Obserwatorzy

piątek, 19 sierpnia 2016

Koń by się uśmiał...

W Janowie stadnina podupada, przejmuję więc hodowlę wierzchowców ;)





Myszy w stadninie też znajdą dla siebie ciut miejsca ;)




Do tego różowego kramu dokładam jeszcze ekstremalnie różowego misia




Po takiej dawce landrynkowego różu idę śnić na różowo...
W tym tygodniu dałam z siebie 300%, bolą wszystkie mięśnie... Praca twórcza przy stoliku potrafi wyczerpać prawie jak przerzucanie węgla łopatą ;) Radość jednak z tego wysiłku nieporównywalnie większa :D
Miłego weekend'u Kochani!

Wasza A.

sobota, 13 sierpnia 2016

O tym jak rozeszły nam się drogi...

Kiedy ktoś mówi, że od dziecka czymś tam się zajmował, brzmi to często dość banalnie. W przypadku mojej wielkiej miłości do igły i nitki muszę jednak i ja wyciągnąć na tapetę ten banał.
Tak, od dziecka uwielbiałam bawić się nożyczkami. Wycinałam namiętnie wszystko i we wszystkim. Nawet kwiatki w parasolu mamy. Dając mi nożyczki do ręki rodzice gwarantowali sobie tzw. święty spokój. Siadałam cicho w kątku i cięłam. Towarzystwo lub jego brak nie robiło mi różnicy. Co nacięłam, to składałam w jakąś nową całość. Z ogromną przyjemnością obserwowałam moją szyjącą mamę, podglądałam jak babcia dziergała na drutach, fascynowało mnie szydełko. Chłonęłam wszystko jak gąbka. Mając jakieś 7 lat stroiłam mojego ukochanego misia we własnoręcznie wykonane sweterki i porcięta. Na dyskotekę szkolną w podstawówce ubrałam się w kieckę, która zaskoczyła moją mamę. Nie wiedziała nawet kiedy to "cudo" zmajstrowałam. Ręcznie szyte po nocach, ręcznie obrzucane brzegi i stebnowany dół. Uwielbiałam przeróbki. Te pierwsze najszczęśliwsze nie były, bo np. skracając spódnicę, którą podkradłam mamie, dziabnęłam ciut za dużo i trzeba było kitrać ją po szafach, żeby mama nie dorwała ;) Pierwsza szyta z wykroju bluzka też jakimś cudem wykroiła się z dwoma lewymi rękawami, a materiału było na styk, więc lipa.
Pierwszy sweter udziergałam w wieku lat szesnastu. Wielki był, miodowo-kremowy z kwadratów łączonych na przodzie i z dwoma warkoczami biegnącymi po bokach. Czasem jakieś oczko zostało przegapione i trzeba było pruć kilka, lub kilkanaście rzędów, żeby wrócić i poprawić. Prułam i walczyłam dalej. Nie odpuszczałam sobie. Musiało być tak, jak założyłam  na początku pracy, bez niedoróbek. Jakimś cudem miałam do tego ogromne pokłady cierpliwości. Sama nie wiem skąd.

Podczas studiów, które z modą i szyciem nie miały nic wspólnego, czas w akademiku umilałam sobie dalszym dziubaniem ręcznym. Tak do drugiego roku, kiedy to obśpiewałam pierwszego Sylwestra w życiu i za zarobioną kasę zakupiłam swoją pierwszą maszynę szyjącą. Od teraz było nieco łatwiej ;)

Rodzinę katowałam ciągłym gapieniem się w telewizor i programem Fashion TV. Śledziłam pokazy mody jak zaczarowana. Marzyłam, że może kiedyś... Niekoniecznie mój własny dom mody, ale praca dla kogoś, kto w tym świecie coś znaczy. Armani, Dior... marki, które od lat niezmiennie stawiają na jakość przeliczając co do milimetra każdy szew. Bajkowe suknie, które tworzy Zuhair Murad. Patrzyłam, podziwiałam pracowałam nad sobą i swoim warsztatem, aż w roku 2001 pognało mnie za ocean. W NY wylądowałam w sierpniu z tym ogromnym marzeniem w sercu, ale z wiarą siebie zbyt małą, żeby przeć do przodu. Na gumowych kolanach przechodziłam obok namiotów przygotowanych na NY Fashion Week, który odbywa się tam jesienią każdego roku.  No i przyszedł wrzesień. Widok walącego się WTC został w głowie. Płacz ludzi na ulicy, strach, niepewność... Wszystko pozmieniało się w parę chwil. Nowy York już nie zachwycał mnie lekkością stylu. Jego mieszkańcy jak kolorowe ptaki już mnie nie fascynowali jak przedtem. Tacy sami ludzie. Nie ważne w czym na grzbiecie. Wszyscy tak samo przerażeni i niepewni. Bez znaczenia z jaką kasą w portfelu, jak dobrze odszytej kiecce. Wszyscy myślę czuli to samo przejeżdżając np. Brooklyn Bridge, czy aby coś znowu  się nie posypie...
Zwątpiłam w sens mojej obecności tam. Nie czułam się jak w domu. Decyzja o powrocie była szybka i bilansując moje kolejne lata zdecydowanie trafiona.
Później trzeba było ogarniać jakoś tę polską rzeczywistość, co często wychodziło mi dość kulawo, ale zawsze jakoś ;)
W międzyczasie dorastałam, obserwowałam i ludzi, i siebie. Układałam w głowie priorytety. W tej drodze do dnia dzisiejszego temat "moda" rozmył sie zupełnie. Widząc znajomych, którzy za drogie metki pokroić by się dali w plasterki, którzy za tą modą pędzą na oślep jakby luster w domu nie mięli doszłam do wniosku, że szkoda mi na to czasu. Czy na grzbiecie Dior, czy sweter sieci F&F  tak samo mój dzień trwać będzie 24h, a życie darowane jedno. Spędzanie godzin na tworzeniu stylizacji, śledzeniu trendów, pajacowaniu przed lustrem i robieniu min do "fejsbukowych selfików"- nie dla mnie. Szkoda życia. Odpicować się mogę na specjalne okazje, a na co dzień wygodne dżinsy, T-shirt, czy koszula. Więcej czasu zostaje na pracę-moją przyjemność. Na pamiątkę zostały mi jeszcze stare projekty. Może ktoś kiedyś zechce je zrealizować, ja idę stroić moje misie ;)









Zdecydowanie stawiam na  kolorowe szmatki, całą moją radość, którą chcę zostawić po sobie, kiedy przyjdzie zamknąć oczy na dobre,


Uściski weekend'owe!
Wasza niemodna Cottoni

wtorek, 9 sierpnia 2016

Jagódka.


Koniec lata to najpyszniejszy czas w roku. Jagody, maliny, jeżyny, śliwki,,, Wszystko świeże, pachnące i pyszne.
Podobno fioletowe owoce są najzdrowsze.  Wcinajcie je zatem w sporych ilościach :)

Dawno nie szyłam moich laleczek. Zapomniałam już jaka to przyjemność.










Ta panna Jagódka powstała na specjalne życzenie. Mam nadzięję, że spełni oczekiwania swojej przyszłej właścicielki ;)

Czas przy maszynie umilam sobie dodatkowo borówkami... praca twórcza sprzyja podjadaniu ;) Lepiej zatem wciągać coś zdrowego, bo inaczej koło ratunkowe wokół talii narasta w sposób niekontrolowany :D

Miłego dnia Robaczki
Wasza A.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Mimozy czas, jesieni czas.

Za oknami u mnie pola. Chociaż nadal nie mam szczęścia żyć w wiejskiej przestrzeni, to właśnie taki widok rozciąga się dookoła mojego bloku. Wylot z miasta, legnickie zadupie. Blokowisko niegdyś zamieszkiwane przez rosyjską brać. Okolica raczej mało atrakcyjna, ale od wielu lat dziko porastająca krzakiem, trawskiem i innym chabaziem. Dla mnie to plus. Dziki chabaź przykrywa namiętnie pozostałości po jakichś betonowych konstrukcjach, placu manewrowym i diabli wiedzą czym jeszcze. O te okolice miasto dba raczej umiarkowanie, chociaż należało by określić ten stan bardziej dosadnie... Zdecydoowanie, dzika zieleń sprawdza się tu jako materiał maskujący. To taka moja namiastka wsi. Gdybym miała widok z okna na okna drugiego bloku, pewnie już bym zwariowała dokumentnie. Tutaj mam trochę zielonej przestrzeni, której obserwacje pozwalają śledzić nadchodzące pory roku. Oznajmiam zatem wszem i wobec: Proszę Państwa, jesień w drodze! Jakbyście się przed nią nie bronili i nie zaklinali rzeczywistości skąpym odzieniem i czekoladową opalenizną, jesienny zapach w powietrzu już zaczął się unosić. Skąd wiem? Z żółtego koloru moich krzaczorów. Mimoza zaczyna kwitnąć, a "Mimozami jesień się zaczyna..." ;)
Dla mnie to czas kiedy myśl o Bożym Narodzeniu rozpoczyna swoje brzęczenie pod czaszką, Takie życie rękodzielnika ;)  Kto swoje ręce skalał kiedykolwiek pracą twórczą, ten wie ile czasu takowa pożera. Tu nie ma taśmy produkcyjnej, przyjaciół z Chin przykutych do maszyny, ani zatrudnionych podwykonawców. Dwie ręce, jedna głowa i doba niezmiennie 24-godzinna...
Cytując zatem siedmiu krasnoludków "Hej ho, hej ho, do pracy by się szło..."
Odliczanie świąteczne CZAS START!







Dzisiaj same męskie typy, bo po męsku właśnie trza  rękawy podwijać i do roboty się brać. Dzisiaj jeszcze chwila oddechu, a od poniedziałku do boju marsz :)

Miłej niedzieli życzę i buziaki zasyłam
Wasza A.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Ajć... znowu ten poniedziałek...

Jedna z zasad sukcesu brzmi:
"Nie patrz na poniedziałek, jak na początek kolejnego tygodnia ciężkiej pracy, ale jak na pierwszy dzień tygodnia zupełnie nowych możliwości"!

Wszystko zależy od naszego nastawienia, a pozytywną myślą można góry przenosić :)
Wkręcicie sobie jak Wam strasznie ciężko, że znowu trzeba tyrać i czekać z utęsknieniem na piątek, lżej Wam przez to nie będzie, wręcz przeciwnie.
Na każdy nowy dzień, każdy tydzień trzeba patrzeć jak na nową szansę, szansę nauki czegoś nowego, naprawienia popełnionych błędów, wyprostowania niedociągnieć.
Pamiętajcie też, że "Droga do sukcesu jest zawsze w budowie" i nikt za Was tej budowy nie przeprowadzi.Wszystko w Waszych rękach.
Zatem, witaj poniedziałku! :)
Uśmiech na twarz, podwinięte rękawy. Do dzieła Moi Mili!!!













Miłego, nowego tygodnia Robaczki! Wykorzystajcie go dobrze do ostatniej minuty ;)
Buziaki zasyłam!

Wasza A.

czwartek, 28 lipca 2016

No nie ma nudy!

Praca twórcza nigdy znudzić się nie może. Brak monotonii napędza, nakręca i pcha do przodu.
Nigdy nie wrócę za biurko do przewalania papierów. Nie ma takiej opcji ;)





Dobrze, że te kobyłki nie tupią kopytami, bo od paru dni ból głowy koszmarny... 
Ot, taki los migrenowca ;)

Miłego dnia Kochani
Ściskam!
Wasza A.

niedziela, 24 lipca 2016

Dom to żywe miejsce

Pałac, dom, czy mieszkanko w bloku, gabaryty i miejsce nie są najistotniejsze. Ilość pokoi i metrów jest zdecydowanie drugorzędną sprawą, bo przede wszystkim liczy się ciepełko i poczucie bezpiecznego dachu nad głową.Niezależnie od nakładów finansowych wspomniane ciepełko zależy od ludzi, którzy te metry zamieszkują i wypełniają swoją własną, wewnętrzną energią.
Można wydać fortunę na markowe mebelki, dodatki z najwyższej półki i ustawić wszystko według zasad feng shui, czy też pod dyktando i wzór wnętrzarskich pism i projektantów. Nadal najważniejszym czynnikiem pozostaje człowiek i to jakich ludzi do siebie i tego domu przyciąga.


Mój własny dom, a właściwie małe mieszkanko w bloku, nigdy żurnalowe nie było.
Walcząc z rzeczywistością samotnej matki cieszyłam się tzw. darami losu.Meblościanka po cioci (dość mocno rozkolibana), tapczan w kolorze wściekłej pomarańczy, któremu sama zmieniałam tapicerkę na jakiś bardziej strawny odcień, czy też zestaw mebli kuchennych z wyprzedaży w Castoramie, bo nic sensownie ustawnego nie mogłam znaleźć do mojej małej kuchni/klitki, a sprzęt na zamówienie był poza zasięgiem finansowym. Wszystko składało się jednak na mój własny, przytulny kąt, do którego z radością wracałam.
Czasem w kwestii ogarnięcia tych moich paru metrów ograniczał mnie czas, a w zasadzie jego brak. Praca, bywało że po 12h na dobę, ciagła gonitwa za własnym ogonkiem, żeby związać koniec miesiąca z początkiem. Wystrój nie zajmował mojej głowy, jak to, żeby mieć gdzie zjeść, gdzie się wykąpać i gdzie położyć na parę godzin snu.
Teraz tym bardziej radość sprawia mi możliwość pracy w domu i poznawanie dogłębne jego kątów. Teraz widzę co i jak chciałabym zmienić, przerobić, przemeblować. Codziennie mogę poświęcić chwil parę na przemyślenia odnośnie kolorów i materiałów, jakimi chcę się otoczyć, gdzie ma stanąć fotel, gdzie położyć poduszki. Zaczynam bawić się w dom :)

Duża poduszka  w kratę: IKEA
Miętowa poduszka w biały wzór: PEPCO
Szara lniana podszuka z napisem: COTTONI


Aktualnie jestem na etapie bieli i pasteli. Nie toleruję też w domu poliestrów i innych sztuczności. Bawełna, len i wełna, to są moje tkaniny.

Słój i butla z barwonego szkła: znaleziska/starocie
Mocno barwne akcenty zaczęły mnie męczyć. Dowód na to, że dom zmienia się, żyje wraz z człowiekiem. Pozbywam się nadmiaru rzeczy, chętniej na swoich półkach widzę umiarkowany minimalizm, niż bogactwo kształtów i kolorów. Do zbliżającej się wielkimi krokami czterdziestki planuję uporządkować wszystko zgodnie z moim wewnętrznym głosem i duchową potrzebą spokoju i harmonii.
Stopniowo wrzucać tu będę rzeczy, z którymi chętnie się rozstanę. Może przydadzą się komuś z Was. 
Rzeczy dostępne będą o tu: KLIK
Mam też trochę tkanin, których z pewnością nie wykorzystam, a mogą przydać się np. do nauki szycia.Tkaniny znajdziecie o tutaj: KLIK



Wianek pleciony z naturalnego lnu: COTTONI


Specem od dekoracji wnętrz nie jestem i do tytułu dekoratora nawet nie zamierzam pretendować. Mam jednak ogromną radość z dopieszczania metra po metrze. Pracy czeka mnie jeszcze dużo. Mój I. dzielnie maluje meble zamieniając ciemną zieleń na biel, ja doszywam powoli poduchi, siedziska i sasłonki. Będzie pięknie, bo po naszemu. Bez przepychu i nadęcia. Ciepełko jest już od dawna, resztę się doszlifuje ;)

Na tym koniec zwiedzania naszych czterech kątów. Mam nadzieję, że choć troszkę Wam się podobało.

Ściskam mocno dziękując za Waszą obecność
Wasza A.