Obserwatorzy

piątek, 9 sierpnia 2013

Słońce na dłoni

,
Jestem jestem ;)
Zaliczyłam krótkie wakacje i wracam do Was:)
Post będzie długi i pełen zdjęć.
Nie będzie o dzierganiu, ale o zbieraniu na nie energii;)
Przede wszystkim jednak po brzegi wypełnię go dla Was latem, słońcem, czystym powietrzem i radością.
Jeśli czasu macie tylko na szybkie odwiedziny w świecie Cottoni, lepiej wpadnijcie innym razem.
Dzisiaj trzeba oddać się w całości lekturze i pozwolić, żebym złapała Was za rękę, bo ruszamy w podróż na Mazury:)))
Tak tak, poniosło mnie na drugi koniec Polski- pięknej Polski.
Po tamtej stronie znalazłam inny świat...
Ale zacznijmy od początku....

Pan I. wpadł na pomysł wyjazdu na Mazury zaraz po tym, jak odkrył w garażu jakiejś cioci stary namiot.
Namiot stary, ale w stanie całkiem niezłym. Zapaszku garażowego pozbyliśmy się w praniu, zamki nieco zaśniedziałe wymieniono na nowe i cały majdan był w sumie gotowy.
Ja, cóż, byłam i nie byłam gotowa.
Z jednej strony pomysł fajny, ale ja w namiocie???
No owszem, za czasów licealnych nosiło mnie po kraju z plecakiem, spało się w warunkach najróżniejszych,
no ale ja? Teraz? Gdzieś tam w środku czułam się na to za stara.
No i myśl o pająkach i szczypawkach, brrrrr.....
Wydusiłam z pana I. deklarację, że przed robactwem bronić mnie będzie i pojechaliśmy.
Auto zapakowane po brzegi śpiworami, kocami, garami i sama nie wiem czym jeszcze
+
pan I., syn pana I.- Grześ, dziecię moje osobiste no i ja

Wczesnym rankiem poniosło nas do innej rzeczywistości, zdecydowanie ładniejszej od naszego blokowiska...

Takie piękne Mirabelki rosły tam dziko praktycznie na każdym kroku... tylko rwać i jeść, a jaki z nich kompot pyszny mniam :)

Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy wybrał pan I. 
Pokazywał mi co nieco na ich stronie internetowej, ale zdjęcia mnie nie powaliły.
Uczyniła to dopiero rzeczywistość:)
Pole namiotowe ( za grosze!!!) na terenie Folwarku Łękuk okazało się strzałem w dziesiątkę!
Bezpośredni dostęp do jezioram piękne budynki, sielski klimat, mnóstwo atrakcji, miejsce do kucharzenia to tylko kilka z atutów Folwarku.
My wypoczywaliśmy tam ekonomicznie i oszczędnościowo, ale opcji jest więcej. Wszystko zależy od budżetu jakim się dysponuje.
A poniżej kilka, mam nadzieję, zachęcających zdjęć:)




I po co pchać się do Włoch, kiedy u nas jest tak pięknie?

Ta chałupka na jeziorze to ruska bania, z której po wizycie w saunie można dać nura prosto do wody;)
Takie przyjemności jednak nie dla mnie, bo skoki ciśnienia kończą się u mnie nieciekawie...
Podobno jednak tego typu zabiegi są bardzo zdrowe. Ja nacieszam oczy samym zdjęciem ;)

Przy takim widoku dech zapiera...Niby tylko zachód słońca, taki banalny temat, ale to niebo....ech...


Ku mojemu zaskoczeniu i wielkiej radości w namiocie robactwa nie było.
Co więcej komary mazurskie to jakaś bujda na resorach i tyle.
Miewaliśmy jednak u nas bardzo zacnych gości:

Po tym jak Grześ nakarmił to rude cudo kawałkiem swojego kotleta, kocurro nie dawał się odgonić i często wpadał do nas na małe co nieco.

 Żabcia koniecznie chciała wskoczyć na nasz namiot, ale przerósł nieco jej możliwości. Po paru dniach jednak znazałam ją wieczorem w moim śpiworze;) Słodka, prawda?
Żab pełno tam było na każdym kroku, mniejsze i większe i całkiem tycie. Trzeba było bardzo uważać, żeby spacerując po trawie nie ukrzywdzić żadnej żabiej księżniczki czy księciunia.

Tego gościa też nie udało się zignorować. Wpasował się nawet kolorystycznie w nasz namiot.

Z tej naszej codziennej legnickiej bieganiny, gonitwy na czas warto było uciec właśnie tam.
Przemili ludzie, życzliwi, serdeczni, chętni do rozmowy jakby znali nas od zawsze...
Tempo życia zwolniło do cudownego minimum...



Okolica przecudna, powietrze czyste, nareszcie  nie bolaly nas glowy, nareszcie spaliśmy snem głębokim...


Nie trzeba nam tam było do szczęćia wiele, ale i tak wiele dostaliśmy.

Pozwoliliśmy sobie też na organizowany przez Folwark Łękuk spływ rzeką Łaźną Strugą.
12 km przewiosłowałam w kajaku z Grzesiem, a Natalka płynęła z Ireneuszem.
Wiosłowania było sporo, ramiona bolały okrutnie (tym bardziej, że rozkładala mnie gorączka, ale o tym później), pęcherze na rękach też były, ale warto było...


Zanurzyć wiosło w tym gąszczu chwilami było trudnym zadaniem, , wszystko powolutku, żeby nie zniszczyć kwiatów... obrazek naprawdę jak z bajki. Do tego dookoła całe morze niebieskich ważek, brakowało tylko elfów i nimf...

Prawda, że widok niezwykły?
Poza tym w tym gąszczu przy brzegach wszędzie gęsto rosła mięta. Pachniało nią przecudnie.
Uwierzcie mi, że nie jest to zwykła mięta. Narwaliśmy jej prosto z kajaków i zabraliśmy trochę do domu. Bez porównania z tym, co rośnie u nas na działce. Zapach, kolor, smak... chciałabym go Wam przesłać, ale lepiej pojedźcie tam sami i nazrywajcie ile Wam trzeba;)

Wszystko tam miało bardziej intesywne kolory. Wszystko tam bliższe było człowiekowi niż tutaj. Pisałam Wam o mojej tęskncie za życiem na wsi. Tam tęsknota znowu urosła w siłę.
Owszem, nie brakowało minusów. Ale kiedy minusów jest kilka czlowiek przestaje sie na nich skupiać, tym bardziej, że minus i minus zawsze dają jakiś plus;)

Zatem teraz o minusach:

Miałam chwilę załamania, przyznaje się bez bicia.
Dziecko moje rozchorowało się w pierwszy dzień po przyjeździe. Tak bywa.
Przywiozła jakiegoś bakcyla z kolonii, z której wróciła dzień wcześniej.
Wracać? Nie wracać? Kawał drogi przecież...
Zaczęło się kurowanie maleństwa.
Tu muszę podziekować raz jeszcze przemiłej pani Izie, właścicielce Folwarku, która mocno zatroskana pojechała prędziutko do domu i dostarczyła nam leki. Ja to mam szczęście do aniołów na swojej drodze;)

Chwila załamania nadeszła, kiedy nasze chłopaki pojechały na wycieczkę rowerową.
My zostałyśmy, bo dziecię nie czuło sie najlepiej.
Zabrałam się za gotowanie obiadu i niestety zerwał się wiatr...
Wierzcie mi, że gotowanie obiadu na jednym palniczku kuchenki turystycznej łatwe nie jest nawet przy bezwietrznej pogodzie.
Tu wiało konkretnie i podwiewało nawet pod namiot. Ogień gasł, zapałki się skończyły i w sumie smażenie dwóch kotletów zajęło mi godzinę.
Zaczęłam ryczeć jak dziecko... No właśnie. W chwili bezradności czasem beksa ze mnie wyłazi.Ale jak już upuszczę z siebie trochę wody zabieram się spowrotem do roboty;)
Zjadłyśmy, przeżyłyśmy i nie było źle.A kiedy reszta ferajny dotarła do naszego "domku" po złych emocjach juz nie było śladu, dlatego nasze wakacje pod namiotem będę wspominać o tak:



Po trzech dniach dzieciątko wydobrzało i już w komplecie mogliśmy cieszyć się mazurską krainą.

Niestety jednak bakcyl postanowił  przeleźć na mnie.
Poza tym dopadła nas konkretna ulewa, część naszego dobytku trochę popłynęła, przemokłam do suchej nitki i juz następnego dnia bakcylek miał raj na ziemi w mojej skromnej osobie...
A że wszystkie moje buty zaliczyły kąpiel, zostały mi się jeno sandałki.
I tak zaczął się romans wakacyjny Polaków w sandałkach i skarpetkach  haha :)


Było stylowo i romantycznie:) Niestety jednak bakcyl między nami stworzył dystans na dni kilka, ale dzisiaj ostatecznie się z nim rozstaję, jupiiiiii :)!!!

Mimo choroby, mimo gorączki, łamania w kościach i zawalonego nosa takie obrazki zostały mi w mojej zabakcylowanej głowie:



Łąki pełne kwiatów lub zielone, puchate jak najwyższej jakości dywanik.
Warto tam wracać, warto polecać, żal nie zobaczyć na własne oczy.

Słońce wszystkim nam podmalowało buzie na zdrowszy kolor.
Inny klimat czuło sie każdą komórką ciała.
Odpoczęłam, mimo wszystko odpoczęłam i poczułam się silniejsza.


Tyle pięknych obrazków nałapałam pod powieki, że mam o czym śnić przez cały następny rok.
Za rok znowu Mazury, tym razem na dlużej ;)

W każdej wsi po kilka gniazd bocianich, w każdym młode... Widok niesamowity.
Obsrewowaliśmy bocianią rodzinę również w Folwarku.
Niezwykłe ptaki.
Nadszedł jednak czas na powrót do naszego gniazda.
Żal było wyjeżdżać, ale myśl że wrócimy tu jeszcze poprawiała nam nieco nastrój.
Mimo, że dzieci stwierdziły początkowo, że to straszne (tu przepraszam za słowo...) "zadupie", za rok planują jechać z nami :) Chyba o czymś to świadczy ;)


Teraz czas na pracę, z nową energią i pomysłami, z celem zapisanym głęboko w sercu.

Na Mazury wybierzcie się koniecznie.
Folwark w Łękuku polecam, bo to świetna baza wypadowa.

A ja dzisiaj mówię już pa i odlatuję do maszyny
( a na zdjęciu mam  okularki, które zakupiliśmy na jarmarku staroci z zamiarem wdziewania ich na trasę starym motorem z lat 50-tych, który pan I. własnoręcznie remontuje;)



Zatem cześć i czołem ;)

Wasza A.





czwartek, 18 lipca 2013

Jarmilka- dziewczynka z lasu

Czekała już od dawna... niekompletnie ubrana... zapomniana nieco...
Doczekała się dzisiaj :)
Zawzięłam się i skończyłam mojego elficzka-elfiiczkę-Jarmilkę-dziewczynkę z lasu.
Jestem z niej bardzo dumna, bo wymagała sporo pracy.
Zostanie w domu z nami i dostanie ją moja Natalka po powrocie z kolonii.

Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie ;)

Nie gadam dzisiaj dużo, bo znowu się rozkleję i już żaden klej magik nie pomoże...
Tęsknię...
Ja- duża mama małej Natalki, staje się małą mamą dużej Natalki...
Mam jednak nadzieję, że dużej Natalce elfik przypadnie jeszcze do gustu...

Jeżeli komuś jeszcze by się spodobał i życzenie miałby posiadać podobnego, zapraszam do kontaktu na maila. Elfiki i elfinki będę wykonywać w pojedynczych egzemplarzach z załączonym certyfikatem oryginalności i wyjątkowości ;) możliwe personalizowane zamówienia :)))

A dla zainteresowanych konikami morskimi informacja o dostepnym tutorialku ze zdjęciami krok po kroku.
Wystarczy podjechać w górę strony i przejść w zakładkę TUTORIALE.

pozdrawiam

Wasza A.







sobota, 13 lipca 2013

Mamo, no co ty!!!

No i wyjechała...
Moje małe-niemałe kurczątko wybyło na wakacje.
Trzy lata temu pierwszy raz pojechała na kolonię.
Przed autokarem kleiła się mocno i sama nie wiedziała, czy wytrzyma te dwa tygodnie.
Tym razem wszystko wyglądało inaczej.
Tym razem to ja czekałam z tą kluchą w gardle obok autokaru,
do którego wskoczyła żwawo i wcale wyjść nie zamierzała...
Koleżanki, radosne świergotanie i plany co to tam robić będą.
Wesoły autobus i ja... stałam i czekałam, czy jeszcze na chwilkę wyjdzie, żeby się przytulić.
Silniki już na chodzie i kierowca gotowy do drogi, a moja klucha co raz bardziej dławiła.
Wyszła w końcu.
Zapytała co jest, więc z lekkim żalem zapytałam, czy nie zamierzała się ze mną pożegnać.
Zmieszanie Maleństwa i jakieś zniecierpliwienie w głosie.
Nie zamierzała, była zajęta...
Pomyślałam: "No tak, te parę lat wszystko zmieniło, pomału dorasta..."
Wydusiłam jednak z siebie :
"Bo zaraz zacznę ryczeć i Ci tu obciachu narobię!" ;)
Spanikowała nieco : "Mamo, no co ty!!!"
Po czym zaśmiała się z rozczuleniem i powiedziała:
"No chodź, to Cię przytulę..."
Przytuliła i tyle ją widziałam.
Autokar ruszył.
Żartowaliśmy jeszcze przez chwilę z rodzicami innych dzieci, że dwa tygodnie spokoju.
Takie tam żarty- bzdurki, mocno niezgodne z prawdą,
Dobra mina do sytuacji, w której wracam do domu i jakaś dziwna cisza panuje.
W głowie układam plan co będę robić.
Poukładam przedwyjazdowy rozgardiasz w jej pokoju, zrobię nowe zasłonki...
Planuję, ale siadam i sama nie wiem od czego zacząć.
Każdy dzień nakręcany rutyną, którą przecież tak bardzo lubię.
Ta rutyna wcale nie jest zła, bo daje poczucie jakiegoś bezpieczeństwa i porządku.
Każdy dzień może podobny do siebie, ale zawsze inny.
Obiad, szkoła, praca, domowe porządki...
Czas goniący bezlitośnie do przodu i ciągnący się ogon spraw za plecami.
Przychodzi jednak dzień kiedy jeden trybik tego zegara wyskakuje, znika z horyzontu i jakoś tak inaczej się robi.
W co włożyć ręce najpierw? Od czego zacząć?
I dlaczego do diaska w głowie dźwięczy mi to "Mamo, no co ty!!!"?
Dlaczego nie byłam na nie gotowa???
Funkcjonuje masa poradników jak się przygotować na ewentualne rostępy, kolki gazowe, problemy pokarmowe i wychowawcze.
Nie znam takiego, który przygotowałby skutecznie na "Mamo, no co ty!!!"Z resztą, żaden chyba poradnik nie zadziałaby jak należy...
Drzwi od jej pokoju co raz częściej przymknięte, co raz częściej ma swoje sprawy i swoje plany.
Podkradam się do tego jej nowego świata, nasłuchuję, podglądam i czuwam przez szparę w drzwiach.
Tyle, że ona co raz węższa i co raz bardziej tęsknię za drzwiami otwartymi szeroko...
Nie ma lekko, dzieci nie rodzimy i nie wychowujemy dla siebie tylko dla nich samych.
Kiedyś znikną w swoich sprawach i tylko trzeba mieć nadzieję, że czasem wrócą, żeby nas przytulić...

Zajmując głowę uruchamiam ręce do działania ( w tym jedną gipsowaną do 25 lipca włącznie... grrrrr)
Praca utrudniona trwa dwa, a nawet trzy razy dłużej.
Walczę jednak, bo uparciuch ze mnie.
Ktoś pytał ostatnio jak wiązałam kokardki na słoiczkach.
Zestaw chwytający, może niedoskonały, ale skuteczny proszę Państwa to: prawa ręka, cztery
palce lewej plus szczęka ;)
Jeśli to nie wystarcza woła się asystentów :)))
Może nie idzie łatwo, ale idzie.
Nie robiąc nic ześwirowałabym kompletnie.
A co zdziałała kulawa ręka?
Dzisiaj prezentuję walizkę, o której wspominałam ostatnio:

Walizka jest tekturowa z metalowymi okuciami.
pierwotnie wyglądała dość obskurnie, ale jej nie odpuściłam.
Pomalowałam, wyczyściłam i okleiłam tkaniną.


Jak widać, nie było z nią dobrze....


Na koniec dodałam kwiatki i napis, ale co do tego nie jestem do końca przekonana...
W każdej jednak chwili część zewnętrzną można przemalować.
Nie mniej jednak z tą walizką i w mojej kraciastej kiecce będę widoczna ze sporej odległości, więc wypatrujcie Cottoni w tłumie ;)

Z szyciem idzie dużo gorzej, bo cztery wolne palce lewej ręki nie są zbyt chwytne, pracuję nad tym jednak, więc i coś szyciowego niedługo zaprezentuję.
Obiecałam też tutorial z konikami i nie dotrzymałam słowa (zaraza ze mnie wiem :(   )
Obiecuję poprawę i tutorialek zamieszczę jutro wieczorem.
Ponadto porządkuję swoje zagracone nieco mieszkanko, więc uruchomiłam zakładkę SECOND HAND
Może komuś coś się przyda.
Zaglądajcie, dokładać będe jeszcze różne przydasie.

Pozdrawiam Was weekendowo i wakacyjnie!
Wasza A.

piątek, 5 lipca 2013

Jedną ręką

Dzisiaj miałam okazję przekonać się , że jedną ręką też można zdziałać sporo.
Nie jest łatwo, ale można.
Czemu jedną? Bo gapa ze mnie zakręcona i w ostatnią niedzielę, zamknęłam sobie drzwi od auta na kciuku.
Szczęście w nieszczęściu, ze trafiło na lewą rękę, a ja- model standardowy- praworęczna jestem.
Do czwartku łaziłam z tym obolałym paluszkiem naiwnie sądząc, że szybko wydobrzeje.
Gdzie tam, nie wydobrzałby tak szybko, bo ostatecznie w czwartek wymiękłam
i udałam się po pomoc medyczną.
Do albumu rodzinnego mam zatem jeszcze jedno zdjęcie z moim, niestety złamanym, kciukiem.
Jeszcze z samym bólem jakoś sobie radziłam, teraz doszedł gips i lewa ręka musiała pójść na L4.
No ja razem z nią oczywiście też ;)
Tylko jak tu siedziec w domu nie robiąc nic?
No musiałabym nie być sobą, żeby tak byczyć się przez dzień cały.
A co robiłam zaraz opowiem.
Najpierw jednak kilka obiecanych fotek z zeszłotygodniowego Festiwalu rękodzieła w Lubinie:

To ja w mojej jarmarcznej kreacji ;)


Maleństwo moje bardzo mi pomagało przez dzień cały.


Nasze skromniutkie stoisko
... i raz jeszcze Cottoni we własnej osobie ;)
Na jarmarku spotkałam przemiłą i przecudowną Elunię- Elis z bloga ZAMIAST
Nagadałyśmy się nieco, ale zdałoby się więcej, więc kolejne spotkanie wstępnie zostało ugadane ;)

A to moja kreacja  na manekinie.Płaszczyk jeszcze nie został wykończony. Będzie miał różową podszewkę i troszkę cukierkowych detali. Mam nadzieję, że całość będzie ze sobą ładnie współgrała i również w chlodniejsze dni Cottoni wystąpi w stroju pasującym do swojego kramu ;)

A dzisiaj, z tą moją białą kukiełką na ręce, nie zrobiłam może wiele, ale zawsze coś;)
Przede wszystkim ogarnęłam moje słoiczki z dżemikiem truskawkowym 
i syrop truskawkowy do herbatki.

Jakoś przetrwamy kolejną zimę ;)
tym bardziej, że z tyłu kryje się jeszcze spory słój z nalewką tuskawkową :))))

Również dzisiaj wyłożyłam tkaniną starą tekturową walizkę, taką z metalowymi okuciami na rogach.
Niestety zdjęcia walizeczki wyszły słabo, więc pochwalę się nią innym razem.

Jutro jadę do Lesicy na festiwal  "Świat pod Kyczerą"
Tam  też będę się wystawiać z moimi szyjątkami.
Przede wszystkim jednak pooglądam sobie folklor mniej i bardziej egzotyczny:)

Miłego weekendu 

Wasza A.



wtorek, 2 lipca 2013

WYNIKI CANDY!

Kochani Moi!
Gdybym mogła każdemu przesłałabym po fartuszku. Musiałabym jednak masową produkcję rozpocząć, a to na moje dwie ręce zdecydowanie za dużo. Tym bardziej, że drzwi od auta na palcu zamknęłam dwa dni temu i jestem nieco niepełnosprawna hihi. Patrząc na niego teraz nabieram ochoty na jagody... hmmm.
Wracając do rzeczy. Komentarzy naliczyłam 166, pani na pierwszej pozycji zrezygnowała, więc do losowania właśnie 166 osób wystartowało.
Maszynka losująca wygenerowała  nr 58
 
 



True Random Number Generator      58 Powered by RANDOM.ORG

 
Fartuszek powędruje zatem do:
Beatki z bloga : Koraliki Beaty :)
GRATULACJE!
 Bardzo proszę o kontakt na maila:
 
 
Jeżeli fartuszek przypadł Wam do gustu, można złożyć zamówienie drogą mailową. Dwa fartuszki dostępne są też w sklepiku Artillo (odsyłacz widoczny w prawym górnym rogu mojego bloga)
Dla osób, które wzięły udział w CANDY proponuję 10% rabatu ;) 
 
Dziękuję za tak liczny udział w zabawie i pozdrawiam serdecznie!
 
Relację z jarmarku sobotniego zdam w najbliższych dniach.
 
Wasza A.