Obserwatorzy

sobota, 23 kwietnia 2016

Zawód: RĘKODZIELNIK... czy to się opłaca?

Jakiś czas temu miałam ogromne szczęście zamiany hobby na pełnoetatowe zajęcie. Zawsze przerażała mnie myśl o prowadzeniu działalności gospodarczej, te wszystkie przepisy, papierki, zobowiązania... Temat wydawał mi się nie do ogarnięcia. Dzięki życzliwym osobom, wsparciu słownemu i duchowemu bliskich mi ludków, no i beznadziejnej sytuacji ekonomicznej i zawodowej zostałam jednak pchnięta w stronę własnego biznesu. Czy wyszło mi to na zdrowie? Wiele z Was,dziubiących, dziergających, wycinających i klejących nieśmiało swój własny świat według jakiejś artystycznej wizji zastanawia się nad podjęciem podobnego wyzwania. Od wielu z Was dostałam takie właśnie zapytanie: czy to się opłaca?  
Nie będę tu nikogo ani zachęcać, ani zniechęcać do zakładania firm. Postaram się jednak przedstawić temat z mojej własnej strony, a wyciąganie wniosków i podejmowanie decyzji to już Wasza broszka ;)

Zaczynając od minusów biznesowej strony:

1. Prowadzenie działalności generuje koszta. Przede wszystkim obowiązek opłacania składek ZUS. Owszem przy pierwszej działalności gospodarczej przez pierwsze dwa lata istnieje możliwość opłacania składki preferencyjnej, która aktualnie wynosi 465,28zł , ale należy pamiętać, że ten czas  jest czasem bezskładkowym dla nas samych. Co to oznacza? Przysługuje Wam prawo do świadczeń zdrowotnych, czyli wizyt u lekarza, z którymi zapewne sami wiecie jak jest (zwłaszcza wizyty u specjalistów... ). Często jak sami sobie nie opłacicie, to czekaj tatka latka... Zakładamy jednak, że jesteście w pełni sił i żadna cholera Was nie toczy.  Przy nagłej konieczności interwencji lekarza jesteście jednak ubezpieczeni. Minus? Te dwa lata nie liczą się do emerytury. Tu jednak "luz" totalny jak dla mnie, bo ja na świadczenia emerytalne w naszym pięknym kraju nie liczę wcale tym bardziej, że przy opłacaniu nawet pełnej składki ZUS po drugim roku działalności ( nieco ponad 1100zł miesięcznie) zakładając zdolność pracy do 67 roku życia,  emeryturka wyniesie jakieś 630zł miesięcznie, czyli żyć nie umierać ;) Należało by zatem odkładać coś na przyszłość, sęk tylko w tym, że nie bardzo jest z czego.
Jest jeszcze koszt prowadzenia księgowości ( jakieś 100-150zł miesięcznie). Do tego doliczamy jeszcze koszt materiałów, podatki, media, paliwko, ewentualna reklama... Jeżeli po tych dwóch latach z preferencyjną opłatą zamkniecie lub zawiesicie działalność (zawiesić można na 24 miesiące) i postanowicie zarejestrować się w PUP niech nie zaskoczy Was fakt, że zasiłek dla bezrobotnych wcale Wam nie przysługuje. Dla prawa do zasiłku należy  opłacać ZUS w pełnej kwocie.

2. Czas to pieniądz... niestety twierdzenie mocno prawdziwe i mimo, że zakochania w pieniądziu nie odczuwam, to nie da się uniknąć przeliczania godzin na monety. Praca rękodzielnika polega na dziubaniu wielogodzinnym i pytanie ile kosztuje Wasza godzina pracy, a ile jesteśmy w stanie otrzymać za wytworzoną przez nas rzecz. Na moim przykładzie, jedna zabawka tworzona przez jakieś 8h kosztuje w granicach 100zł, co wielu osobom wydaje się być próbą zdarcia z nich skórki. Czy to uczciwa i godna zapłata za rzecz niepowtarzalną, dopieszczoną, wychuchaną i naładowaną masą pozytywnych uczuć? Raczej nie.Sam fakt, że praca jest indywidualna i unikatowa w każdym innym kraju opłacany jest sowicie, nie tutaj. Tu wszystko ma kosztować najlepiej 5zł. Czy da się brzydko mówiąc wyciągnąć od klientów  więcej? Uderzając w inny przedział klienteli pewnie tak, co jednak generuje kolejne koszta: elegansie opakowania produkowane na zamówienie, droższa reklama, żeby dotrzeć do takiej grupy osób, no i minimalizujemy odbiór pod względem ilości. Dla kogoś, kto ma milion pomysłów na minutę rozwiązanie jednak słabe. Ja osobiście wolę, żeby moje "dzieci" leciały w świat zwalniając miejce kolejnym i nie siedziały miesiącami na półkach w oczekiwaniu na mocno majętnego odbiorcę.

3. Praca rękodzielnicza pochłania wiele godzin, ale dodatkowo trzeba pracować nad zbytem, czyli odpowiadać na wiele wiadomości (niezliczoną ilość takich, która nie przynosi zupełnie nic, a czas zabiera... ). Masa osób zamawiających nawet drobną rzecz potrafi zachowywać się tak, jakby podejmowała decyzję o kupnie wymarzonego domu. Wiadomości ciągną się kilometrami, a może to, a może tamto, a może jednak siamto... "No i niech mi Pani wyśle zdjęcia wszystkich swoich tkanin, to ja wtedy może coś wybiorę... " Tego typu prośby należą chyba do moich ulubionych ;) Nie bądźcie też zdwieni besztaniem przez klientki, które po wysłaniu wiadomości oczekują natychmiastowej odpowiedzi.No bo przecież firmę Pani ma to i ludzi do roboty, no i ktoś powinien siedzieć przy tym zasr... komputerze i korespondować na bierząco. Klient nasz pan, no nie?!  Niektórym wydaje się też, że to co robicie jest jak bułeczka w piekarni, czyli gotowe na już. Jeżeli więc zdecydujecie się na prowadzenie działalności radzę zacząć hodować skorupkę duchową już dzisiaj, żeby niektóre szczerze i niewybredne opinie na Wasz temat bolały choć trochę mniej. Niektórzy nie rozumieją zupełnie, że jesteś człowiekiem w jednej osobie i z jedną parą rąk. Jak dziubiesz właśnie z pochyloną główką swoją skromną twórczość, żeby jakoś opękać kolejny miesiąc, to nie jesteś w stanie być w tym samym czasie przy kompie...

Podsumowując te trzy główne punkty mamy stosunek czasu do pieniądza, czyli naukę prostej matematyki. Mój osobisty przypadek: 8 godzin na zabawkę= przychód 110zł - koszta wszelakie. Pracując 5 dni w tygodniu po te 8h mamy przychód w kwocie 2200zł. Od tego zaczynamy odejmowanie opłat  i zostaje nam iść i żebrać pod kościół. Są też dni kiedy nie pracuje się wcale, bo np. sprawy rodzinne pochłonęły czas cały, bo choroba rozłożyła Was na łopatki itp. Przy własnej działalności nie ma płatnej opieki na dziecko, nie ma chorobowego ( nie wierzcie w świadczenie chorobowe od ZUS- to bajka dla niegrzecznych dzieci...) nie ma też płatnego urlopu. Tutaj ile wypracujecie z dnia na dzień, tyle Wasze. Przy własnej działalności tego typu nie ma co więc skakać z euforii przy miesiącu kiedy zaliczacie finansowy złoty strzał, ale myśleć perspektywicznie i rozkładać finanse najlepiej w kontekście całorocznym. Rozwiązanie? Nie pracujemy 8h, ale dwa razy tyle. Dziubanie na okrągło, brak czasu na życie towarzyskie, opcje wakacyjnego obijania się marne. Zasypiam z myślą o moich zabawkach i budzę się często z nitkami we włosach, albo wypchanymi łapkami pod poduszką. Praca jest ze mną wszędzie i praktycznie o każdej porze. To jednak nie jest problem, bo kochamy się z wzajemnością, a typem do psiapsiółkowania też nie jestem, więc za kawkami i ploteczkami nie tęsknię. Mogę tak spędzić życia resztę, bo najcenniejsze jest dla mnie poczucie spełnienia.

Tu właśnie przechodzimy w stronę plusów :)
Dlaczego robię to co robię mimo małej opłacalności finansowej? Bo szczerze to kocham! Nie wyobrażam już sobie życia bez moich myszy i miśków. Każdy kolejny uszyty przywołuje następnego.  Nie ma nudy, o nie. Na etat więc wrócić nie mogę i bardzo bardzo nie chcę. Nawet jeśli praca na etacie może być jakimś rozwiązaniem dla opłat ZUS. Wracamy wtedy jednak do punktu CZAS. Nie da się wrócić po 8h tyrki u kogoś i zająć pracą twórczą w wymiarze wystarczającym potrzebom duchowym. Albo jedno, albo drugie. Tym bardziej, że jest jeszcze dom, rodzina i nic samo się nie zrobi... Ja pozostaję przy swoim. Nie jestem i nie będę milionerką. Nie będę stosować półśrodków i obniżać jakości dla zminimaliowania kosztów i oszczędzenia czasu.Nic wbrew sobie.  Jest na rynku obecnie masa również polskiej chińszczyzny i mam ambicje wyrózniania się jakością na jej tle. Czas zweryfikuje wszystko. Mam ogromną przyjemność z mojej pracy i przetrenowaną latami zdolność wybijania sobie z głowy zbędnych potrzeb i wydatków. Unikam osób zaznaczających swoją przynależność do wyższej kasty, chociaż poznałam też parę cudownych istot, które mimo wypracowania wysokiego statusu nie kłują w oczy metkami drogich sklepów i zachowując ogromną klasę nie zadzierają d... wyżej niż głowy. Takim jeszcze z przyjemnością poświęcam resztki mojego wolnego czasu, lub przynajmniej tzw. międzyczas. Im natomiast nie przeszkadza mój stosunek do forsy. Ja sama też już pogodzona jestem z faktem, że na tym dziubaniu to się raczej nie dorobię, no może garba jedynie ;) Czy Wy powinniście zakładać firmę? Nie wiem i nikomu nie jestem w stanie powiedzieć, co powinien zrobić. Wszystko zależy od tego jak macie poustawiane priorytety, na czym Wam najbardziej zależy. Ja odkąd realizuję swoją pasję jestem spokojniejsza, szczęśliwsza. Nie mam wrednego szefa nad głową, nikogo za pracę w pierścień całować nie muszę. Zależę od siebie i swojego zaangażowania. Jeśli coś spieprzę, niedopilnuję, to sama siebie z tego rozliczę najskuteczniej. Można szukać sposobów na rozwinięcie biznesu, jeżeli ktoś przede wszystkim jako biznes to traktuje. Można sprzedawać produkty gotowe, można jakiejś babci rzucić worek czegoś do dziubnięcia za parę groszy, a później puszczać to w obrót jako Wasze. Tylko czy o to tu chodzi? Moje Cottoni to mój sposób na życie, sposób może bardziej na przetrwanie, ale w zgodzie pełnej z moim wewnętrznym ja. Moje zabawki powstają w moich rękach, moimi łapami są pakowane i dostarczane na pocztę. Nie jestem wielką bussinesswoman, jestem Anka- autorka-mama misiów, lalek, myszy i zajęcy, które wierzę, że wywołały usmiech na wielu małych buziach. Kiedy zniknę ja, zostanie po mnie coś  cenniejszego, niż okragła sumka na koncie... Warto było ;)  







Pozdrawiam gorąco wszystkich twórców zapaleńców ;)
Wszystkim niezmiennie dziękuję za obecność i życzliwość.
Ściskam mocno!
Wasza A.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dobre miejsce

Jestem jestem, jeszcze dycham ;) chociaż, po absencji w blogosferze można by mieć pewne wątpliwości.
To nie zawiecha twórcza, ale za dużo wszystkiego, co sama sobie na garba tradycyjnie wrzucam. 
Poza tym jak melodii do pisania brak, to lepiej zamilknąć na czasu trochę i poczekać cierpliwie, aż ta melodia znowu w duszy zabrzmi, nie robiąc nic na siłę.

Naplanowałam  ostatnio masę rzeczy, ale zmęczenie  materiału dało znać o sobie i plany trzeba było zweryfikować konkretnie. Dla poukładania myśli, wyklarowania wizji bliższej i  tej dalszej przyszłości desperacko potrzebne mi były wakacje. Nie tylko mi oczywiście, bo moja druga połowica też zarobiona pob czubek kokardki. Zasłużyliśmy na oddech.
Urlopować się w tym roku nie będziemy, więc tym bardziej chwila dla nas była potrzebna. Postawiliśmy przede wszystkim na zmianę powietrza. Zawartość siary i ołowiu w naszym miejskim klimacie trzeźwemu myśleniu i odpoczynkowi nie  sprzyja. Wybraliśmy więc miejsce w tlen bogate i spokój... bo tylko spokój nas może uratować ;)
Kurortów nie lubię, lansowania się w wielogwiazdkowych hotelach też nie, więc wybór był jasny: agrorturystyka w jakimś malowniczym zakątku. Poszukiwaniem miejscówki zajął się I. ,ale jak tylko rzuciłam okiem na zdjęcia domku z malowanymi na niebiesko oczami/oknami, szybko pisnęłam " O tam jest ładnie!!!". 
Ładnie było, ba! Bardzo ładnie było, co choć kilkoma fotkami spróbuję Wam przekazać.
Zaznaczam też na wstępie : NIKT MI ZA REKLAMĘ NIE PŁACIŁ. To ja chętnie dała bym dużo, żeby jak najszybciej wrócić w to miejsce. Tym bardziej, że od powrotu organizm już mi się broni i bólem głowy alarmuje "Uciekaj stąd, to nie życie dla ciebie!".
Nie naganiam Was też do wyjazdu, bo to, co mnie oczarowało, dla innych wcale czarujące być nie musi. Postaram się jednak moimi kulawymi słowami opisać miłe mi obrazki i uczucia. Co z nimi zrobicie, Wasza wolna wola ;)

NAD HORYŁKĄ... link znajdziecie pod postem. Miejsce stworzone przez przemiłą parę, która usmiechem wita na progu, ale jeśli nie życzycie sobie w Wasze chwilowe bytowanie w ich domu ingerować wcale nie będą. Owszem są tuż obok, w razie czego służą i radą i pomocą, ale nie wiszą nad człowiekiem i nie kontrolują każdego ruchu. Można czuć się swobodnie. Umiejętność przemykania po angielsku mają opanowaną do perfekcji :)  Starą bieszczadzką chatę bardzo zgrabnie doprowadzili do stanu pełnej używalności. Z opowieści jednak ich samych i przyjaciół, których na miejscu mięliśmy przyjemność poznać, początki różowe wcale nie były. Dla tego klimatu pożegnali Warszawę. Nie jest to jednak para miejskich popierdółek, które po podjęciu decyzji przeprowadzki  z dużego miasta dały by się przygnieść wiejską rzeczywistością, co to, to nie. Byka za rogi ewidentnie chwycili dziarsko i puszczać wcale nie zamierzają. Team z nich naprawdę zgrabny i uzupełniający się nawzajem idealnie, miło popatrzeć, serio. Nie użalają się, że ciężko, nie miałczą, że roboty dużo. Wręcz przeciwnie, robią swoje z przecudownymi usmiechami na ustach. Z fajnych ludzi dobra energia bije na kilometr, takie pozytywne promieniowanie ;) Dla nas osobiście są kolejną cegiełką motywacyjną do opracowania strategii ucieczki na nasze zadupie. 


Mimo, że ziemia bieszczadzka dopiero powolutku budziła się do życia po zimie, już było pięknie. Nawciągaliśmy się tego wiosennego powietrza w płuca i mordki do słońca wystawiliśmy na długi czas, zbyt długi nawet. Ja osobiście przez pierwsze dni wyglądałam jak rasowy turysta z Niemiec po paru solidnych browarach- czerwień idealna :) Na szczęście szybko zmieniłam odcień, skórę na nosie też ;)
Leżakowaliśmy błogo jak pensjonariusze sanatorium rozmawiając godzinami, marząc o dobrych zmianach i zasłuchując się w cudne, pszczele basso continuo dochodzące z pobliskich uli.  Jeżeli taki jest tam początek sezonu, to kiedy wszystko będzie w pełnym rozkwicie... ech... marzenie-skrawek raju. Uwielbiam takie miejsca. Tam nawet psy chodzą uśmiechnięte, a najbardziej uradowana jest chyba Zuza, totalnie urocza  kundelka, mieszkanka tego domu. Psie przyjaźnie nawiązaliśmy jednak z niemal połową pobliskiego zwierzyńca. Wystarczył jeden spacer  przez wieś i nawiązanie serdecznej znajomości z Pankracym, który oprowadził nas po okolicy zapraszając do towarzystwa inne psy sąsiadów. Cóż, musieliśmy wyglądać dość specyficznie maszerując drogą z siedmiomia podskakującymi radośnie kumplami ;) Wygłaskałam psie łebki za wszystkie czasy. Musi wystarczyć na długo, zanim stworzymy sobie warunki dogodne dla posiadania własnego czterołapa... 

Znaleźliśmy tam wszystko to, czego do szczęścia nam trzeba. Cisza, spokój, ciepły duchowo klimacik, dom z duszą i pięknie zielone dywany dookoła. Tego szukamy my. Jeżeli Wy też, to szczerze polecam. Dom mimo leciwego wieku jest czysty i pachnący.  Zwierzaki są, ale nauczone, że w części mieszkalnej udostępnianej gościom bez wyraźnego zaproszenia błąkać  się nie wolno. Kocurki biegają po łące i siedząc na werandzie przy posiłkach aż miło patrzeć na ich  harce. Nie są jednak nachalne i nikt mordki do talerza nieproszony nie pakuje. To tak informacyjnie z naszej strony. Jeśli macie pytania  zapewne właściciele chętnie opowiedzą, bez ściemniania i czarowania. Paniusiom i dziuniom w "la butenach" odradzam wycieczkę. Totalnie brak publiczności podziwiającej Wasze wdzięki, no i "la buteny"  zapadną się w gruncie. To kawałek świata dla zwolenników konkretnego obuwia do leśnych wycieczek, kaloszków kiedy trochę kapie z nieba,no i stóp bosych  z radością gmyrających paluszkami w trawie :)









Na koniec powiem jeszcze tylko , że wszędzie były biedronki, które zawsze przywodzą mi na myśl jeden z moich ulubionych filmów " Pod słońcem Toskanii" :)

Zaciekawiłam? Zachęciłam? Jeżeli tak, klikajcie o tu: Nad Horyłką

Ja dzisiaj się odmeldowuję i gnam do swoich obowiązków.
Dziękuję, że mimo mojego ociągania jesteście tu nadal. Moc uścisków dla Was!

Wasza A.


piątek, 12 lutego 2016

Miłość jak gorąca czekolada...

Wielkimi krokami nadciąga kolejne święto. Dla jednych bzdurne, dla innych urocze. Niektórzy zarzucają mu obce pochodzenie, inni nie zarzucają mu niczego tylko łapki zacierają, bo okazja się zbliża do wyznań, randeczek, buziaków i słodkich słówek. No i dobrze. Fajne to święto, zwłaszcza jeśli ma się z kim świętować.  Fajne, jeżeli jest ktoś, kto to miłosne świergotanie odwzajemnia i nawet po wielu latach w związku niczego durnego nie widzi w paru miłych, wspólnych gestach.
Niestety, tak to już jest, że dla niektórych to jedyna okazja do tego typu wyznań, darowania i otrzymania drobnostek w postaci kwiatka, czy pralinek. Niby takie nic, a cieszy. Brak zupełny jednak zdołować może dość mocno, zwłaszcza, że zdecydowana większość związków od tych właśnie słodkich słówek, kwiatków i czekoladków się zaczyna, żeby póżniej zdechnąć  w rozpaczliwym obrazie szarej codzienności. Czy tak być musi? Wcale nie. Tylko od nas to zależy, no i od tego jak bardzo zależy jednej i drugiej stronie ;)  Słyszałam jednak, że miłość to ciągła wojna, w której wygrywa ten, komu zależy mniej... Szkoda, że tak jest. Mój wrodzony romantyzm i niepoprawny optymizm każą mi jednak wierzyć, że są takie pary, którym przeciąganie liny jest obce, które dbają o siebie nawzajem w absolutnie równym stopniu, które w ogień by skoczyły za sobą bez chwili zastanowienia. Takiej miłości zawsze szukałam i liczyłam na to, że taką dostanę, bo sama takową mam do  zaoferowania. Na nic zdawały się matczyne nauki, żeby facetowi 100% siebie nie dawać, nie starać się zanadto, nie pokazywać jaka jestem pracowita, zaradna, ile potrafię. Ja kudłata durnowata zawsze tonęłam w miłości, żeby po jakimś czasie stwierdzić brak dopływu tlenu. Kiedy już wynurzałam się na powierzchnię okazywało się, że dookoła nic tylko suchy piach został i na nim w stronę wyjścia skierowane ślady stóp tego, co tak pięknie o miłości opowiadał....
Tak sobie ostatnio myślę, że początki są zawsze takie same. Sama słodycz, cukier i lukier. Jakby piło się 24 godziny na dobę gorącą czekoladę z piankami na dokładkę. Serce rozgrzane, oczy błyszczą jak u ćpuna tym cukrem odurzonego, a stopy zdają się unosić nad ziemią jak te pianki w kubeczku. Cały czas takiego słodycza pić się nie da.Cukrzyca gwarantowana, albo solidnie mdłości przynajmniej ;)
Nie wytrzymała bym z facetem, który na okrągło by mi kadził, wierszem gadał i jak w obraz patrzył, o nie. Wolę takiego, który popisówek na początku nie odstawia, ale i z upływem czasu nie zapomina, że jestem kobietą. Takiego, w którego oczach mogę się przejrzeć i widzieć, że to na mnie do końca swoich dni chce patrzeć, że dla niego mimo kąsającego nas zęba czasu ciągle jestem ładna i jemu najbliższa. Niech zamiast tej słodkiej jak ulepek czekolady podaruje mi herbatkę z malinami, czasem pikantną z imbirem, czasem z odrobiną kwasku cytrynowego, bo w relacjach damsko męskich róznorodność jest cholernie ważna. Niech mi jednak w tej herbacie cukru nie odmawia, bo obojętność ze strony faceta jest jak gorzka pieruńsko herbata. Ja lubię słodką, tak dwie łyżeczki max. Gorzką to na ból brzucha mogę pić, ale nie codziennie i nie do końca życia! Tym bardziej, że czasem może się okazać , że z tej herbacianej torebki to już niejeden kubek zaparzono, a nam została tylko woda zabarwiona na mało ciekawy kolor...
Nie akceptuję gorzkiej herbaty, ani popłuczyn po takiej parzonej latami dla kogoś innego.
Takiej miłości chcę, która wierzy we mnie i nie kalkuluje, bo ja na swoją stronę przeciągać niczego nie umiem i nie chcę się nauczyć. Takiej miłości potrzebuję, która poznać mnie będzie chciała do potrzewki i zapomni o wszystkich złych doświadczeniach, które były gdzieś tam kiedyś z kimś innym. Za taką miłością nawet na koniec świata mogę iść!
Ja mimo swoich paskudnych doświadczeń, nawet takich, które nie tylko duchowe siniaki zostawiły, nigdy nie powiem, że wszyscy faceci to świnie. Są na świecie dobre, ba! nawet bardzo dobre chłopaki, spotkania których Wam życzę :) Chłopakom też życzę kobiet szczerych, kochających i uczciwych. Nie wszystkie kobiety to lafiryndy, które tylko ustawić się chcą za Wasze pieniądze, złapać Was na dzieciaka i doić alimenty, czy szarpać Wasze majątki. Czasy mamy paskudne dla związków, bo rozpadają się rodziny i z prawa, i z lewa. Z okazji tegorocznych Walentynek życzę Wam jednak ogromnej wiary w miłość i wytrwałości w jej poszukiwaniu. Nawet jeśli ta prawdziwia ma się przytrafić pod koniec ziemskiego żywota. Jeden choćby dzień z taką w sercu, trzymającą Was mocno za rękę, cenniejszy jest niż całe życie z bezbarwnym substytutem uczuć.
SZCZĘŚLIWEGO DNIA WALENTEGO!



Wasza A.
P.S. Tak tak, miało być rozdawanko w okolicach wekend'u, ale się nie wyrabiam.... ot taka moja tradycja jak widać... Na własny pogrzeb też pewnie spóźniona się zjawię ;) Pracuję jednak nad tym i słowo daję, że będzie po co stanąć w kolejce ;)

wtorek, 2 lutego 2016

Trzydzieści osiem.


Tak tak, 38  to rozmiar mojego obuwia, przynajmniej w zdecydowanie większej jego częsci. Nie o obuwiu jednak dzisiaj będzie, przynajmniej nie głównie. Te trampelówki ze zdjęcia powyżej to mój urodzinowy gifcik od I. :) Do tej marki przekonała mnie moja nastoletnia mysz, chociaż ja markowa nie jestem i metki obchodzą mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Nie widziałam sensu wydawania paru stówek na trampki. Ostatecznie jednak przechodzę na stronę "Conversowców" potwierdzając, że takie zwykłe to one wcale nie są ;) Tym bardziej, ze prezent mogłam sobie sama wybrać, zdecydowałam więc, że mój kolejny roczek życia jeszcze taki poważny, garsonkowo stateczny i zdziadziały nie będzie hehe...
38 wiosen... kiedyś myślałam, że na tym etapie życia to człowiek już do bólu poważny się robi i co tu dużo gadać, stary już jest i tyle. Okazało się jednak, że po dwudziestce czas zaczął tak gonić, że do własnego wieku nie było kiedy się przyzwyczaić.
Niektórzy z upływem czasu mają spory problem, ja go jednak lubię i doceniam. Zmienność wszystkiego, przypływy i odpływy, nowi  ludzie, ciekawe znajomości i ja coraz bardziej świadoma siebie, łatwiej akceptująca  niedoskonałości, znająca mocne moje strony. Pozwalam sobie na więcej spokoju, cierpliwości też mam więcej i szczerze mówiąc czekam na magiczną 40, bo odfajkowując swoje 38 już czuję się na tym świecie dużo pewniej niż wtedy, gdy byłam zakompleksioną małolatą.
Plany na najbliższy rok? Dużo pracy (którą lubię ogromnie), dużo miłości (którą nareszcie po wielu latach strzelania kulą w płot otulić się  mogę po czubek głowy nawet w najbardziej mroźny dzień) no i książka, która w głowie kompletna jest i ukończona od pierwszej po ostatnią stronicę, ale w  fizycznej swojej postaci utknęła na drugim rozdziale.
Co do blogowych planów to muszę się wziąć ostro do roboty. Trochę tu przysnęłam ze wszystkim i dawno z Wami nie rozmawiałm, przepraszam. Zaplanowałam dla Was troszkę DIY. Najbliższe będzie ze wspomnieniową tablicą korkową :) Mam nadzieje, że przypadnie Wam do gustu,
Przygotowuję też dla szyjących cykliczny KURS STARANNEGO SZYCIA. Wiele osób walczy aktualnie przy maszynach do szycia, bo pożyteczne to i modne się stało ostatnimi czasy. Pokaże więc jak wykańczać detale i nie straszyć na zdjęciach cellulitem w zabawkach, szwach łapanych na okrętkę, czy nitkami wyłażącymi z każdej strony. Zainteresowani? ;) Jeżeli macie jakieś problemy z wykończeniówką, którymi chcecie, żebym zajęła się w pierwszej kolejności, to śmiało piszcie.

Z okazji moich urodzin będzie też prezent dla Was, dawno też tu nic z cukierków nie było... Z rozdawajką wpadnę na blogosferę w okolicach weekend'u, a teraz lecę się urodzinować. Mam na to całe dwa ni,taki bonus od losu, bom rodzona dnia drugiego lutowego, a w papierach 3 luty. Taki drobny błąd, którego komuś nie chciało się prostować.
Buziaki dla Was zasyłam urodzinowe i tortem czekoladowym uciapane (słodki, że aż mordkę wykręca...;)

Wasza A.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Poświąteczny...

Post poświąteczny z głębokim "uuuuuffff" w tle...
Z jednej strony dobrze, że już po, ale z drugiej... szkoda, że tak szybko zleciało...
Tyle pracy, biegania, szykowania, niepotrzebnych nerwów i ostatecznie przymusowej nauki odpuszczania tego, od braku czego świat się nie zawali.
Mój nie zawalił się z powodu braku uszek w barszczu. Nie dałam już rady. Mimo najszczerszych chęci i ciągłego wyliczania sobie czasu, w czasie wcale się nie zmieściłam. Wspominanych w poprzednim poście zasłonek też nie było, obruska nowego nie było i paru jeszcze innych zaplanowanych zadań do wykonania nie udało się zrealizować. Mimo to świat jak się kręcił, tak kręci się nadal, a świąteczne dni przeleciały szybko jak szczypany w ogon koliberek, frrrruuuu i tyle.....
Pracą przedświąteczną tak dałam sobie w kość, że zgodnie z przewidywaniami po Wigilijnej wieczerzy padłam i cały kolejny dzień do życia nie nadawałąm się wcale. Mój I. ratował mnie co chwilę miętową herbatką, barszczykeim i sama nie wiem czym jeszcze, Organizm odmówił współpracy bynajmniej nie z powodu przeżarcia.
Lodówkowe półki dzisiaj jednak już opróżnione ze świątecznych frykasów ( pierogi z grzybami mojej mamy- delikatne, koronkowe, pyszne.... swojska szyneczka-krucha, obłędnie pachnąca dymkiem z wędzarni...) Został nam zapach pierników i cytrusy w sporej ilości. Dzisiaj koniecznie lekki obiad i wracamy do pracy ;)


Pierniczki ze zdjęcia powyżej zakupiłam na zamku w Łomnicy, a ich autorką jest Pani Agnieszka, do której namiary znajdziecie na blogu o tu: KLIK
Wykonane jak sądzę techniką szablonową, piękne prawda?
Kolejny, ręcznie dekorowany przez mega zdolną Panią Magdalenę Topolanek, zachwycił mnie już na zdjęciach, które znalazłam na jej FB stronie. Musiałam więc koniecznie nabyć takie cacko dla siebie :) Namiary do Pani Magdaleny o tutaj: KLIK


Prezentami pochwalę się cząstkowo ;) Są słodkie , pachnące i cieplutkie:


Jest i coś do poczytania w dzień pochmurny:


...a jakąś chwilę wcześniej zafundowaliśmy sobie przedświąteczny gifcik w postaci uszatego przyjaciela :)


Idealny fotel do czytania, artystycznego dziubania i krótkiej drzemki hehe...  ;)
Leniuchowania jednak już dosyć. Czeka na mnie pewne stadko do wykończenia.
Cześć pracy Rodacy!


Buziole pachnące pierniczkami!

Wasza A.

czwartek, 24 grudnia 2015

Na ostatnią chwilę...

Wesołych Świąt!

P.S. Nawet zasłonek nie dałam rady już uszyć... Cóż... szewc bez butów najwyraźniej chodzić musi ;)





Ściskam i zmykam pchać w boczki ;)
Tak jestem wypompowana, że chyba po dwóch pierogach padnę plackiem na stół hehe

Wasza A.

środa, 9 grudnia 2015

Kawa na ławę...

Mam taki problem. Chyba poważny. Tak tak, zdecydowanie poważny. Problem z uzależnieniem niestety.
Podobno jednak ten krok, przyznanie że problem się ma, jest najważniejszy w leczeniu uzależnień.
Proszę Państwa, ja wszędzie widzę białe myszki!
Opanowały dom, każdy jego kąt. Ciągną się za mną gdziekolwiek się wybieram.
Nic dziwnego w sumie. Już od dawna wiem, że przy zwiększonym spożyciu pewnych trunków myszki można zobaczyć. No a u mnie się spożywa, a jakże. W czasie przedświątecznym szczególnie.
Kawa za kawą, kawę kawą popijam. Do momentu, aż któraś z powiek nie zacznie nerwowo podskakiwać jakby chciała powiedzieć "Wariatko, skończ z tą kawą i daj sobie odpocząć!" . Łykam więc magnez, czasem dwa , szukam czegoś do popicia  i popijam... kolejną kawą... Błędne koło.
Z wiekiem niby snu mniej potrzeba, a jednak 5h na dobę to jeszcze dla mnie za mało. Nie mogę się doczekać kiedy zestarzeję się na tyle, że bez bólu o czwartej nad ranem wstawać będę i nareszcie może 100% planów i zamierzeń uda mi się zrealizować. Oby tylko patrzałki wytrzymały i rąk telepawica nie dopadła zbyt silna.
Czas przedświąteczny, pracy dużo, chociaż piniądzów dalej nie widać hehe, ot i rzeczywistość rękodzielnicza :P
Co zamówione do 17 grudnia będę rozsyłać, a później czas dla mnie. Do pomalowania stół, do uszycia zasłony, nie wspominając już o konieczności gruntownego sprzątania. Jeśli ktoś z Was jest mocno w temacie malowania mebli farbami kredowymi, to chętnie skorzystam z podpowiedzi. Nie bardzo wiem jak się do tego zabrać, tym bardziej, że mebelek w dwóch kontrastowych kolorach jest, a biały ma się stać z delikatnym efektem postarzenia ( w razie czego podeślę zdjęcia do wglądu).



Jedna z ostatnio widzianych w mojej pracowni gryzoniowatych. Te szaro-różowe wdzianka lubię chyba u nich najbardziej :)
W mieszkaniu też chętnie otulam się aktualnie  w szarości i biel. Na zasłony zakupiony śliczny len ( nie cierpię sztusznych tkanin, brrrr ). Ściany zostały pobielone, parę starych gratów szykuje się do wyfrunięcia, a w ich miejsce pojawiło się nowe spanko  (też kryte lnem :) ) i komoda. Jeszcze tylko to pozostałych mebli malowanie i wykańczanie całości. Pokażę jak będzie gotowe ;) Oby święta nie zastały nas w połowie roboty, ech... Mam niestety skłonność do przeładowywania  każdego dnia planami. Zazwyczaj też okazuje się, że plany sobie, a życie sobie... Robię jednak co mogę, żeby każdy ciągnący się za mną ogon jakoś ogarnąć ;)




Laluszka też chętnie ubrała się w szaro-różowe wdzianko. Mam nadzieję, że nowej właścicielce przypadnie do gustu,

Jeszcze tylko  miś romantyczny w kolorze koralowego różu i spadam kontynuować walkę z czasem:




Miłego środka tygodnia :)
Buziaki zasyłam!

Wasza A.