Dzisiaj w drodze do pracy, gdy stałam na światłach zobaczyłam młodego chłopaka. Szedł stanowczym krokiem, z wielkim plecakiem na plecach i nic by w tym widoku nie było niezwykłego jak to, że szedł o białej lasce... Tak tak, młody niewidomy człowiek, nie widząc nic szedł tak dziarsko, że napatrzeć się nie mogłam. Spory kawałek drogi odprowadzałam go wzrokiem dopóki światło nie zmieniło mi się na zielone i trzeba było jechać dalej.
Zastanawiam się do tej pory, czy aby na pewno dobrze korzystam z kompletu moich zmysłów... Patrząc dookoła czy aby na pewno widzę wszystko? Czy może wiele mi umyka? Słuchając, czy słyszę naprawdę?
Każdego dnia jak chomik w kołowrotku się kręcę, robię te same rzeczy, a czasem należałoby stanąć w miejscu, zamknąć oczy i słuchać. W tym nadmiarze bodźców traci się czujność i krok już nie jest taki pewny...
Nie nie! Nie myślcie, ze zadroszczę czegoś niewidomym! Serce mam wypełnione obrazkami, które jak film klatka po klatce budowały moje życie. Są mi bardzo potrzebne i nie wyobrażam sobie mojego świata bez nich. Gdyby nie to ,że widzę, nie mogłabym robić tylu rzeczy, które są moją radością i pracą. Tyko dlaczego więcej czuję i słyszę dopiero kiedy zamykam oczy? Dlaczego bicie serca pana I. słyszę dopiero wieczorem, gdy w koło ciemno, a ptaki za oknem kiedy jeszcze powieki przymknięte i sen trzyma je od środka ostatkiem sił?
Wszystko dzieje się chyba za szybko. Zdecydowanie musze zwolnić tempo, bo życie przelatuje mi nawet nie koło nosa, ale gdzieś za plecami. Desperacko potrzebuję wleźć na wysoką górę, zamknąć oczy, rozłożyć szeroko ramiona i poczuć jak wieje wiatr, usłyszeć jak chmury przesuwają się po niebie, wysłuchać ze świata co niewysłyszalne zanim oczy zamkną mi się na zawsze! Potrzebuję uciec na wieś. Nie chcę miasta, nie akceptuję tego hałasu dookoła! Chcę boso wychodzić przed dom na trawę, nie na beton! Po tej trawie mogłabym biec przed siebie nawet z zamkniętymi oczami...
Dzisiaj jednak, dziękując Bogu za oczy, szyję moje anioły. Może one zlitują się nieco i poprowadzą mnie pewniej przez ten oszalały świat...
wtorek, 16 października 2012
sobota, 13 października 2012
Potrzeba czerwieni
Nie noszę czerwonych ubrań. W czerwonym czułabym się zbyt widoczna. Czerwony kolor potraktowany odzieżowo jest raczej dla tych odważnych, duchowych ekshibicjonistów, którzy lubią skupiać uwagę na sobie. Totalnie nie dla mnie. Jeszcze nie teraz. Może kiedyś dorosnę do czerwonej sukienki. Póki co czerwienią otaczam się w kuchni. Sukcesywnie zapełniam swoje kuchenne kąciki czerwonymi dodatkami.
Skorzystałam różnież z podpowiedzi Ushilandii i pomalowałam moje nowe drewniane łyżki. Stary słoik wecka wystarczyło udekorować wstążeczką w kratkę i czerwonym, drewnianym serduszkiem. Drobne zabiegi i już jeden kącik wygląda zupełnie inaczej. Stare słoiki wecka trzymam jeszcze w piwnicy po dziadkach. Nie są już może w najlepszej kondycji i przetwory w nich z pewnością nie wylądują, ale świetnie nadają się np. do spełniania roli lampionów. Wystarczy zrobić im uchwyty z grubego drutu i wstawić małe świeczki. Kapturki na słoikach też niby nic, a kuchnia wygląda o wiele cieplej, przytulniej i tak po babcinemu... Bardzo bym chciała mieć kiedyś taką spiżarkę z całą masą kolorowych słoików. Na dzień dzisiejszy jednak muszę zadowolić się moją malutką kuchnią. Może kiedyś moje i pana I. marzenia o wiejskim domu się spełnią.Teraz marzenia maja zdwojoną siłę,a podobno jeśli czegoś naprawdę bardzo się pragnie....Hmm, pan I. jest chyba na to żywym dowodem... :)
Wspomniany w ostatnim poście garnuszek doczekał się sesji fotograficznej.
Mój pan I. sugerował, żebym coś sobie kupiła z zarobionych ostatnio dodatkowo pieniędzy, więc kupiłam :) Chyba nie chodziło mu o garnki, ale tego właśnie było mi aktualnie trzeba. W drodze jest jeszcze piękna, czerwona forma do tarty. Jesien i zima zapowiadają sie pysznie :)
Skorzystałam różnież z podpowiedzi Ushilandii i pomalowałam moje nowe drewniane łyżki. Stary słoik wecka wystarczyło udekorować wstążeczką w kratkę i czerwonym, drewnianym serduszkiem. Drobne zabiegi i już jeden kącik wygląda zupełnie inaczej. Stare słoiki wecka trzymam jeszcze w piwnicy po dziadkach. Nie są już może w najlepszej kondycji i przetwory w nich z pewnością nie wylądują, ale świetnie nadają się np. do spełniania roli lampionów. Wystarczy zrobić im uchwyty z grubego drutu i wstawić małe świeczki. Kapturki na słoikach też niby nic, a kuchnia wygląda o wiele cieplej, przytulniej i tak po babcinemu... Bardzo bym chciała mieć kiedyś taką spiżarkę z całą masą kolorowych słoików. Na dzień dzisiejszy jednak muszę zadowolić się moją malutką kuchnią. Może kiedyś moje i pana I. marzenia o wiejskim domu się spełnią.Teraz marzenia maja zdwojoną siłę,a podobno jeśli czegoś naprawdę bardzo się pragnie....Hmm, pan I. jest chyba na to żywym dowodem... :)
Jest i worek na suchy chleb, uszyty już jakiś czas temu. Kawałek lnu, trochę bawełny w moją ulubioną kratkę vichy i gotowe. Nic się nie zmarnuje. Suche bułki na bułkę tartą, a suchy chleb zjedzą zaprzyjaźnione kury.
No i jeszcze dwa pojemniki, które służą mi już w kuchni od ok. 6 lat. Odmieniłam ich skromne oblicze dodając wstążeczki i porcelanowe ptaszki pomalowane na czerwono.
Skąd potrzeba czerwieni? Kolor czerwony kojarzy mi się z ciepłem, miłością, dostatkiem. Takie walentynki przez cały rok. Uwielbiam połączenie czerwieni z zielenią, zestaw typowo bożonarodzeniowy. Kuchnia w czerwieni zaprasza do jedzenia, napędza u mnie apetyt. A może to poczucie szczęścia, którego właśnie doświadczam sprawia,że mam ogromną przyjemność z jedzenia i spędzania czasu w kuchni.
Kuchnia- świetne miejsce na powiedzenie bliskim KOCHAM WAS! ZALEŻY MI NA WAS! UGOTOWAŁAM WAM COŚ PYSZNEGO, USIĄDŹMY RAZEM DO STOŁU!
Stół w mojej kuchni jest malutki. Mieszczą się na nim z trudem nasze trzy talerze. Uwielbiam jednak kiedy czas na chwilę sie zatrzymuje kiedy razem przy nim siadamy. Herbata wieczorem, gorący kubek z pachnącym naparem, dłoń, którą kocham na mojej dłoni... Jest dobrze. Świat dookoła może nie istnieć kiedy mój dzień zatrzymuje się w tym miejscu.
Obiecałam relacjonować prace twórcze etapami. Zatem przedstawiam zdjęcie bandy przyszłych aniołów, które na dzień dzisiejszy leżą nagie i bezwstydne w oczekiwaniu na odzienie:
Jest i kura, której muszę jeszcze uszyć spodnie ogrodniczki. Wszystko jednak w swoim czasie ;)
czwartek, 11 października 2012
Przesilenie jesienne...
Jakoś mnie tak dziwnie przytkało i spowolniło...
Dawno nie pisałam, chociaż było o czym, ale dopadła mnie niemoc fizyczno-duchowa. Tak bywa. Wczoraj sponiewierało mnie już totalnie i strachu najadłam się nieco, ale dzisiaj dźwigam się już jak feniks z popiołów. Szczęście całe, że wokół mnie znalazły się dobre dusze, które nie pozwoliły rozpaść się na milion kawałków. Nastawiam się więc pozytywnie i z nadzieją ne lepsze jutro zabieram się do pracy twórczej. Eefkty będę, w miarę możliwości oczywiście, prezentować etapami na łamach bloga.
Dzisiaj jednak zamierzam ugotować coś pysznego i obłędnie pachnącego w moim nowym garnku,który właśnie dostarczył mi kurier w wielkim pudle od westwing . Garnek jest poprostu piękny, czerwony i lśniący. Jak tylko dopadnę do aparatu zamieszczę parę zdjęć już z mojej kuchni. Na stronie sklepu garnek nie jest już widoczny, bo kampania zakończyła się czas jakiś temu. Gwarantuję jednak, że jego uroda jest wielka i garnuszek został pięknie wykonany. Czuję, że zaprzyjaźnię się z nim na dłuuugie lata ;) Zwłaszcza teraz, w jesienne chłodne wieczory umilał mi będzie żywot parującym spod jego pokrywki strogonovem, czy pieczenią z kartofelkami i marchewką. Hmmm, ale się rozmarzyłam kulinarnie......
Życzę Wam wszystkim pięknej jesieni pełnej ciepłych kolorów i złotego dywanu z liści szeleszczących pod stopami w drodze do domu!
Anka
Dawno nie pisałam, chociaż było o czym, ale dopadła mnie niemoc fizyczno-duchowa. Tak bywa. Wczoraj sponiewierało mnie już totalnie i strachu najadłam się nieco, ale dzisiaj dźwigam się już jak feniks z popiołów. Szczęście całe, że wokół mnie znalazły się dobre dusze, które nie pozwoliły rozpaść się na milion kawałków. Nastawiam się więc pozytywnie i z nadzieją ne lepsze jutro zabieram się do pracy twórczej. Eefkty będę, w miarę możliwości oczywiście, prezentować etapami na łamach bloga.
Dzisiaj jednak zamierzam ugotować coś pysznego i obłędnie pachnącego w moim nowym garnku,który właśnie dostarczył mi kurier w wielkim pudle od westwing . Garnek jest poprostu piękny, czerwony i lśniący. Jak tylko dopadnę do aparatu zamieszczę parę zdjęć już z mojej kuchni. Na stronie sklepu garnek nie jest już widoczny, bo kampania zakończyła się czas jakiś temu. Gwarantuję jednak, że jego uroda jest wielka i garnuszek został pięknie wykonany. Czuję, że zaprzyjaźnię się z nim na dłuuugie lata ;) Zwłaszcza teraz, w jesienne chłodne wieczory umilał mi będzie żywot parującym spod jego pokrywki strogonovem, czy pieczenią z kartofelkami i marchewką. Hmmm, ale się rozmarzyłam kulinarnie......
Życzę Wam wszystkim pięknej jesieni pełnej ciepłych kolorów i złotego dywanu z liści szeleszczących pod stopami w drodze do domu!
Anka
poniedziałek, 10 września 2012
A ja rosnę i rosnę...
Tak tak, rosnę w siłę każdego dnia, bo mam obok siebie ludzi, których kocham całym sercem. Rosnę w poczucie własnej wartości, bo doceniana jest moja praca- FINALLMENTE!!! (na razie słownie, ale to i tak wieeeeele dla mnie znaczy :) Rosnę ze szczęścia ,że mam to co mam i jestem kim jestem! Rosnę tak o 15 cm każdego dnia z dumy nad moim dzieckiem (bo fajna z niej babeczka już, a w przyszłości czuję, że z dumy wysoka będę jak sosna w niebo strzelista).
Rosnę z tego szczęścia niestety też jak muffin dobrze wypieczony. Jeśli ktoś muffiny zna i lubi, to wie, że taki dobrze wypieczony charakteryzuje się "falbanką" opadającą swobodnie na brzeg foremki... Nie jest dobrze, oj nie. Najlepiej aktualnie leżą na mnie dresy, ale charakter pracy nie pozwala na tak swobodny styl odzieżowy. Należałoby upłynnić zawartość szafy i wybrać się na zakupy. Niestety jednak możliwości moich finansów mocno są ograniczone i pozwoliły na zakup jedynie jednej pary spodni (po przecenie) i to w dodatku kosztem rezygnacji z wizyty u fryzjera. Ot i moja rzeczywistość.
Niby wszędzie pędze w tempie szaleńczym, bo samotne macierzyństwo nauczyło mnie, że trzeba być tu i tam i jeszcze gdzie indziej, najlepiej w tym samym czasie,a i tak czuję jak pęcznieję z dnia na dzień. Apetyt dopisuje (wreszczie!) to fakt, ale należałoby ten przyrost ukrócić ZDECYDOWANIE!. Szóstka Weidera wydrukowana leży i czeka na swój moment. Kiedy tu jednak ćwiczyć jeszcze jak sypiam po pięć do sześciu godzin na dobę (doba ciągle i niezmiennie za krótka , żeby zapanować skutecznie nad wszystkimi problemami mojej codzienności).
Nabiegałam się ostatnio mocno mocno. Z pracy do domu, w domu od kuchni do maszyny do szycia, żeby zapełnić stoisto na jarmarku. Po drodze wylądowałyśmy jeszcze w Kamiennej Górze na Święcie Mleka. Było miło, choć deszczowo i finansowo znowu wyszła bryndza (pokryłyśmy jedynie koszt przejazdu). Potraktowałyśmy jednak ten wypad jako rozrywkę i czas dla nas poprostu.
Stoisko w trakcie rozkładania wyglądało tak :
Z atrakcji imprezy skorzystała myszka moja i sprawdziła w praktyce swoje umiejętności :
Krowa była sztuczna, ale sukces w postaci mililitrów spory. Obiecaliśmy, że jeśli warunki pozwolą kupimy krowę do treningów, taką prawdziwą ;)
Kości,które nam wymarzły w Kamiennej Górze zregenerowaliśmy dzień później w Chełmsku Śląskim, dó którego wracamy po raz kolejny, bo ciągnie nas jak magnes.
Wpadliśmy na chwilkę do Apostołów na kawę i czekoladę. Na bombę chełmską nie udało nam się załapać tym razem, ale i tak było miło.

Dzieciątko kazało wystawić paluszek, żeby było z klasą. Cóż, przynajmniej przy kawie możemy się poczuć jak hrabiostwo ;)
A w drodze powrotnej pan I. zaserwował nam przysmak wielki- proste jadło, takie jakie lubimy najbardziej:
na trasie z Jawora do Legnicy na stacji benzynowej można zjeść taki rarytas właśnie. Idealny na jesienny przystanek, kiedy chłodek liże po karku. Wystarczy taki kartofelek pieczony prosto z królewskiego pieca i gębusia uśmiechnięta od ucha do ucha :) No tak... gdyby tylko nie to koło ratunkowe wokół talii :P...
piątek, 7 września 2012
Zamówienie specjalne
Pwiedziałabym nawet, że zamówienie bardzo specjalne, bo zmusiło mnie do złamania zasady, że wszystko musi być cukierkowe, słodkie i pastelowe. No dobra, jak zobaczycie zdjęcia to zauważycie, ze trochę cukierkowatości udało mi się przemycić ;) Jest przynajmniej na różowo, chociaż w mrocznej oprawie, ale jest ;)
Jest, udała się !Draculla dla pewnej Weroniki. Mam nadzieję, że się spodoba. Miało być coś w stylu Monster High i chyba jest coś w ten deseń.
Moje dziecię zaakceptowało i nawet zażyczyło sobie jedną taką dla siebie... cóż, nie rozumiem upodobań dzisiejszego pokoloenia, ale życzą sobie, to robię :)
Jest, udała się !Draculla dla pewnej Weroniki. Mam nadzieję, że się spodoba. Miało być coś w stylu Monster High i chyba jest coś w ten deseń.
Moje dziecię zaakceptowało i nawet zażyczyło sobie jedną taką dla siebie... cóż, nie rozumiem upodobań dzisiejszego pokoloenia, ale życzą sobie, to robię :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)














