Obserwatorzy

sobota, 8 czerwca 2019

Tylko nie rękodzieło!

W 2014 roku moje malutkie Cottoni stało się firmą. Od tamtego czasu pracowałam intensywnie jak mróweczka z roku na rok budując bardzo silną grupę odbiorców-klientów-przyjaciół. Ręce pełne pracy, bo co trafiało do Was rozczarowaniem nie było. Spokojnie więc polecaliście dalej, wracaliście po więcej i moja wiara w sens tego przedsięwzięcia rosła z dnia na dzień, miesiąca na miesiąc. Dziękować za to będę Wam tu i w duchu  głęboko po dzień mój ostatni, bo spełnić tak wielkie marzenie, jakim jest życie z pasji, to naprawdę niesamowite szczęście. Co dalej? Hmm... 
Przez te wszystkie lata zastanawiałam się mocno czy rozbudowywać Cottoni w coś większego. Odpowiedź zawsze była jedna- nie chcę zajmować się masówką. Nie chcę nadzorować taśm produkcyjnych ani na mniejszą, ani na większą skalę. Nie chcę brać odpowiedzialności za pracowników, tym bardziej, że koszta ich utrzymania w pewnym momencie mogą pochłonąć cały przychód. Nie stać mnie przecież na takie ryzyko, no i do nadzorowania czyjejś pracy, to ja się nadaję jak wół do karety. Za miękki charakter sprawił by, że wszyscy by sobie bimbali w najlepsze, albo wyprowadzali co się da poza pracownię. Wiem, bo przetrenowałam to kiedyś na dwóch paniach szyjących pod moim nadzorem. Totalna porażka. W moim wieku człowiek samoświadomość własnych mocnych i słabych stron ma na tyle dużą, że wie za co się brać, a co odpuścić. Czy odpuszczam szycie? NIE, o NIE i jeszcze raz NIE!!! Tym, co po ostatnim wpisie na FB zacierali ręce z radości, że Cottoni się poddaje, mówię sorry robaczki. Ja się nie poddaje never ever. Czasem jednak trzeba usiąść na spokojnie, przyjrzeć się sytuacji z boku i wyciągnąć wnioski. 
Wiele z Was pisało do mnie z pytaniem jak to jest rzucić wszystko i zająć się pełnoetatowo swoim hobby. Czy taka praca ma sens, czy z tego żyć się da itd. Żyć się z tego dało, sens miało, ale trzeba pamiętać, że każdy ma inne oczekiwania. Wszystko zależy też od charakteru pracy, a że ja o szyciowym rękodziele wiem z doświadczenia własnego, więc tylko w tym zakresie wypowiedzieć się mogę.  Znam parę osób, które właśnie w większe firmy rozbudowały swoje szmaciane hobby. Żeby puścić jak najwięcej towaru w obrót trzepią standardowe wzory, których pełno później na instagramach. Każda instamamuśka pokoik swojego bąbelka ma więc ustrojony nie według własnego pomysłu, a według tego, co u innej instamamuśki, tudzież ulubionej celebrytki wypatrzyła. Zatem na tle przeważnie białych mebelków Ikea lądują podusie chmurki, baldachimki, tippi itd. Tego towaru w sieci jest więc jak piasku na plaży. W którymś momencie jednak ten rynek się nasyci i zakorkuje. Naturalne jego prawo. Niestety z przedsięwzięciami rękodzielniczymi na mniejszą skalę jest już bardzo podobnie. 
Pamiętam, jak u mojej pani fryzjerki jakieś dwa lata temu rzuciłam mimochodem czym się zajmuję zawodowo i usłyszałam złowieszcze " O nie, tylko nie rękodzieło..." Co druga klientka przecież już tam jakąś radosną twórczość w chałupie odstawia. Jedna pierniczki, inna coś dzierga, kolejna mebelki na biało maluje. Co chcesz, to masz. Skąd to zjawisko? Poszła fama, że na rękodzieło zbyt, więc każdy dorobić choć parę złociszy chce, normalka. Normalka w kraju, w którym ludzie mają braki finansowe, bo tam, gdzie godnie się zarabia i na dobrym poziomie żyje za rękodzieło artystyczne biorą się ci, co faktycznie artystyczną potrzebę wyrazu w bebechach czują. Całej reszcie nie chciało by się tego śmietnika w domu gromadzić i czasu tracić. Lepiej z rodziną do kina, kawiarni, czy walnąć się przed TV do góry brzuchem. Ci co tam artystycznie działają za swoją pracę bez problemu wołają godziwe pieniądze, z których całkiem nieźle mogą sobie funkcjonować. No i tu właśnie wszystko teraz o te nieszczęsne pieniądze się rozbija i na moje aktualne decyzje wpływ będzie miało brutalny.
Bardzo lubiłam pytanie " Czy z tego da się wyżyć?" Oczywiście, że się dawało. Jak się coś robi dobrze, to klienci są. Szkoda, że nikt nie pytał mnie o to samo, jak z pracy w szkolnym sekretariacie wyciągałam całe 1400zł na rękę. Za takie siano można robić, jeżeli na te przysłowiowe waciki się zarabia mając kasiastego małżonka, na ramieniu którego swobodnie niczym bluszcz zechcesz sobie zawisnąć. Ja małżonka ani majętnego, ani żadnego innego w swoim życiu się nie dorobiłam, bluszczem ani żadnym innym powojem nie jestem, więc co zarobione własnymi rencyma, to do dyspozycji było i jest. Partnera mam i na zasadach partnerskich funkcjonujemy, bo każde swoje zobowiązania regulować musi, zatem ku mojej babskiej dumie i niezależności informuję niektórych zainteresowanych, NIE DOJĘ! Dziecko moje sztuk jeden, więc i z programów pomocowych wiadomo jak korzystałyśmy, poza tym charakter to ja chyba mam po dziadku moim, który to mówił, że "Można dziadem być, ale przynajmniej honorowym!". Po sądach za ojcem mojej Talki też więc nie latałam i bzdurnych argumentów do wyszarpywania alimentów nie wymyślałam po nocach. Jak żyłyśmy? Skromnie, nawet powiedziałabym, że turbo skromnie, ale ideologie życiowe mam poukładane w głowie na tyle sprawnie, że bez problemu w lumpku znajdę co mi trzeba, samochodem mogę jeździć nie najnowszym i bez klimy, a jak na telefonie, czy komputerze kiedykolwiek ogryzek mi się pojawi, to zdecydowanie też nie po to, żeby szpan instagramowy odpierdzielać. Ludziom majątków nie zazdroszczę, cieszyć się umiem tym, co jest, ale dziecko właśnie w dorosłe życie mi wchodzi i jej ułatwić parę spraw bardzo bym chciała, więc dutki trzeba zacząć racjonalnie liczyć i zarabiać. Zamówienia mniej, bardziej liczne obciążone kosztami (z roku na rok większymi) są niepewną przyszłością. Odłożyć nie ma z czego, na urlopy i przestoje pozwolić sobie nie można, a więcej niż kilkanaście godzin dziennie pracować się nie da. Jeden człowiek więcej nie przerobi. 
Stąd też decyzja o powrocie na rynek pracy, znaczy etacik poszukiwany, może nie pilnie, ale do jesieni temat spróbuję ogarnąć. Z kompleksów małolata zdążyłam się już wyleczyć, strachu przed mówieniem o tym w czym jestem dobra, co mogę zaoferować swojemu przyszłemu pracodawcy, też się wyzbyłam, więc byle g.... roboty brać już nie muszę. Będzie dobrze :) 
Jak zmienił się rynek rękodzielniczy przez ostatnich parę lat? A no mocno zarósł całą masą badziewia niestety. Ktoś dwa obrazki namaże na płótnie, pierwsze swoje wypociny jakieś i już handel internetowy rozpoczyna. Co druga Jadźka maszynę do szycia kupiła, kocyków minky natrzepała, czy tulipanków wątpliwej urody i już, już biznes kręci. Przekrzykują się później w tej sieci lecąc z cenami niżej i niżej i już chyba nawet Chiny boki zrywają widząc tę polską twórczość, która artystycznie i jakościowo leży i kwiczy, ale coraz taniej puszczana jest w obieg.  Butelki oklejone pinezkami, gipsowe aniołki z formy, mydełka kupne z naklejonym kwiatkiem, kwiatki z pończoch... taka sztuka trochę z przedszkolnej grupy jeżyków, czy muchomorków na tym właśnie poziomie wykonana i podpis " Moje ostatnie DZIEŁO". Nosz kurza twarzy, DZIEŁO... Ręce opadają. Brakuje już tylko zdjęcia kulki z nosa utoczonej z równie dumnym podpisem. Wątpię czy Matejko tak się nadymał przy swoich płótnach, serio... O ile jeszcze prace na tym poziomie jako hobby wykonywane dla potrzeb domowych, czy przy pracy z dziećmi rozumiem i szanuję, tak zdania jestem, że śmietnik się zrobił straszny i sprawił, że hasło "RĘKODZIEŁO ARTYSTYCZNE" kojarzone jest już bardzo negatywnie. Jakby jaka Jadźka chciała mi tu zaraz do gardła skoczyć za powyższe słowa twierdząc, że boję się konkurencji, to niech przyhamuje na starcie. Nie boję się. Konkurencją może być ktoś, kto na podobnym poziomie coś robi. Paru świetnych artystów rękodzielników w sieci i na żywo poznałam. Paru obserwuję z radością, bo ciągle zaskakują i zachwycają. Nie myślę jednak i o nich jako o konkurencji, a raczej o inspiracji do dalszego działania i rozwoju. Żeby na ten rozwój mieć czas i przede wszystkim spokojnie móc wykonywać nowe projekty, muszę zapewnić sobie i mojej rodzinie stabilizację, wypłatę w konkretnym terminie bez tych dramatycznie wysokich i stale rosnących kosztów DG, a później po pracy realizować to, co po głowie się kręci niespokojnie, zamiast obszywać zamówienia (których nie brakuje, słowo ;)  będące koniecznością dla płynności finansowej. Będzie więc etat, a na spokojnie prace twórcze, bez stresu i presji może być tylko lepiej, tylko piękniej i to Wam obiecuję :) No i coś, na co już totalnie czasu mi brakowało, pisanina moja, więcej kadrów złapanych dla przyjemności, zamiast zdjęć produktowych. Chętnie powłóczę się gdzieś z aparatem, pouczę też trochę nowych technik i wiecie co? No marzy mi się ukulele :D Od dawna marudzę przy okazji świąt i urodzin, że ukulele chcę i słyszę, a po co ci to, a kiedy będziesz grać? No to teraz sobie kupię sama, a co i grać będę choćby wieczorami dla siebie samej, a co, kto mi zabroni :D 
No to tyle spowiedzi. 
Kto rzucać wszystko dla rękodzieła chce robi to na własną odpowiedzialność. Zawsze trzeba dobrze przeanalizować rynek. Kiedyś był moment na sklepy "Wszystko za 5zł". Po jakimś czasie było ich już tak dużo, że nikt nie handlował wystarczająco, żeby się utrzymać. Kolejno zwijali więc żagle. Teraz mamy bum np. na lody naturalne. Można więc stawiać kolejną lodziarnię obok tej, która już istnieje i walczyć cenami z sąsiadem, albo zrobić coś na mniejszą skalę, ale wyjątkowego i utrzymać się na rynku bez dramatycznych kosztów. 



No to idę pracować nad czymś wyjątkowym, ale najpierw wstawię wyjątkowy obiad, bo moje równie wyjątkowe dziecko ze swoim wyjątkowym M. na obiedzie się pojawią ;)
Buziaki Dzieciaki! 
Wasza A.
 

piątek, 1 lutego 2019

41- no i fajnie :)

Tę straszną czterdziechę odfajkowałam w zeszłym roku. Jutro pyknie kolejna wiosna i jest super :) Szczerze i bez udawania. Nigdy nie zrozumiem dlaczego kobiet o wiek pytać nie należy. Dlaczego większość z uporem maniaka ma potrzebę ukrywania prawdziwej metryczki. Może dlatego, że również w tej kwestii zwolenniczką zbiorowego myślenia nie jestem. Nie przerażają mnie też ani zmarszczki, ani siwy włos, ani żadna inna zmiana, która z roku na rok wkracza sobie na moje lico i resztę fizyczności. Radości mam z tych kolejnych urodzin więcej i więcej, bo nie każdemu jest dane ich doczekać. Pierdoletami też przejmować się już nie muszę. To czy się komuś podobam, czy nie to mi lotto na całej linii :D Jeśli jednak ktoś jeszcze powie, że na swoje lata wyglądam dobrze, to nie foch go czeka z mojej strony, ale serdeczne dziękuję. Znaczyć to bowiem będzie, że stereotypom zwiać się udało, mimo że usilnie nie uciekałam.  Nie wydawałam fortuny na pacianie się drogimi kremami, nie spędzałam godzin u kosmetyczek, nie sterczałam godzinami przed lustrem ćwicząc bezpieczne miny. Śmiałam się kiedy śmiać się chciało, marszczyłam czoło w zdziwieniu nad głupotą ludzką i płakałam nie raz i nie dwa kiedy ktoś ciosy zadawał. Teraz głównie pogłębiam zmarszczki śmiechawki i nosić je zamierzam z dumą. Jak się komuś nie podobam zawsze może głowę w drugą stronę odwrócić.Przy sobie i tak wolę ludzi myślących podobnie, a nie skupionych na sieciowej autoprezentacji, takich co mają pasje, twórcze głowy i dużo do opowiadania zamiast do pokazywania. Tych, dla których majątki, metki i zera na koncie nie są treścią życia.Tych, którymi inspirować się można, którzy błyszczą wiedzą i mądrością, a nie drogim zegarkiem i kolorowym tipsem.


Zdjęcie sprzed prawie 1,5 roku, ale na aktualne jakoś czasu nie było. Zmian drastycznych brak. Postaram się coś uaktualnić jak znajdę chwilę. Może  też  wrzucę jakieś zbliżenie na dowód dystansu do tej mojej fizycznej powłoki ;) Aktualnie zdjęcia portretowe celebrytek bez makijażu eksponujące niedoskonałości są podobno oznaką odwagi. Cóż... dla mnie odwagą były czyny Powstańców Warszawskich, ale widać nawet odwaga została w dzisiejszych czasach spłycona boleśnie. Najgorsze jest to, że tę całą presję wizerunkową narzucają sobie  same kobiety. Nie tak dawno  wrzuciłam na profil FB  zdjęcie z moją gębusią po czym odebrałam telefon od znajomej słysząc, że w moim wieku to zbliżeń już się nie robi, że sama sobie w stopę strzelam hehe :P No tak, do TV już mnie pewnie nie zatrudnią i na tytuł "top madyl" automatycznie wszelkie szanse poszły się rypać. No dramat, co ja biedna teraz pocznę, cóż robić, jak żyć? Powinnam przefiltrować zdjęcie pięciokrotnie,  wygładzić, wybielić elegancko, a jak spotkam znajomego na ulicy, to biegusiem przechodzić na jej drugą stronę...  Nie ma co udawać ani przed światem, a tym bardziej przed sobą samą. Co ma się zmarszczyć i oklapnąć i tak to zrobi, a ja udawania nie lubię w żadnym temacie. Relacje bezpośrednie też cenię sobie wyżej od tych FB, więc jeśli kogoś drażnię wizerunkowo zawsze można mnie z tych fejsbuków szurnąć i tyle. Jak usiądę z nim, czy nią przy stole papierowej torby na głowie też mieć nie będę :D  
Stylistycznie  jestem nadal roboczą mrówką w dżinsiorach i na wymyślanie codziennych stylizacji czasu nie tracę. Modnie czy niemodnie, cóż... to również nie mój problem. Każdy dzień tak obładowany pomysłami, planami i ich konsekwentną realizacją, że szkoda robić pauzy na sprawy błahe jakimi dla mnie są trendy w modzie. Swoją szafę planuję w tym roku  przetrzebić mocno i zminimalizować maksymalnie, żeby nie spędzać cennych minut na poszukiwania właściwych szmatek do wrzucenia na grzbiet. Jutro też totalnie nieodpicowana celebrować będę tę kolejną wiosenkę. Jest cudnie i głęboko wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Apetyt mam ogromny na kolejne dziesięciolecia, a do zrobienia i nauczenia tyle, że chyba jeszcze ze trzy życia by się przydały :) Jutro więc nie 100 lat, ale ze dwie setki odśpiewać mi proszę ;)

Ściskam Was mocno!
Urodzinowa Anka  

sobota, 19 stycznia 2019

2019

Dzień dobry!

Ja się po takim czasie wraca, to myślę, że trzeba z kwiatami przynajmniej ...
Minął rok. No prawie rok, bo ostatni post datowany jest na 31 stycznia 2018. 
Nosz kurka miałam popracować nad regularnym pisaniem, a odpadłam na całego. Co ciekawe moja lista czytelnicza też informuje o aktywności tylko kilku z wielu obserwowanych  blogów. Czy to znaczy, że blogosfera ciut wymiera? Nudzi się po czasie? Wejść na stronę jest sporo każdego dnia mimo mojej nieobecności, więc czytelnicy są, lub podglądacze zdjęć przynajmniej ;) Cóż, potrzeba moja wewnętrzna włączyła się właśnie, żeby naskrobać coś niecoś do Was od siebie. Co zmieniło się od tamtego czasu? Myślę, że sporo. Ogrom pracy wykonany. Wielkie kroki w stronę realizacji naszych marzeń poczynione, bo litości nie mięliśmy dla siebie praktycznie wcale. Odpoczynku było tyle, co kot napłakał, praca od świtu do późnej nocy, świątki, piątki i niedziele. No chyba, że któreś już na twarz padało, to chwilowy, ale to dosłownie chwilowy przestój sobie fundowaliśmy. Dziwne, że nie zajechaliśmy się przez ten rok miniony, ale żeby coś stworzyć z niczego praktycznie, to trzeba siły woli i pracy naprawdę intensywnej. Trzymamy się bowiem teorii, że marzenia się nie spełniają, marzenia trzeba realizować samemu, a sukces w ich realizacji osiągnąć można pracując, kiedy inni odpoczywają, działając, kiedy inni się bawią, ucząc się, kiedy inni śpią. Nie ma też co patrzeć z zazdrością na to, co mają inni, bo pewnie też samo nie przyszło, z nieba nie spadło. Wygrane w totolotka i spadki po majętnej cioci zdarzają się sporadycznie, cała reszta sukcesów to ciężka praca i jak zawiłą drogę przeszedł ktoś do swojego celu,  wie tylko on sam. 
To tyle w kwestii roboczej i na usprawiedliwienie małe mojej nieobecności.  
Zmianą ogromną dla nas było powiększenie familii. Do ekipki dołączyła bowiem Stella, psina wymarzona, która zgodnie z planem miała pojawić się u nas dopiero po wylądowaniu na wsi, ale dziecko tak intensywnie dziurę w brzuchu wierciło, że wymiękłam. Nie pierwszy raz okazuje się, że totalnie miętki ze mnie człek, ale  z tej wewnętrznej miętkości dużo dobrych rzeczy wypływa, więc nie narzekam :) O wszystkich plusach i paru minusach wynikających z obecności sierściucha opowiem innym razem. Może niektórych z Was interesować będzie jak wygląda wychowanie psiurka, co sporo powyżej kolana już mi wyrósł i z czym trzeba się zmierzyć choćby w kwestii stosunków dobrosąsiedzkich kiedy mieszka się w betonowej klatce.


Stwór zdecydowanie przesłodki jest, zwłaszcza kiedy śpi :D Kiedy nie śpi bywa kochanym huncwotem. Niepokorny charakterek dodatkowo podkreśla irokezik, który początkowo był tylko malutkim czupurkiem, ale urósł z całą resztą :P Aktualnie pańcia Stelcia zaległa na posłanku, więc mogę spokojnie za chwilę przejechać się przez mieszkanie na miotle. W czasie aktywności psa zrobić się tego nie da, bo zamiatanie szybko zmienia się w walkę o sprzęt. 
Co szyciowo u mnie? Cały czas staram się pracować głową nad czymś nowym, cały czas pomysłów liczonych w setkach mam, ale najczęściej i tak na tapecie są myszy. 




Ja zrosłam się z nimi, one ze mną i chyba przyjaźń to będzie na życie całe. 

Jak zmieniłam się ja? Wewnętrznie coraz większy ład i porządek, pogodzenie ze światem. Zewnętrznie chaos wykazuje tendencję wzrostową :D W międzyczasie stuknęło mi 40 wiosen, co podobno strasznie straszne miało być, a mi to zwyczajnie lotto. Posiwiałam też ciut i pilna wizyta 
u fryzjera była by wskazana, zwłaszcza że ostatni raz na fotelu fryzjerskim siedziałam w czerwcu przed pojawieniem się Stelli. Od tamtej pory matkuję szczenięciu i miałam lekki problem 
z zostawianiem jej samej w domu. Kolejny niezbity dowód na miękkość charakteru, ech... Pracy było multum i jakoś w terminarzu ciągle brakowało mi tych kilku godzin dla siebie. Myślę jednak intensywnie o wiośnie, więc wiosenne porządki tegoroczne zacznę chyba od swojej fizjonomii :D
Postanowienia na 2019? Żadne tam wielkie rewolucje, te chwilowo za nami. Teraz czas na kontynuację planu sprecyzowanego od ładnych paru lat. Zostały ostatnie dwa na ewakuację 
z betonowej klatki, może uda się szybciej. Trzymajcie więc kciuki :*
Tyle na początek. Wrócę za dni parę, słowo. Do spisania mam  sporo myśli, które bezustannie tłuką się pod kopułką nawet jak tak siedzę przy mojej turkoczącej Singerce, nic ich nie zagłusza. Żeby więc nie oszaleć tak do końca zamierzam bezczelnie i z premedytacją poobarczać Was nimi troszeczkę ;)
Tym, co są tu nadal przesyłam buziaków całe garście.
Dziękuję za Waszą obecność
Wasza A.