Obserwatorzy

niedziela, 8 marca 2026

"Wszyscy mamy źle w głowach..."

 Czas jakiś temu naszła mnie myśl, co by filmiki z pogadankami nagrywać dla Was. Myśl przetrawiona, w życie wprowadzona i aż jedno nagranie wypuszczone. Pomysł był na spotkania przy stole moim kuchennym, opowieści o tym jak po przeprowadzce na zadoopie życie się toczy i o tym co duszę czasem toczy też. Z jednej strony padły słowa krzepiące, gratulacje z wyjścia ze strefy komfortu ;) z drugiej cóż... pytanie czy to ma być jakaś forma terapii, policzone podbródki i pytanie " Na co Ci to?!". No i dałam sobie spokój. To nie tak, że te słowa mnie złamały, ale faktycznie pomyślałam na co mi to... Internet aż kipi od gadających głów, specjalistów od wszystkiego i niczego, ludzi, którzy największe bzdury i kłamstwa wymyślają jedynie dla zdobycia zasięgów. Być częścią tego świata? Hmm, niechętnie... Ja często w ten realny czuję się rzucona dla żartu lub przez pomyłkę, a do strefy komfortu od czterdziestu ośmiu lat szukam drogi i cel nadal wydaje się odległy, nie ma z czego wychodzić :D Jak znajdę, to powiem. Póki co lat temu naście już pozbyłam się TV , żyję więc spokojniej,  ludzi z którymi wspólnego nic pożegnałam bez żalu, chociaż nie wszystkie szkodliwe relacje da się zamknąć słowem "Żegnaj!", to proces oczyszczania mojego środowiska w toku. Jest nieźle. Przeszłam swoje. Jakby się dobrze przyjrzeć, to życie dotychczas poszło ciekawie. Nie było lekko, ale intensywnie, jak w scenariuszu na serial :D Taki brazylijski co prawda i niskobudżetowy, ale tyle lat to chyba nawet "Moda na sukces" nie była kręcona :P Środek mam poobijany i gdzie nie dotknąć blizny lub siniaki. Wiele spraw niewygojonych, ale radzę sobie. Zwłaszcza kiedy przyglądam się ludziom wokół mnie. Ci, których miałam za silnych i przebojowych, ci co sukces za sukcesem świętowali, dzisiaj wielu z nich na proszkach podlewanych alkoholem... Jeżeli ktoś na koncie kolejne zera fetuje, a wieczorem zamiast herbaty szklankę Finlandii dla ukojenia nerwów musi wychylić, to z bólem patrzę na jego upadek. Jest to jednak kolejny smutny obrazek, który noszę w sercu obok wielu równie dramatycznych. Patrząc na to, co dzieje się dookoła martwię się o kolejne pokolenia, którym grunt spod nóg lawina zdarzeń wyrywa brutalnie oferując pustkę i oskarżając jednocześnie o lenistwo, bo kolejnych dzieci do systemu dorzucić nie chcą...Ech...  Dzieci płodzić powinniśmy nie dla systemu, lecz z miłości i radości, którą życie nieść powinno. O jedno i drugie jednak coraz trudniej, a większość ludzi jest tak mocno potłuczona, że do wychowywania złotej rybki nawet  się nie nadają. Zawsze działaliśmy schematem: ślub wzięty, trzeba zrobić dzieciaka, bo jak nie zrobiony, to coś nie tak, najlepiej też dwoje, bo jedynak to już z góry wiadomo, że buc w przyszłości będzie. I rodziły się te dzieci ze schematu, bo tak trzeba, bo taka kolej rzeczy i niosły traumy swoich rodziców i dziadków i życie kołem się toczyło, tyle że z tego koła już prawie wszystkie szprychy powypadały...

Dużo tematów do przegadania. Tryb mojej pracy sprzyja przemyśleniom, którymi chętnie podzielę się z Wami tutaj w mojej blogosferze. Filmiki sobie odpuszczę. Teraz wyprasowanym filtrami trzeba się światu pokazywać, zęby z Turcji przywozić i ciuch taki na grzbiecie wieszać, żeby wszyscy pytali: "Pani Aniu a bluzeczka skąd?, a kurteczka z jakiej firmy? A biżu to H&M czy te, co Rutkowska za 1,5 miliona kupiła?" No i analiza które mięśnie twarzy jeszcze pracują, które jej partie wiszą na złotych niteczkach, które kwasik poraził nieodwracalnie, co odessane, co doczepione itd. Ja się marszczę bezczelnie, tuningu nie uznaję i choćbym skrzynię ze złotymi dukatami w ogródku wykopała żaden Dżepetto nie będzie mi strugał ciała od nowa. Kiedyś jeden zawodnik stojący u mego boku zaproponował opłacenie operacji, dylemat miał tylko czy lepiej biust czy oczy, bo w oksach wtedy chodziłam. Odpowiedź, że jeśli już to tak na krzyż: jedno oko jeden cyc, nie spotkała się z aprobatą :D Zmarszczki palacza noszę od lat, chociaż fajek nie paliłam, ale bogata jestem w czułość i buziaczki rozdaję na prawo i lewo kotu, psu, za dzieciaka nawet stado drobiu obrywało jak się uroczo wykluło w trakcie moich wakacji u cioci na wsi. Mam jeszcze tę lwią, która kiedy słucham niektórych ludzi  cicho za mnie szepcze "Co ty pierdo... ?" No i zmarszczki śmieszki kurzymi łapkami zwane, bo dla równowagi mój wrodzony smutek wywoływany przerostem empatii na drugi brzeg codzienności przeganiany jest dość często poczuciem humoru... sarkastycznym, czasem makabrycznym, obecnym nawet w sytuacjach pogrzebowych no i autoironią, bo z siebie to ja mam powodów chyba najwięcej żeby się śmiać i to tak do bólu brzucha. Autodestrukcyjnych durnot nawywijałam w życiu tyle, że na pięciu by starczyło :D Możliw, że były jednak niezbędne, żeby stać się tym, kim jestem dzisiaj. Sądzę jednak, że tą Anką byłam już od dawna, tylko mocno zaniżona samoocena pchała mnie w złym kierunku. Dzisiaj trochę łatwiej jest tupać nogą i na głos wypowiadać myśli mało popularne. Dlatego tym bardziej doceniam proces starzenia. Tak wiele rzeczy można odsyłać do przedłużenia kręgosłupa, że siedzenie w drewnianym fotelu bujanym na dobrze wypchanym zadku staje się najprzyjemniejszą chwilą w życiu. Bujając się spokojnie w przód i w tył można się ze spokojem przyglądać jak reszta świata szarpie się o piniądz, poklask i splendor nie kumając ni w ząb, że i tak wszyscy "...pójdziemy boso...", a lepsza fura ich samych nie czyni nikim lepszym. 

OK, kuniec bajdurzenia na dziś. Dzień piękny, bo Kobiet, więc chociaż dzisiaj korony na głowę i niech ci nasi "rycerze" poczują się jakże wspaniali, bo pamiętali ;) Mój kohabitant czekoladki dał, niech idą w mięśnie, bo ogródek muszę sobie przekopać, kuchnię i pracownię pomalować i parę pilnych napraw ogarnąć... a później będę leżeć i pachnieć, znaczy zalatywać ogniskiem bo gałęzi do spalenia już sporo. 

Wszystkiego pięknego dla Was Kobiałki ;) ( "Kingsajs" chyba sobie wieczorkiem obejrzę ;)

Wasza A.

P.S. Postaram się wpadać tu częściej, nowy komputer, lepiej się pisze, a w głowie nieustający szum... Z kotem i psem nie każdy trudny temat da się poruszyć, chociaż słuchają dzielnie. Będę się więc dzielić z Wami, z tymi, którym jeszcze czytać się chce i którym myślenie bólu nie sprawia. Miłej wiosny Dobrzy Ludkowie!

Sweterek od mamy, jakiś z darów losu... w oczach myśli potargane, na głowie włos w ilościach podobno ponad normę, brew nieregularna, dzika jak pół mojego ogrodu i rzeczone zmarszczki-trofea codzienności. Tego nie kupicie nigdzie, trzeba wypracować ;)

 


sobota, 31 maja 2025

Łapy, łapy, cztery łapy...

 ... a na łapach pies kudłaty...

W związku z tym, że w najbliższą niedzielę może nastąpić świata koniec ;), postanowiłam rozliczyć się z Wami i opisać stan aktualny po naszych zeszłorocznych "przygodach", po których bez Was i Waszej pomocy nie wiem czy dzisiaj chodziła bym na swoich łapach dwóch.... Dlaczego dopiero teraz? Musiałam okrzepnąć. Temat musiał się uklepać, uleżeć, zapomnieć choć odrobinę... Dzisiaj mogę opowiedzieć Wam wszystko nie rycząc nad klawiaturą. Niestety jestem trochę płaczkiem. Przeciekam na okoliczność szczęścia, radości, bezsilności, reklam świątecznych, czy widok słodkich sierściuchów. Tamte dni płynęły mi rzecz więc jasna razem ze sporą ilością słonej wody. Trochę jednak czasu minęło, trochę się wyciszyłam. Mogę zatem naklikać co następuje...

Jak niektórzy z Was się orientują z początkiem minionego roku przeprowadziłam się do mojej wymarzonej, wiejskiej chałupki. Marzenie, które wzrastało latami nareszcie mogło się ziścić. Radość więc była ogromna, co też manifestowałam wszem i wobec. Niestety najwyraźniej pod jakąś dziwną gwiazdą urodzić mi się było dane, bo na okoliczność chwilowego szczęścia mój los zawsze ma jakiego obucha w zanadrzu przygotowanego i cyk, musi walnąć w tył głowy. Tak i tym razem. W mojej chałupce dach wymagał pilnego remontu i ku mojej kolejnej radości w trybie błyskawicznym udało się zorganizować ekipę do pracy. Wszystko szło gładko, aż trudno było uwierzyć. Do pewnego dnia, kiedy to panowie zwijali się już do domu, ja zajęta swoją pracą w chałupie, a mojej Stellci zachciało się na siusiu. Teren wokół domu spory, do drogi kawałek też niemały, a psiulo na tyle posłuszne, ze nie oddala się zbytnio. Uchyliłam więc drzwi, rzuciłam  zwyczajowe " Tylko grzeczna bądź!" i wróciłam do swojego zajęcia. Nagle z domu wyrwał mnie potworny płacz. Tak płacz Moi Drodzy. Zwierzęta potrafią się i śmiać, i płakać rzewnie. Ten płacz wywołał ból okropny. Jak sądzę kierowca busa zapatrzony w telefon, nie patrzył niestety na drogę, bo nie zauważyć Yorka mógłby, to pewne. Golden retriever i to z tych europejskich należy do sporych misiów. Zwyczajnie głowę zajętą miał czym innym. Jak to się stało, że dziewczynka moja wyłożyła się pod samo koło? Nie wiem. Nie o sąd nad kierowcą też chodzi. Wiem jak to przeżył i widziałam, że dzień miał nienajlepszy już wcześniej. Słowem- wypadek. Auto przejechało po łapie i pogruchotało ją okrutnie. Panowie szybko obdzwonili okolicznych weterynarzy, zgarnęli nas do auta i pojechaliśmy szukać pomocy. Pech chciał, że trafiliśmy do kliniki w Nysie. Szyld z napisem klinika przywodzi na myśl miejsce, gdzie opieką otoczą Cię sami specjaliści. Nic bardziej mylnego. Co najwyżej cennik bardziej rozbuchany ku górnej granicy możliwości jej klientów. Tu też z naciskiem na słowo " klientów" nie "pacjentów". Prześwietlenie pokazało, że organy wewnętrzne nienaruszone, można psa ratować. Jako, że był to piątek właściciel kliniki kazał wrócić w poniedziałek, bo do operacji trzeba się przygotować. Czekał nas zatem cały weekend patrzenia w bezsilności na cierpienie psa. Dopytałam jeszcze doktora czy na pewno damy radę coś z tym zrobić, na co z pewną siebie miną odrzekł " My nie, ale ja tak!". To mnie uspokoiło ciut. Nie szukaliśmy dalej. Ustalone co ustalone, będziemy w poniedziałek. Zaczęło się koczowanie na trawie. Stellka płakała, dyszała, do domu nie dała się zabrać. Siedzieliśmy przy niej na zmianę. Noc zimna, ognisko rozpalone... czuwanie. Po niedzieli kolejny raz do Nysy tylko po to, by dowiedzieć się, że muszą zamówić szynę, może w dniu kolejnym dojedzie, przyjechać jutro proszę. Wtorek nastał, czekamy na informację i jest, szyna dojechała, proszę przyjechać. Tak szybko jak byliśmy w stanie zebraliśmy się i ruszyliśmy w trasę. Niby niedaleko, trzydzieści kilometrów z małym hakiem. Okazało się jednak, że dotarliśmy zbyt późno i tego dnia operacji już nam odmówiono. Błagaliśmy o pomoc, ona wymęczona bólem, my prawie zero snu od piątku. Niestety. Powiedziano nam, że o 16:00 kończą pracę, do tego czasu z operacją się nie wyrobią, a nie zamierzają zostawać po godzinach. Lekarzy było dwóch. Jeden- właściciel tego biznesu i drugi, młody człowiek, jak się później okazało bez specjalizacji. To ten drugi właśnie operację przeprowadził w środę. Zaproponowano nam pozostawienie Stelli do środy u nich w "szpitalu". Skąd cudzysłów? A no kolejny raz z powodu błędnego wyobrażenia jakie to słowo może prowokować. Nie jest to bowiem miejsce, gdzie ktoś zwierzęciem się zaopiekuje, uspokoi, napoi, na siku zabierze. To klatka, w której do kolejnego dnia, za sporą opłatą, Stellka była by trzymana. Jej i nasze serca tego by nie wytrzymały. Wróciliśmy do domu. 

W środę przeprowadzono operację. Po niej młody pan doktor wyniósł psa. Kość udowa rozłupana była na sześć kawałeczków. Całość spięto jednostronnie szyną. Udo zaszyte na długości ponad 30cm. Zero opatrunku, wzmocnienia, drenu. Widoku zdjęć Wam oszczędzę, Nie wyglądało to dobrze. Na moje pytanie jak teraz postępować usłyszałam " Odmawiać zdrowaśki...". Do kontroli za osiem tygodni i oby się nie rozsypało. W ciągu kolejnych dni na udzie zaczęła pojawiać się bania. Ewidentnie coś wzbierało pod szwem i to w szybkim tempie. Próba kontaktu z kliniką i informacja, że lekarz, który operację przeprowadził już tam nie pracuje. Podano mi nr telefonu do tego człowieka. Był to ten sam nr, który widniał na wypisie, ale już przy jego odbiorze pan doktor zaznaczył, żeby z niego nie korzystać, bo żona się denerwuje kiedy rozmawia przez telefon i zabrania mu go odbierać... Tak też się stało. Połączenie bez odbioru. Wysłałam sms'a z prośbą o informację co robić, czy to normalne, co może się dziać, prośbę o kontakt. Nic, zero, null, cisza... Zapakowaliśmy psa i w trasę. Tym razem już nie do Nysy, a do Lubina do lecznicy przy ul. Paderewskiego. Do przejechania w jedną stronę 200km, ale znaliśmy już doktora Jerzego Tureńca, który lecznicę prowadzi i wiedzieliśmy, że uzyskamy konkretną pomoc. Ostatecznie na miejscu trafiliśmy na dyżur pani doktor Żanetty Rydzak, cudownej, empatycznej istoty, która fachowo się nami zaopiekowała. W nodze Stelli zebrała się ogromna ilość płynu. Brak drenu zrobił swoje. Później okazało się, że krwiak powypadkowy również został wewnątrz, a szyna, jako że była tylko jedna, nie miała szans najmniejszych na utrzymanie wieloodłamkowego złamania tym bardziej u tak dużego psa, którego po operacji nie da się nosić pod pachą dla właściwie rozłożonej w czasie rekonwalescencji. Pani doktor uczciwie powiedziała nam, że może spróbować kolejnego zabiegu, ale jest ktoś lepszy. Jeden jej telefon do Centrum Weterynaryjnego Alfavet w Lubinie, jej prośba o pomoc gorąca do doktora Łukasza Matyszczaka i ostatecznie lądowanie w miejscu, w którym gdybyśmy wylądowali w pierwszej kolejności mnóstwo bólu, płaczu, czasu i pieniędzy było by nam oszczędzone. Kolejna operacja polegała na poskładaniu ponownym tej niezwykle trudnej układanki, wstawieniu metalowego pręta w sam środek kości i zabezpieczeniu jej z każdej strony, żeby całość miała szansę się zrosnąć. Teraz wszystko zależało ode mnie. Ciągłe pilnowanie, żeby Stella leżała, żeby wstawała jedynie na krótką chiwilę za potrzebą. Uczyłyśmy się funkcjonować w nowych okolicznościach. Spałyśmy razem na podłodze.

Pobódka w naszym wspólnym łóżeczku 

Podawałam całe mnóstwo zastrzyków, kroplówek, pigułek. Pojęcia nie macie jaki strach potrafi wywołać zatkany wenflon kiedy musicie podać kroplówkę, jest sobota wieczór i ostatecznie ratuje Was tutorial na youtube. Z jednej strony szczęście, że takie tutoriale są, z drugiej obawiam się, że na tutorialach doktor z kliniki w Nysie zbudował swoje wątpliwe umiejętności i przekonanie, że coś tam wie, na pacjencie popróbuje, może się uda. Grunt, że zapłacone, żegnam państwa idźcie się modlić o cud. Całą energię i czas poświęcałam tygodniami na postawienie tej mojej Gwiazdy z powrotem na cztery łapki. Wiele wizyt kontrolnych, niesamowita ekipa z Alfavet. Zrobiliśmy co się dało, choć była sugestia amputacji. Chwilę przed drugą operacją doszło bowiem do przemieszczenia odłamka pękniętej szyny wewnątrz uda i uszkodzony został nerw odpowiadający za władzę w łapce. Zostało czucie bólowe. Był jednak cień szansy, że nerw się zregeneruje i tego się trzymałam. Kilka serii zastrzyków neurologicznych niestety nie przyniosło oczekiwanego efektu. Poległam też ja w roli rehabilitanta. Zbyt delikatnie obchodziłam się z łapką w trakcie ćwiczeń. Obawiałam się wyrządzenia jej większej krzywdy, nie byłam w stanie wyczuć  momentu kiedy można przełamać opór żeby nastąpił progres. Łapka nie jest więc tak sprawna, jakbym chciała. Doszła jednak do siebie na tyle, że nie wadzi jej, a mimo wszystko pomaga w codziennym funkcjonowaniu. Dziewczynka nosi bawełniane skarpetki i bucik żeby chronić ją przed otarciami. Aktualnie jednak nauczyła się stawiać tę łapkę płasko na powierzchni, nie ciągnie jej po ziemi, a podskakuje dzielnie i to często w takim tempie, że nadążyć za nią trudno ;) Jest dobrze, dajemy radę. Chociaż w tym roku dopadł ją inny problem z gatunku tych kobiecych, co również skończyło się operacyjnie, ale dochodzimy do siebie ponownie :) Życie. Nigdy nie wiadomo kiedy i z której strony nas ugryzie. W takich chwilach dowiadujemy się sporo o sobie i tych, których mamy najbliżej. Czasem jednak bliżsi okazują się ci, których nigdy osobiście nie poznałeś.... Tu chciała bym raz jeszcze z każdego zakamarka mojego pokręconego serca podziękować Wam za pomoc wszelaką w tym czasie złym. Czasem bywa tak, że kwoty potrzebne na już niewielkie dla innych, ogromne i nieosiągalne są dla kogoś innego. Po przekroczeniu dziesięciu tysięcy złotych przestałam liczyć... Gdyby człowiek wiedział, że upadnie, to i by wcześniej usiadł. Warto więc zainwestować w ubezpieczenie na leczenie zwierząt domowych, bo aktualnie ceny opieki weterynaryjnej, nawet tej podstawowej, rosną w bardzo szybkim tempie. W razie nagłych sytuacji warto jest mieć parasol ochronny. Nie, nie reklamuję tu żadnego towarzystwa ubezpieczeniowego. Sugeruję tylko rozważenie takiej opcji. Pytajcie u swoich ubezpieczycieli domu/mieszkania. Takie opcje występują w niektórych pakietach.  

Dlaczego nie podaję nazwisk "fachowców" z kliniki w Nysie? Jeżeli komuś będzie zależało podam prywatnie. Nie chcę wywoływać żadnej formy linczu. Odpowiem też na pytanie, które zadawała mi chyba co druga osoba znająca sytuację: dlaczego nie podałam ich do sądu? Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że psy żyją krótko. Czas ziemski mojej Stelli został dodatkowo skrócony całym tym medycznym jej ciałka bombardowaniem. Tych wspólnych dni, tygodni, mam nadzieję lat nie chcę dzielić na szarpaninę w sądzie w towarzystwie ludzi, których przyjemność oglądania ponownie była by  żadna. Ponadto musiała bym na świadków wzywać lekarzy, którym oczy w niedowierzaniu otwierały się jak pięciozłotówki na widok tego, co zostało dokonane. Ich nazwiska zapamiętajcie, bo z czystym sumieniem polecić Wam mogę ich opiekę.  Poza tym nie jestem człowiekiem, który życiową energię chce tracić na walkę w sądach, czy gdziekolwiek indziej. Sama z dzieckiem zostałam w piątym miesiącu ciąży i choć było niełatwo nie szarpałam się z jej ojcem ani za czas tej ciąży, ani za alimenty na mnie, ani na nią. Dogadaliśmy się na skromną kwotę, która wpływała regularnie i tylko raz zwróciłam się do sądu o ustalenie tego faktu na papierze kiedy dotarła do mnie informacja o kolejnym dziecku z kolejną partnerką w drodze. To jedno sądowe spotkanie i bojowe nastawienie drugiej strony przekonało mnie, że jeśli ktoś szczerze ludzkich, czy rodzicielskich uczuć w sobie nie ma, to i sądem ich nie wyłuskasz. Bida czasem piszczała głośno, osiemset plusa nie było, wiele rzeczy musiałyśmy sobie odmawiać, ale dałyśmy radę. Cenniejszy od pieniędzy jest dla mnie czas.  To tak w skrócie, żebyście orientację mieli jakim człowiekiem jestem ja sama. Możliwe, że miękkim zbyt, ale i nas takich świat do głaskania szarej rzeczywistości myślę, że potrzebuje. 

Tym, co upominali mnie w trakcie leczenia, że to tylko pies... hmm, mogę jedynie współczuć...


Żadna z pań widocznych na zdjęciu nie jest TYLKO. Obie są AŻ ... Jak widać Pchełka też brała czynny udział czuwaniu i opiece. 

Po smutku...

... czas na radość :) Stellka uwielbia nasz trawnik pełen stokrotek i bluszczyku. 

OK, chyba o niczym nie zapomniałam. Ja chyba po tym roku nie doszłam jeszcze za bardzo siebie. Wiele planów trzeba było odłożyć w czasie, odpoczynek również. Zwiedzanie okolicy odpada, bo dziewczynki męczyć długimi wędrówkami nie można, po schodach nie wejdzie, do auta muszę ją ostrożnie wkładać. Po nocach siedzę za to długo i próbuję nadrobić roczne straty finansowo robocze. Mam jednak nadzieję, że limit pechowych zdarzeń ( było jeszcze ratowanie kota po bliskim spotkaniu z ropuchą + mój lot ze schodów ) ale chyba profilaktycznie zaproszę tu jakiegoś fachowca co by mi tę chałupę białą szałwią okadził... :) Jak możecie dobrych myśli podesłać ciut, to chętnie wszystkie wyłapię w locie jakąś siatką na motyle. Można mnie też podlać wirtualną kawą, jeżeli czytanie moich opowieści choć trochę czas Wam umiliło. Możliwe jednak, że zamiast kawy woda i regularny sen były by bardziej wskazane, bo marszczę się jak rodzynek sułtański :D
Link do wirtualnej kawiarni o tu:  https://buycoffee.to/cottoni

Ściskam mocno, psie buziole zasyłam
Wasze Anka i Stella 



sobota, 24 maja 2025

Piękno z chaosu...

 Na początku był chaos...

Parę szmatek, nożyczki, papier i ołówek. Czasem szmatki latając bezwładnie po mojej pracowni w poszukiwaniu czegoś konkretnego legną się jedna obok drugiej zupełnie niechcący i cyk.... patrzysz, no skubaniutkie pasują do siebie jak w korcu maku dwa ziarnka odnalezione szczęśliwie. No i zaczyna się. Forma narysowana, wycięta, odwzorowana na tych skraweczkach, zaś wycinanki precyzyjne, bo w małych formach milimetry potrafią spartolić całość kompleksowo. Następnie upinanie szpileczkami, zszywanie gęściutko, docinanie, podcinanie zaokrągleń. Później na prawicę wywracanie mozolne, bo przez otwór wielkości małego paluszka wcale nie jest to takie proste, jakby mogło się wydawać. Nic to jednak, bo teraz moment upychania waty następuje, a ta do grzecznie współpracujących struktur zdecydowanie nie należy. Uciekać spod patyczka to to lubi bardzo, walać się później po wszystkich kątach, do herbaty stojącej na pobliskim blacie wpaść na kąpiel (ciekawa sama jestem ile tego dziadostwa już mam w trzewiach skumulowane), ostatecznie upchane w ilości dla mnie właściwej zamknąć trzeba na wieki. Flaczków i miękiszonów nie lubię ( bez zbereźnych myśli tu proszę :P ). Wypchane zabawki muszą być konkretnie. Wlocik zaszyty tak, żeby w miarę możliwości widoczny był jak najmniej. Później wykańczamy. Dzióbki doszyte, oczko wyhaftowane, środek ciężkości odnaleziony, sznureczek przytwierdzony i voilà, prawie dwie godziny zabawy i ptaszek gotowy :D No i niech mi ktoś tu jeszcze odważy się rzec, że to co robię, to nie miłość ;) Kto ma cierpliwość tyle bawić się z ptaszkiem :P    






Wybaczcie, że tak sporadycznie słowo pisane zarzucam. Postaram się częściej. Ja sama jednak na drugie imię Chaos mieć powinnam, bo na jednej rzeczy skupić się jest mi strasznie ciężko. Wyrabiam u siebie nawyk tworzenia planu dnia w kalendarzu i jechania przez codzienność z listą zadań do wykonania. Bywa jednak, że zapętlam się od rana tak, że i do kalendarza zapominam zerknąć i dupa... plan trzeba popchnąć nosem na dzień kolejny. Są takie cechy, których mimo szczerych chęci człowiek w sobie już nie naprawi. Do ostatniego oddechu będę więc sobie Anką z głową w chmurach, nożyczkami w rękach, latającą pół metra nad ziemią. Czasem chwycę się jakiejś gałęzi, palcami stóp gruntu dotknę żeby pożyć przez chwilę jak reszta ludzkości, rachunki ogarnąć, dom posprzątać i fruuu pod niebo między moje ptaszki ;) 

Ściskam Was mocno Dobrzy Ludkowie 
Pięknego weekendu życzę i pozdrawiam, ćwir ćwir
Wasz rękodzielniczy świr :)

Wsparcie wirtualną kawą pozytywnie zakręconych szaleńców mile widziane : https://buycoffee.to/cottoni





 

sobota, 8 marca 2025

Za zdrowie pięknych pań...

 8  marca... Jeżeli dzisiaj nie poczujesz się jak kobieta, to kiedy? 

Poranek spokojny przy kawie, jeszcze szlafrok i paputy na stopach, jeszcze oko na wpół przymknięte, a tu cichutkie puk puk do drzwi wejściowych. Za drzwiami somsiad... ledwo na nogach się trzyma, bo jako jeden z pierwszych to święto wspaniałe uczcić postanowił. Do drzwi doprowadził go bukiet tulipanów, dla równowagi w drugiej ręce piła, życzenia szczere złożył i w bonusie deklarację, że później drzewka w sadzie, tu cytuję " ...opierdolić pomoże...". Fakt, drzewka od dawna "opierdalane" nie były, sad wymaga opieki. Przycinka gałęzi bezwględnie potrzebna, bo porosły dzikusy strzeliście w niebo, a zeszły rok nadmiarem wrażeń odłożył część ogrodniczych planów w czasie. Dopieszczona z rana tym kwieciem i troską postanowiłam przenieść swój zapał artystyczny również do strefy ogrodowej. Znaczy się wapno rozrobię i pobielę pnie. Dzień zapowiada się piękny. Pierwsze motylki, pszczółki bzykajo... albo to muchy pierwsze, wszystko jedno... Grunt, że świat do życia wraca. Roboty na dzisiaj klasycznie niewiele. Wiadomo, sobota dla kobiety to dzień odpoczynku, kiedy spokojnie może sobie posprzątać, poprać i takie tam inne przyjemności :D Wieczorem poświętuję sobie jeszcze wypychając kolejne zajączki od du.. strony, bo tam najlepiej jest szew ukryć po wypełnieniu, a wieczorem posłucham co tam w wielkim świecie słychać (na dzisiaj zaplanowana " Wolność w remoncie" na YT). Dla uczczenia mojej kobiecości może jaką maseczkę zarzucę na lico. Dziecko podarowało kilka czas już jakiś temu i wkrótce termin im chyba mija... Wypięknię się więc, wypachnię, znicza... znaczy świeczkę zapachową odpalę i pomyślę sobie o Was Drogie Mi Kobietki. O wszystkich Was, co przez lata całe dobrym słowem wspierałyście mnie, Ankę wariatkę. Dobrego dnia Wam życzę i ściskam dzisiaj jeszcze mocniej!

Wasza A.

Link do wirtualnej kawiarni wspierającej szalonych artystów zostawiam o tu: https://buycoffee.to/cottoni









piątek, 14 lutego 2025

Ważne co pod lukrem...

 Dobry wieczór! Ja dzisiaj z pocieszajką wpadam. 

Dzień 14 lutego, to taki, w którym niektórzy samotność odczuwają podwójnie, albo i wielokrotnie bardziej. Zupełnie niepotrzebnie. Serio. Jeśli miłość ma nas dopaść to dopadnie. Prędzej czy później przylezie na nogach dwóch,  łapkach czterech, przyfrunie lub przypełznie. Ważne, żeby będąc miłości spragnionym nie szukać na siłę. To jak robienie zakupów na totalnym głodzie z brzuchem burczącym. Masz ochotę na wszystko, na cokolwiek , więc zero szans na przemyślane wybory. Moja największa miłość ogony ma i futro rozsiewające się po wszystkich kątach. Najszczersza i wzajemna. Ta ludzka polukrowana była najróżniejszymi słowami, w które naiwnie wierzyłam parokrotnie i niestety bywało jak bywało. Na początku zawsze lukru dużo leci, a po czasie, czasem dość szybko, okazuje się co pod nim. Może być pączek smaczniutki, ale i zakalec, zapleśnialec brrr. Kamol twardzioch też może się trafić nie do zgryzienia. Ja i mój I. grubej warstwy lukru nie mięliśmy. Trochę obleciany już był, a pod nim żaden pączek. Bułka raczej taka poznańska, lekko czerstwa i nadgryziona. Grunt, że póki co nikt głodny nie chodzi. Klepiemy jakoś codzienność. Materiał z nas na Harlequina jednak żaden :D  Mąka, z której ta bułeczka pieczona, też raczej z podłogi zmiatana, więc i od czasu do czasu ziarnko piachu pod zębem zatrzeszczy. Życie. W większości przypadków jakie znam lekkie komedie romantyczne raczej się nie odgrywają. W te fejsbukowe relacje też nie wierzcie. Pic na wodę fotomontarz i ustawki. Znam przypadki takiego czarowania rzeczywistości, że tylko współczuć. Idealne zdjęcia idealnych żon z ich idealnymi mężami, a nagle stru i po ptokach. Nie wiesz kiedy już inna ona u jego boku, u niej inne znowu nazwisko. 

Czy wierzę w prawdziwą miłość między dwojgiem ludzi? Oczywiście. Zdarza się dopasowanie idealne ludzi nieidealnych, którzy wzajemnie się wspierają, w górę jedno drugie ciągnie i najlepszą wersją siebie na swoich oczach się stają. Zdarza się to mniej więcej tak często, jak kwitnienie kwiatu paproci, ale jednak. Ważne żeby przyjaciela znaleźć sobie w kimś. To prawdziwa sztuka i cenniejszy stan, niż targające sercem romanse.


 







Jest taka teoria, że każdy z nas ma gdzieś tam swojego człowieka. Mówiąc inaczej " Każda potwora ma swojego amatora " :D Żarcik. Na pewno warto nie ustawać w jego poszukiwaniu. Na spokojnie i z głową, bo jak widać moja manekina przez nadmiar listów miłosnych łeb straciła :D


Tiaaa, taki stan znamy i konsekwencje ponosimy niekiedy przez lata. To właśnie przez ten lukier cholerny. Wiadomo, cukier jak narkotyk na mózg działa. No i na dokładkę na zęby szkodzi, alzheimera powoduje... generalnie zło i tyle. Wolę więc te bułki poznańskie, albo jeszcze lepiej chleb powszedni. Tak, tego Wam też dzisiaj życzę. Chleba powszedniego dobrego i żeby nikt Wam oczu lukrem nie zapruszył. Miłości życzę Wam takiej uczciwej, spokój przynoszącej na każdy dzień , nie tylko 14go lutego. 
Ściskam mocno
Wasza A.

P.S. Kwiaty otrzymane w Walentynki potrzebują wody, niespełnionych literatów najlepiej podlewać jest  kawą :D https://buycoffee.to/cottoni