Obserwatorzy

piątek, 4 kwietnia 2014

WAŻNA SPRAWA

Dzisiaj ściągam Was tu małym podstępem, bo nie o misiu będzie ;) No dobra, o misiu słów kilka tytułem wstępu może...
Miś powstał dla pewnej cudownej, małej dziewczynki i wczoraj dostałam zdjęcia misia w objęciach jego nowej właścicielki :) Cudowna sprawa :) Zobaczyć te uradowane oczka, to więcej warte, niż wszystkie pieniądze :) A jak mama napisała, że dziecko nawet bańki dało sobie postawić pod warunkiem, że misia będzie przy niej... serce rośnie i działać się chce z podwójną energią!



No właśnie o działaniu dzisiaj będzie w pewnej ważnej sprawie.
Poniekąd miś wiąże się z tematem, bo o dzieci tu chodzi, więc misiowa obecność jest usprawiedliwona ;)

Sprawa jest ważna, cholernie ważna, bo problem, o którym powiem zakreśla co raz większe kręgi. Wulgaryzm wybaczcie mi proszę, ale w tej kwestii często dużo gorsze słowa na usta mi się cisną, więc raczej wdzięczność okarzcie za hamulce w wypowiedzi...

W czym rzecz? Jest taka akcja społeczna pod hasłem "Jestem mamy i taty".
Może ktoś słyszał, może nie, może problem dotyczy i Was bezpośrednio, dlatego tym bardzie proszę o wysłuchanie.

Co raz częściej spotykam się z sytuacją, gdzie  małżeństwa, czy związki nieformalne się rozpadają. OK, korbę ludzie w głowach mają  niezłą i o sobie myśląc problemów już rozwiązywać nie potrafią. Zgadzam się i o tym też ostatnio mówiłam, że są takie sytuacje, w których nic nie da się już zrobić i po prostu wiać trzeba. Nie o tym dzisiaj jednak. Rozwód rzecz już powszechna i nikogo nie dziwi. Problem jednak pojawia się, kiedy są dzieci. Walki byłych małżonków, a przede wszystkim jednak dzieci traktowane jako narzędzie lub tarcza obronna mamusi- to jest ogromny problem. Załatwianie swoich interesów kosztem dzieci, czy po prostu zemsta na byłym mężu w postaci szlabanu przed nosem potomstwa...

Może ktoś się na mnie obrazi, że o tym mówię, może już tu nie wróci... Może jednak chwilę zastanowi się nad swoim sposobem rozwiązywania spraw... O to dzisiaj proszę.

Ja rozumiem, że każda sytuacja jest inna, że Wasza wyjątkowa, że to drań był i dupek i nie zasłużył na nic... Zastanówcie się jednak, czy Wasze dzieci zasłużyły na tą wojnę, którą z nim toczycie?!

Wiem o czym mówię. Ja zostałam sama parę dni przed ślubem z brzuchem pod brodą. Zdanie na temat mojego niedoszłego męża mogę mieć nie najlepsze, ale moje zdanie nie musi być zdaniem mojej córki. Ona ma prawo do własnego osądu sytuacji, przede wszystkim ma też prawo do okazji by to własne zdanie sobie wyrobić. To Wy tego "dupka, palanta, idiotę i chama", jak często o nich się mówi, wybrałyście na ojca swojego dziecka. Chociaż  nie w smak Wam spotkania z "idiotą", prawo do nich ma Wasze dziecko. W przeciwnym razie któregoś dnia to wasze maleństwo wyrośnie na dorosłego człowieka i samo znajdzie sposobność do kontaktu z tatą. Jeśli wtedy okaże się, że te wszystkie brzydkie na jego temat opinie były tylko przejawem Waszej goryczy i złości, będzie czuło potworny żal, że odebrałyście mu możliwość poznawania  człowieka, z którego krwi powstało.
Nie da się wyciąć tej drugiej strony z życia dziecka. Jest w jego oczach, w uśmiechu, gestach... Jest i na zawsze zostanie. Może ten człowiek nie jest już częścią Waszej codzienności, może drogi Wam się rozeszły, ale droga Waszego dziecka i tego pana zawsze będzie wspólna.
Pamiętajcie, nie jesteśmy nieśmiertelne. Któregoś dnia może nas zabraknąć, więc w trosce  o te nasze skarby zadbajmy, by miały jeszcze kogoś.
Swój własny żal zachowajcie dla siebie, urażoną babską dumę schowajcie głęboko i niech Wasza wojna nie będzie wojną synów  i córek. Czy matka, która świadomie i z premedytacją wysyła dziecko na wojnę, to dobra matka??? Otóż nie! Dobra i droskliwa zadba o to, żeby te kule armatnie nad jego głową nie latały!
Jeżeli zatem były mąż, partner nie stanowi zagrożenia dla Waszej pociechy, jeżeli nie krzywdzi fizycznie i psychicznie i jeszcze chce i garnie się do kontaktu z dzieckiem, pozwólcie mu na to proszę. Przestańcie myśleć o sobie, pomyślcie o dziecku. Ono jego potrzebuje. Kto Waszą córkę poprowadzi do ołtarza? Kto syna nauczy jak się golić, jak być mężczyzną? Same wszystkiego nie zrobicie chociaż teraz wydaje się Wam, że jesteście super matkami mogącymi góry przenosić. To pozorne gór przenoszenie to strzał samej sobie w stopę i tyle. Pokażcie klasę, bo tocząc te wojny tylko udowadniacie, że zołzy z Was i pewnie dlatego nie wytrzymał.  Często też dorabia się straszne rogi byłemu... jedno piwo tygodniowo? Alkoholik był i tyle! Siedział dłużej w pracy, żeby zarobić na rodzinę? Na baby łaził na sto procent!

Jeżeli to, o czym mówię znacie z własnego podwórka, spróbujcie spojrzeć na wszystko z boku raz jeszcze. Spróbujcie zakopać topór wojenny dla swojego i dzieci spokoju. Odszedł? Zostawił Was? Jego strata! Najwyraźniej nie wart był Waszego czasu, Was! Jeśli to Wy spaprałyście ten związek, a i tak często bywa, bo my też aureol nad głową nie mamy, tym bardziej przełknijcie kluchę w gardle i zacznijcie żyć od nowa.

Ten pan- tata- to był Wasz wybór. Razem z nim dałyście życie nowemu człowiekowi, który ma swoje prawa. Nigdy o tym nie zapominajcie.

Ja zostałam z dzieckiem sama, przerażona z nieskończonymi studiami.Sensownej pracy nie mogłam znaleźć, bo samotnych matek (czytaj: problemu) nikt nie potrzebował. Czy miałam żal? Ogromny! Ale to był mój żal. Dziecko rosło wychuchane przez moich rodziców i mnie, nie brakowało jej niczego. Ojca jednak brakować jej będzie zawsze. W takim więc wymiarze, w jakim jestem w stanie kontakt z tatą ma umożliwiony. Może nigdy nie będzie prawdziwej więzi, ale jest świadomość, że w razie czego jest ktoś jeszcze. Czy zawiedzie ją jak kiedyś zawiódł mnie? Może nie. Czas pokaże. Dzisiaj moje dziecko ma brata i kogoś jeszcze w drodze, To jej rodzina, do kontaktu z nią też ma prawo...

Polecam Wam również blog, który jest jak kartki z życia pewnej bliskiej mi osoby:

http://7godzin15dni.blog.onet.pl/

Kiedyś widziałam film "Tato" z Bogusławem Lindą... przeraził... Nic to jednak w porównaniu z rzeczywistością...

Na koniec filmik dla Was:


Dziękuję, że wytrwaliście do końca...
Ściskam Was mocno

Wasza A.

P.S. Ten wpis dedykuję mojemu bratu... Kiedyś burza musi się skończyć ;)