasie popełniając całą masę podstawowych błędów. Wielu też przekonało się, że takie życie nie jest dla nich i wiele z tych chałup trafia znów na rynek. Niestety, co przyprawia mnie o dreszcze, często stare mury sprofanowane zostają plastikowymi oknami, panelami, a ogrody wycięte w pień i obsadzone szpalerami tuj. Cóż, jak znajdę swoje miejsce wyglądać będzie zupełnie inaczej, a wpuszczać doń nie będę czort wie kogo, bo dom, to dla mnie azyl, ostoja i nie powinien lustrować każdego jego kąta anonimowy użytkownik internetów.  Jeżeli uda się plan stworzenia  max. dwóch pokoi dla gości, ta część domu będzie rzecz jasna dostępna dla Was :*

Post stareńki o domu jeszcze starszym do wglądu o tutaj: KLIK

Gdzie teraz jestem? W miejscu. które jest przystankiem. Nie jest źle, jest ogród, spora przestrzeń, więcej spokoju, niż w znerwicowanej i brudnej Legnicy, ale to nie mój dom. Tego ciągle szukam. Kiedyś ktoś drwiąc z tych planów i poszukiwań powiedział, że realizuje moje marzenie, dając w ten sposób do zrozumienia, że jego stać, a mnie nie." Ja realizuję twoje marzenia, a ty kiedy?" To słowa, które miały być prztyczkiem w nos. Cóż... Nie było mnie stać , nie było możliwości dokonania zmian radykalnych w trybie pilnym. Był jednak czas na obserwację, naukę, wyciąganie wniosków z błędów innych. Dlatego wierzę i bardzo wierzyć chcę nadal, że moje, nasze miejsce gdzieś czeka na nas i w odpowiednim momencie się objawi. Nawet jeśli w tym nowym miejscu głęboko wzięty oddech będzie  ostatnim, to warto czekać. Przynajmniej  moje marzenie jest faktycznie moje, nie skradzione innym...  

Pracy jeszcze przed nami ogrom. Ta etatowa aktualnie odbywa się w miejscu, gdzie ekipa jest fajna, gdzie wzmacniam mięśnie do dalszych działań, a głowa może odpoczywać od nadmiaru obciążeń i zobowiązań. Co z pracą twórczą? Bez niej nie żyję, a sterta materiałów w pokoju przeznaczonym na pracownię aż krzyczy żeby ją zagospodarować, więc nie ma wyjścia ;) Cały dostępny międzyczas zaczynam od nowa przeznaczać na...







Ot mała zajawka. Rzeczy, które nowy dom już mają, a ja sięgam po kolejne skrawki lnu na dzisiejszy wieczór, więc i zypełnie nowych zdjęć wkrótce parę wrzucę. 
Tymczasem odmeldowuję się, bo niby praca nie zając, ale wiadomo ;).....
Ściskam
Wasza A.


poniedziałek, 8 lipca 2019

Talent.

Wypatrzyłam ostatnio na FB zdjęcie z tekstem, który mówił, że "Bóg nie wybiera zdolnych, ale uzdalnia tych, których wybrał". Myśl piękna i bardzo sercu miła, chociaż ja zdania jestem, że Bóg wszystkie swoje dzieci kocha tak samo i każdemu dał wyjątkowy pakiecik. Nie każdemu jednak chce się szukać w sobie, a nawet jak już coś znajdą, to ten dar rozwijać. Talent bowiem, to zawsze tylko kilka procent efektu końcowego. Cała reszta, to praca, praca, praca. To treningi do granic wytrzymałości, poświęcenie, upór i determinacja. Talent to nie tylko śpiew, taniec, umiejętność uwieczniania rzeczywistości pędzlem na płótnie, czy myśli piórem na papierze. Ile aktywności człowieka, tyle talentów, a z rozwojem tego świata ciągle ujawniają się nowe. Talent można mieć do pieczenia ciast, wychowywania dzieci na wspaniałych ludzi, do układania płytek i gładzenia ścian, czy pisania programów komputerowych. Talent do słuchania słów rozmówcy, czy motywowania do życia i działania są równie cenne. W każdej ludzkiej głowie i rękach siedzi tyle możliwości. Każdy móżdżek, nawet najmniejszy, to komputer, którego tajemnicy i potencjału człowiek nie zgłębi chyba do końca świata. Jak działa mój komputerek? Czasem zawiesza się na myślach uporczywych, dużo koduje, ciągle przetwarza. Bezustannie analizuje słowa, gesty, najróżniejsze bodźce. Możliwe, że dlatego zdecydowanie nie lubi rozmów telefonicznych, woli kontakt bezpośredni, bo przez telefon z samych słów dostaje za mało danych. Nie widać mimiki, powiedzieć można wszystko, co ktoś chce usłyszeć wywracając oczyma w pogardzie, udawać zbyt dużo. Woli twarzą w twarz, lub trzymając się terminologii komputerowej, monitorem w monitor ;) No i w oczy patrzę kiedy rozmawiam. Gapię się czasem może zbyt mocno, co niektórych peszy, innym daje złudne poczucie flirtu. Ja jednak nie flirtuję, czytam człowieka. 
Mój komputerek zawirusowany jest kompleksami. Takie pliki cookies, nadmiar których trochę komplikuje sprawne funkcjonowanie. Dużo ich, bardzo dużo i jeśli nawet wiem co ich rozwój nawoziło, to i tak wyplenić nie umiem. Reset totalny byłby potrzebny, czyli terapia prądem najlepiej.  
Co motywuje mój komputerek do działania? W rodzinnym domu pochwał nie było. Ciągle słyszał, że wszystko robi źle, że do niczego właściwie się nie nadaje, że tylko wstyd i wstyd przynosi. Udowadniał więc ile sił, że jest inaczej. Starał się chłonąć nową wiedzę i umiejętności, działał na pełnych obrotach i ciągle w poczuciu niedoskonałości wyciskał z siebie więcej i więcej. Czy chwalony zadziałał by lepiej? Tego nie wiem, bo czasu się nie cofnie. Niektórzy chwaleni od dziecka za byle bazgroł na kartce, czy totalnie beznadziejny występ w przedszkolu obrastają w pióra i tylko balon wokół nich rośnie przez lata, nic poza tym. Innym jednak pochwała dodaje skrzydeł i wynosi ponad chmury.  Recepty na wychowywanie dzieci nikomu więc nie daję, nikogo nie pouczam, bo szczerze, to nie wiem, czy smaganie duszy słownym batem, czy jej głaskanie jest lepsze. Gdybym może popadła w samozachwyt przy pierwszych szyciowych wyczynach dzisiaj nie byłoby tak ładnie.  Słyszałam jednak ten głos, " Tu krzywo, tam niedokładnie, co to ma być, to ty po to studia kończyłaś, żeby teraz szwaczką zostać?!" Tak kurła... Najbardziej zaje.... szwaczką chcę zostać. Krawcem przez  wcale nie fałszywą skromność jakoś nazywać siebie nie chcę, bo tak długo jak garnituru skroić na wymiar nie umiem, tak tytuł w pełni należeć się nie będzie. Z resztą... przylepianie jakichkolwiek tytułów nie leży w mojej naturze. Wolę zwyczajnie robić swoje. Szwaczkuję więc i rękodzielniczkuję plus słowotworzę kiedy tylko najdzie mnie ochota :) 
Talenty dostałam w pakiecie artystyczne. Czy wszystkie odkryte? Hmm, mam nadzieję, że życia ziemskiego jeszcze ciut dostanę i może coś nowego w sobie znajdę. Na skrzypcach grałam od siódmego roku życia. Dwanaście lat szkoły muzycznej. Dwanaście lat bicia się w duchu, że nie jestem wystarczająco dobra. Mój nauczyciel skrzypiec twierdził, że talent spory, ale spektakularnych  osiągnięć nie było i zwyczajnie jakoś tak nie czułam luzu w tym graniu. Zbyt dużo odtwórczej pracy, zbyt mało mnie. Ale uwielbiałam grać w orkiestrze, później śpiewać w chórze, bo poczucie harmonii i wszystkie te jej dźwięki składowe dawały nieopisane wręcz szczęście, uczucie spełnienia. Każdy człowiek to zwierzę stadne i nawet ja z moim pogłębiającym się introwertyzmem czasem ludzi potrzebuję. Orkiestra i chór to moje stada były, jedyne sytuacje w życiu, w których bycie częścią tłumu sprawiało mi prawdziwą przyjemność. 
Talent wokalny. Śpiewać to ja lubiłam, a jakże. Każdą reklamę praktycznie musiałam odśpiewać razem z telewizorem. W domu nikt się jednak nie zachwycał, raczej komentarz leciał "Ty musisz ciągle wyć?" Jeżeli więc wśród najbliższych znów zachwytu nie poczułam, to i skłonności do pchania się na scenę nie wykształciłam. Później przez lata całe zarobkowo pracowałam tym niedoskonałym  wokalem, bo trzeba było jakoś samotną rzeczywistość ogarniać. Pierwsze śpiewane imprezy wymagały jednak  mocnego podlewania wodą ognistą, bo przez kompleksiory ręce latały jak przy Parkinsonie i ryzyko upuszczenia mikrofonu było zbyt duże. Śpiewanie moje ludziom się podobało, chociaż często myśl przez głowę przebiegała, czy to aby nie działanie częstych toastów weselnych ;) 
Dzisiaj śpiewam już tylko w samotności, ale jak wspomniane we wcześniejszym poście ukulele sobie nabędę, to jakieś biesiady przy stole i winku pewnie jeszcze wokalnie okraszę :)
Praca z igiełką, to zdecydowanie moje pole do popisu. Tu czuję się najswobodniej i czasem tylko przeraża mnie kurczący  się czas przy nawale pomysłów do zrealizowania. Problem mam wręcz z wyrzucaniem nawet małych ścineczków, bo wszystko myślenie podsyca. Sypiam niewiele, pracuję dużo i rozwijam mój antytalent do tworzenia bałaganu :P Tak, tak. W tym też jestem dobra, o ile można wadę postrzegać w kategoriach rozwojowych.  To mój największy minus chyba, sianie wszystkim dookoła. Tu nuty, tam szmatki, włóczki, rozłożone na stole skrzypce, bo wczoraj miałam tak ogromną ochotę pograć sobie etiudy Kreutzer'a i instrumentu nie schowałam, bo może jeszcze jutro coś pogram troszeczkę... Okropny nawyk- nieodkładanie rzeczy na miejsce. Mam jednak jego świadomość i pracuję nad sobą, jak ten Syzyf trochę, ale pracuję. No i jak już totalnie się zagracę, to przychodzi takie dźgnięcie w dupsko i lecę jak burza odkurzając nawet dawno zapomniane zakamarki. Wystarczy, że czegoś, co pilnie potrzebne, odszukać nie mogę. Czasem pomaga też informacja, że jutro w gości ktoś wpadnie, wtedy też zmieniam się w prawie perfekcyjną panią domu :) Z naciskiem na prawie :P  Z bałaganu tego twórczego  jednak wiele dobrego wynika czasami. Rozrzucone szmatki wielokolorowe, wstążeczki i niteczki czasem tak się pięknie dopasowują i inspiracją są ogromną. Przy kolejnym układaniu i przebieraniu stert materiałów i worków z włóczkami zawsze wpadam na jakiś nowy pomysł. 
Talent mam też do ciast pieczenia, chociaż najbardziej lubię takie proste: murzynek, drożdżówka, placek z rabarbarem i kruszonką. Klasyczki, ale jakoś w moich rękach rosną przepięknie i smaczne są bardzo, bardzo. Chociaż może to tylko kwestia odpowiednich składników, bo tam gdzie margaryna w przepisie, to ja  zawsze masło, cukru wanilinowego nigdy, ale wanilię prawdziwą, sztucznych polew nie toleruję, czekolada być musi. Ot, takie proste triki kulinarne, które ewidentnie robią różnicę.  Pieroguję też ostatnio dosyć intensywnie, no i te wychodzą wzorcowo. Wiadomo, estetyka zachowana, falbanka na każdym zawinięta jak w barokowej kiecce i nie za duże, żeby zgrabnie na talerzu wyglądały. Mama mówiła, że mąkę trzeba sparzyć, to ciasto miękkie będzie,co komputerek dawno temu zakodował i ta wiedza się przydała.
Talent do słów składania. No dostało mi się, wiem, chociaż mój profesor w liceum twierdził inaczej i robił wszystko, żebym zamilkła na wieki.  Wypowiedzieć się na żywca do mikrofonu jakoś nie umiałam nigdy, ale jak widzę te myśli moje przelatujące właśnie przed oczami na monitorze, to jedno słowo drugie za sobą ciągnie płynnie, gładko, często z sensem... jest dobrze. Wracając do wcześniej napisanych tekstów wiele bym poprawiła, wygładziło by się to i tamto, byczki usunęło, powtórzenia zastąpiło synonimem. Może dlatego książki napisać nie mogę, chociaż zaczęłam dawno temu. Do usranej śmierci wracała bym ku pierwszej stronie i poprawiała, poprawiała, poprawiała... Taki stan chorobowy, ale każdy jakąś korbę ma, tylko nie każdy zdiagnozowaną. Moja to narzucony, wyuczony perfekcjonizm. Mechanizm zakorzeniony tak mocno, że już nikomu nic udowadniać nie muszę, poza sobą samą. Są rzeczy, które bez wyrzutów sumienia umiem już sobie odpuścić, ale jeśli robię to, co lubię, to lubię to robić jak najlepiej potrafię. Pisać lubię, a jakże, dlatego zanim wrócę na początek tego posta, żeby w upierdliwości swojej poprawiać co napisane, to wrzucę Wam jeszcze zdjęć parę i puszczam słowotok w sieć. W przeciwnym razie będę tu koczować do wieczora przynajmniej, a tyle innych rzeczy do zrobienia czeka :)
Dobrego tygodnia życzę i niech Wasze talenty ujawniają się w nieskończoność
Buziole 
Wasza A.




















 

piątek, 21 czerwca 2019

Zmiany są dobre.

Zmian to ja ,Proszę Szanownego Państwa, bałam się zawsze jak ognia. Pamiętam nawet, że w szkole podstawowej informacja o rozszerzeniu skali ocen z 2-5 do 1-6 blady strach u mnie wywołała i buczałam po nocach, że rady nie dam. Te piątki zbierać to ok, ale jak te szóstki miałabym niby złapać? Totalny brak wiary we własne możliwości ciążył mi przez lat wiele niczym kula u nogi. W dorosłym już życiu podejmowanie decyzji czy w lewo, czy w prawo skręcić też łatwo nie przychodziło i często tkwiłam w sytuacjach wcale nie sprzyjających. Całe więc szczęście, że człowiek się starzeje, bo z wiekiem strachy na lachy jakoś mi tak odfruwają jeden po drugim :) Dzisiaj to, co nie rokuje na przyszłość, szans rozwoju nie ma bez lęku mogę szurnąć w kąt.  Tak też zrobiłam z zespołem, który współtworzyłam z kolegami , a w którym to kolejne i kolejne zmiany personalne zaczęły mi już ciśnienie podnosić znacząco. No i ileż można obśpiewywać te śluby i wesela. Nie policzę nawet ile razy "Wschodami gwiazd", czy "Cudownych rodziców mam" ćwiczyłam z kolejnymi muzykami i szczerzyłam się do tłumu podchmielonych weselników udając, że pięknie jest, bo show must go on... Co za dużo, to i pies nie zeżre, jak to mówią.
Zmiany spore życiowe wdrażamy właśnie na bieżąco i szybciej, niż  myśleliśmy przeflancowujemy się do Polkowic. Parę lat temu i tego bałam się okropnie, ale te parę lat temu to inna ja byłam przecież :) Dzisiaj nikomu po garbie skakać sobie nie pozwalam i dokładnie wiem czego chcę.A czego dokładnie? A no szczęścia totalnego mojego i bliskich moich, takiego prostego, codziennego. Co się na to szczęście nasze składa będę pewnie pisać nie raz, a póki co pakowanko, przeglądanko wszelkich domowych szpargałów, bo przeprowadzka to dobry moment na porządki. Co w nadmiarze się nazbierało powrzucam na blogosferę, może komuś wpadnie w oko jakiś mój garnuszek, książka, czy inne cudo.
Zmiany w moim szmacianym świecie też będą, Właściwie już następują i małą zajawkę wrzucam Wam do wglądu. 


Bardzo podobają mi się te tamborkowe obrazki i parę poczyniłam w dniach ostatnich. Uprzedzam pytanie o udostępnianie wzorów do haftu, biorę ołówek i sama rysuję, więc nie ma co udostępniać. Takie właśnie chcę, żeby były, swojskie,wiejskie, proste i niedoskonałe.  Wszystko haftowane na lnie, którego trochę mi się nazbierało i czas puścić go w obieg. Jeżeli komuś na jego ściance marzy się taki hoop art, to śmiało pytać ;)

Z takich "naturalmą" klimatów jakiś czas temu też i rude dyńki powstały. Do tej pory białe ino robiłam, takie baby boo, ale w fiolecie i rudościach jest im równie ładnie ;)


Akcentów  florystycznych pojawiać się będzie więcej, bo łażę sporo z naszym psiórkiem po łąkach i polach i te wszystkie zielska na trasie jakoś tak samoistnie zaczęłam studiować. Jak się okazuje w mojej najbliżej okolicy spory wybór wszelakiego habazia i nagle dowiedziałam się jak czeremcha i tarnina wygląda, czy wołowe ziele, no i że te cudne, żółte kuleczki, które każdego roku w pękach całych do domu ciągnęłam, to wrotycz właśnie. Kiedyś krótka trasa z parkingu do bloku i człowiek poza trawskiem niczego nie dostrzegał. Zielone gałązki wszelakie intensywnie inspirują, więc i myszkę w przygotowaniu mam całkiem śliczną, która również na trasie zmian stanęła przypadkiem i zamiast sweterka letnie, lniane wdzianko  z delikatnym ziołowym haftem będzie nosiła :)
Ciekawi gryzonia ? Zapraszam więc po niedzieli ;) 
Buziole Robaczki
Wasza A.