Obserwatorzy

sobota, 11 lutego 2017

Poranki pewnej Anki


W sumie to nie wiem, którą porę dnia lubię bardziej.  Wieczory, kiedy wszyscy domownicy są już pod jednym dachem, lubię za to powolne wyciszanie dnia, aż po sen spokojny. Człowieka taka błogość dopada, kiedy poogarnia, co miał do ogarnięcia i zmęczony, ale spełniony kładzie się u przyjaznego boku. Takie poczucie dobrze wykorzystanego dnia ja osobiście bardzo sobie cenie.
Poranki też bardzo lubię, bo zupełnie inna energia w kościach i duchu jest wyczuwalna. Poranna kawa w dłoni, a w głowie myśl, że oto dzisiaj właśnie świat mogę zawojować. Zmienić mogę to i tamto, ruszyć naprzód, pokonać co niepokonane i być lepszą wersją siebie z wczoraj. Obie pory dnia mają w sobie coś szczególnego. Nad środkami muszę jeszcze popracować, bo okropnie brakuje mi wspólnych obiadów przy jednym stole. Coś muszę wymyślić, żebyśmy tak strasznie od świtu do nocy nie biegali osobno... hmmm...
Śniadanko dzisiaj zacne, chociaż bez bicia przyznam się, że nie za często takie bywa. Przeważnie wychylam ten kubek kawy i lecę podbijać mój świat. Żołądek budzi mi się dopiero tak po godzinie w porywach do dwóch i wtedy  dopiero jest w stanie przyjąć jakieś papu. Wiem, niezdrowo i nikomu nie polecam takiego trybu życia. Postaram się poprawić również ten stan rzeczy, może od dzisiaj właśnie ;) Aktualnie śniadanko okazało się koniecznością, bo z nim w parze idzie spora garstka prochów. Tak się bowiem dziewczynka leczyła pięknie, że wyhodowała sobie zapalenie oskrzeli :( Siłą rzeczy trzeba było więc zwolnić. Zapalone oskrzela to już nie przelewki, antybiotyk przyjąć musiałam i uczciwie położyć zadek do wyrka też. Nie ma jednak tego złego, co na dobre by  nie wyszło, popracuję więc nad zmianą nawyków śniadaniowych i nad czymś jeszcze... nad pracą z kalendarzem. Ot taki ze mnie typ artystyczny, niepokorny, co zegarka nie nosi, w kalendarz nie zagląda zbyt często i żyje sobie trochę ponad czasem ;) Czas jednak to zmienić, przystosować się społecznie nieco bardziej. Na czas żyją wszyscy dookoła, czas na pieniądze przeliczają, gonią do przodu kiedy ja ciągle z tyłu... Może troszkę ich dogonię jeszcze :)
Od dwóch dni biorę w łapę uczciwie ten kalendarz nieszczęsny i planuję dzień po dniu co do zrealizowania. Łatwiej jakoś ogarnąć te plany kiedy na papierze zostają spisane. Może też różnego rodzaju okoliczności przestaną mi umykać, a wierzcie lub nie niektórzy nie potrafią zrozumieć, że z tym kalendarzem codziennie bratać się nie umiałam i czasem jakieś imieniny, czy inna bzdurka zostały w niepamięci. Urodzinowe terminy jakoś  jeszcze ogarniam, ale te imieninowe nieistotne wcale, włącznie z moimi własnymi. Sa jednak ludzie, dla których ta moja niepamięć okazuje się być tragedią narodową, końcem świata i błędem nie do wybaczenia. Trudno.
Na dzisiaj wpisuję w kalendarz porządki w segregatorach z dokumentami ( takie rzeczy na szczęście można realizować z poziomu wyrka ;). Może takie wczesnowiosenne remanenty przywołają lepszą aurę. Próbować trzeba, bo u nas ciągle szaroburo... W tygodniu wezmę się konkretnie za szafy. Trochę odgruzować się trzeba. Człowiek chomikuje zbyt wiele rzeczy, o których istnieniu później zapomina. Porządki w gazetkach już poczyniłam, więz jeśli jakaś haftująca krzyżykiem istota miała by chrapkę na włoskie magazyny z wzorami, to chętnie odsprzedam za ceny pół. Nazbierałam tego sporo i leży, bo na krzyżyki totalnie czasu brak. Gazetki urokliwe baaardzo, a włoskie wzornictwo dalekie od naszego, dość topornego jeśli chodzi o kolorystykę. Pomysłów mega dużo do wykorzystania. Polecam więc gorąco, a na adres mailowy mogę podesłać pełne zestawienie dostępnych pisemek. Jedna gazetka w empikowej cenie warta jest ok. 40zł, a my dogadać się możemy na spory rabacik ;) Niech idą w świat skoro u mnie tylko miejsce na półce zajmują. Dostępnych do przygarnięcia mam w sumie sztuk dziesięć, a to parę przykładowych zdjęć:








Gazetki zawierają przede wszystkim wzory  haftu krzyżykowego, ale w każdej znajdziecie też parę pomysłów na dzianiny, zabawki i różne elementy wystroju wnętrz ;)













Zdecydowanie jest z czego wybierać, a to tylko kilka przykładowych zdjęć tego, co w pisemkach można znaleźć ;)
Jeżeli ktoś chętny, to zapraszam serdecznie: annaporeda1@gmail.com

Miłego weekendu Kochani!
Dzisiaj nie ściskam i nie całuję, rozumiecie... choróbsko ;)
Macham Wam zatem z mojego wyreczka, papa!

Wasza A.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Depresyjna aura...

Nic nie mam przeciwko zimie. Niech sobie będzie. Plusów ma dużo, bo do przytulania okazji więcej, pretekstów do zwijania się w kłębek w domowym ciepełku też nie brakuje.Ta tegoroczna jednak wlecze mi się już jak flaki z olejem. Za wiosną już bym chciała się rozglądać, zielony dywanik jakiś zaliczyć  z kocykiem, drożdżówką i kompotem z rabarbaru. Miziania buzi słonecznymi promykami brakuje mi okropnie. Szare niebo, mgły i ślizgawica. Mam już do nich spory wstręcioch. Kupuję kwiatki-moje antydepresanty- i próbuję przetrwać. Dobrze, że charakter pracy różnorodny i kolorowy, bo chyba nie dała bym rady na trzeźwo...
Wiosnę czarować idę przy maszynie. Dzisiaj chyba zasłonię okna i zapalę stado świec, bo widok straszy za oknem. Trzymajcie kciuki, żebym nie poszła z dymem ;)




Robi się mocno króliczo w domu i w pracowni. Dzisiaj kroję kolejne. Ciekawe ile dam radę w tym roku do Wielkiej Nocy uklecić. Jeżeli żadna zaraza grypopodobna już nas nie do padnie, to może będzie dobrze. Jakby ktoś miał chęć na te maluchy z koszyka, to czekają na swój nowy dom.

Dostępne są też te dwie tildowe zajęcze dziewuszki:








Królicze mordki znacząco poprawiają mi humor. Dużo ich jednak trzeba w tym roku dla zachowania właściwego stanu ducha ;) Idę więc działać i wyrabiać te moje 300% normy :)

Buziaki zasyłam
Wasza A.

sobota, 4 lutego 2017

No i pękł...

Pękł kolejny roczek mojego pokręconego żywota :)
Dwa dni temu odfajkowałam na osi czasu 39 urodziny i rozpoczęłam czterdziesty rok życia. 
Z urodzin nigdy nie robiłam wielkiego halo, a już tym bardziej, wbrew oczekiwaniom niektórych, nie zamierzam robić z nich dramatu, bo i po co?
Jakiś tydzień temu podczas wizyty u lekarza pan doktor łaskawie uśmiechnął się do mie po pytaniu o wiek i z mrugnięcieć oka oznajmił "To ja jeszcze wpiszę w kartę 38..." Serio? Co to niby miało by zmienić? Dlaczego upływający czas ma być takim problemem i dlaczego niby dziwną jest radość z tego, że małolatem już nie jestem? Nie lubię stereotypów, schematów, szufladek. Jest mi dobrze. Do swoich lat przyznaję się bez bólu, żalu i wstydu. Każdy etap w życiu niesie za sobą coś nowego i ja szczerze cieszę się tym, co przynosi mi mój "średni wiek". Podstawowe plusy to wypracowana niezależność, pewność siebie, której kiedyś tak bardzo brakowało i poczucie, że wskoczyłam na właściwe sobie tryby. Jeżeli ktoś próbuje włazić mi na łeb, to też nareszcie mam swobodę tupnięcia nogą bez strachu i skrępowania, że mi małolacie nie wypada. 
Typowo babskie dylematy dotyczące problemów wizerunkowych również zostawiam paniom, które poza wizerunkiem nie mają nic więcej. Nie zamierzam stresować się zmarszczkami, srebrem na głowie czy innymi pierdołami, które  tak czy siak wszystkich nas dopadną. Szkoda czasu i energii. 
Jakiś czas temu wrzuciłam na FB  jakies tam swoje foto, po którym zaliczyłam bzdurny komentarz, że strzeliłam sobie w stopę. Podobno w moim wieku zbliżeń już się nie robi ;) Naprawdę? Biedny internetowy świat nie jest w stanie przyjąć na klatę faktu, że się starzejemy? Konieczne jest tworzenie fikcji, że nadal mam 18 lat, gładką jak pupcia niemowlęcia twarzyczkę i wygląd nastoeltniej modelki prosto z żurnala? Takie oszukiwanie siebie i innych? Można sporo wygładzić filtrami, kilogramem tapety i trenowaną godzinami przed lustrem miną. Najlepiej zdjęcie z półprofilu, bo nie widać że owal twarzy siada co nieco. Taki półprofil-półprawda. Wizerunek sztucznie stworzony, który sypie się drastycznie jak spotkasz delikwentkę na ulicy. Najgorsze, że kobiety same to sobie robią. Zero litości.
Męczy mnie ta konieczność gonienia sztucznych standardów, cudzych oczekiwań. Skoro cudze, to zostawiam nieruszone na boku. Moje kurze łapki i całą resztę znaków czasu lubię i akceptuję, a wiek właściwy, to ten w środku człowieka. W tym miejscu informuję też szanowną młodzież, że człowiek dziadzieje/starzeje się duuużo później. Ctzerdziestka to jeszcze nie wiszenie jedną nogą nad grobem. Jeszccze jest masa miejsca na radość, nawet taką dziecięcą, spontaniczność i głupawki. Zostaje też prawo do ciągłej nauki  i popełniania błędów. 
Poważnieć na siłę też nie trzeba. Już dawno usłyszałam, że odkąd jestem matką dzieciom, to i garderobę należało by zmienić. W krótkich gatkach z brzuchem na wierzchu nie ganiam, ale w garsonki i futra też nikt mnie nie wbije. Owszem dress code szanuję i gdzie nie wypada w dżinsach nie pójdę, ale zostawiam sobie prawo do ubierania się wygodnie i według własnych potrzeb. Jak już kiedyś pisałam kwiestie mody były mi bardzo bliskie dawniej, ale człowiek dorasta i wyborów dokonuje. W garsonkach bylo by mi sztywno, a futra, cóż... eteryczne, zwiewne kobietki wyglądają w nich urokliwie, te  od rozmiaru 38 w górę niestety bezlitośnie dodają sobie tylko lat i objętości. 

39 odznaczyłam w kalendarzu i obeszło się bez wielkiej pompy. Tym bardziej, że byliśmy całą familią w trakcie paskudnej grypki, która przetoczyła sie przez nas  koszmarnymi objawami.Dawno tak chora nie byłam i dawno nie wypiłam takich ilości herbaty. Garnuszek za garnuszkiem. Na tę z cytryną patrzeć już nie mogłam, teraz piję bawarkę, tak dla odmiany :)  
   


Mojej twarzy pół, to obrazek stworzony na potrzeby nowej strony zespołowej, o której napiszę wkrótce. Jeśli jednak macie ochotę już zerknąć i posłuchać jak pracujemy, to zapraszam serdecznie o tu: FREE-ON
Tam też nikogo nie oszukujemy. Wyglądamy prawdziwie, czyli młodo duchem i serduchem ;) no i gramy w 100% na żywo, bez czarowania i ściemy. Energii w nas jeszcze sporo, czasem nawet myślę, że zdecydowanie więcej, niż w dwudziestoparolatkach ;)
Autorem zdjęcia jest młody, zdolny Arek Konkol, którego postępy i twórczość możecie obserować na łamach FB: AREK KONKOL a także na instagramie: https://www.instagram.com/panda1ife/

Co zrobię z kolejnym rokiem życia? Mam nadzieję, że dużo dobrego. 
Pracy przede mną od groma i ciut ciut. Oczekiwania spełniam jednak już tylko własne, sama wytyczam sobie plan i drogę do jego realizacji. Z wewnętrznęj energii korzystam świadomie i zgodnie z własnymi możliwościami. Ot, taka wolność "starszej" pani :P

Dzisiaj energia idzie w myszy i mam nadzieję, że ich nowi właściciele poczują jak duży w niej był ładunek pozytywny ;)




Miłego weekendu Kochani
Ściskam mocno!
Wasza A.



poniedziałek, 16 stycznia 2017

Tydzień kota

Różnorodność zadań w mojej pracy to jej ogromny plus. Aktualnie przerabiam temat kotów, za którymi w kolejce czekają już króliczki, a później... później czas pokaże jakie stwory spod igły trzeba będzie wypuścić.Nudy nie ma nawet przez chwilę. Może niektórym moje spódniczki i różyczki wydają się monotonne. Może ktoś tam sobie pod nosem burknie, że znowu to samo Cottoni pokazuje. Dla mnie jednak  w moim szmatkolandzie jest obłędnie kolorowo i totalnie pozytywnie i tych spódniczek i różyczek mogę nadziubać jeszcze miliony ;) Dziękim nim właśnie moje tildowe stwory zyskały swój charakterystyczny sznyt.
Raz miśki, innym razem koniki, teraz faza kotów. Zwierzyniec się rozrasta, a sugestie klientów pomagają rozwijać wszystko kolorystycznie i fakturowo. Czasem wystarczy też kawałek tkaniny niedbale rzucony obok innego kawałka, żeby zobaczyć jak pozornie niepasujące do siebie kolory fajnie ze sobą grają. W głowie pomysł za pomysłem i radość z każdego zaczynającego się tygodnia pracy.
Witajcie zatem w ten śnieżny poniedziałek ( nawet u mnie biało za oknem :)))))
Lecę działać twórczo, a lista  zadań na ten tydzień cudownie dłuuuuuga :)






Kocim mrrraaauuu żegnam się dzisiaj i życze wszystkim owocnego tygodnia!
Wasza A.

niedziela, 8 stycznia 2017

Miniaturyzacja

Co zamówienie, to nowe wyzwanie.Z tak skrajnie zaawansowanym nie mierzyłam się jednak już dawno :D
Miś w miniaturze.Miał się zmieścić zaledwie w 10cm wzrostu i udało się.
Kiedyś szyłam już takiego krasnoludka 16cm i wierzcie mi, że te 6cm stanowi sporą różnicę.
Maleństwo takie szyje się wcale nie krócej od dużego, a może nawet i ciut dłużej. Nie wiadomo jak to chwycić, jak przytrzymać. Wypychać zapałką, czy wykałaczką. Wszystkie wypracowane do tej pory chwyty i sposoby okazały się być zawodne. Nagle moje chude palce okazały się być jak kluski. Jako, że uparte ze mnie zwierzę nie poddałam się jednak i miniaturek powstał, a prezentuje się następująco:





Cieszę się ogromnie, że podołałam zadaniu, ale maluch rodzeństwa raczej się nie doczeka, o nie. Tej przygody z miniaturyzacją wolę raczej nie powtarzać. No chyba, że ktoś przeniesie mnie do Szuflandii z malutką maszyną do szycia, hehe ...

Mróz cały weekend trzymał zawzięcie i nawet u nas śniegu napadało troszeczkę. Nie miałam jednak specjalnie motywacji do wycieczek po mrozie i nawet propozycja ulepienia bałwana, którą złożyłam dziecięciu memu, spotkała się z odmową. Zostaliśmy więc w chałupce, a ja na spokojnie wypychałam małe co nieco zakopana w poduchach, z kubalem kawki na podorędziu... Dobry weekend.


Koniec grzania zadka w chałupie. Jutro ruszamy z samego rana do pracy. Porozwożę familię gdzie trzeba i gnam do pracowni. Szczerze mówiąc doczekać się już nie mogę, bo nowe mebelki tam na mnie czekają i kosze nowe, więc pracy full. Będę segregować, układać, porządkować i urządzać.Rewolucja na całego!


Miłego tygodnia życzę wszystkim, a przy okazji zapraszam na mojego instagrama, który chyba ostatecznie przyswoiłam i podoba mi się bardziej z dnia na dzień :D : COTTONI Instagram

Zmykam przymknąć oko na parę godzin, chociaż obawiam się, że składanie mebli będę przerabiać w głowie nawet przez sen :P

Buziole!
Wasza A.

środa, 4 stycznia 2017

Cytryna 2017

Witajcie, witajcie w tym Nowym Roku!Hej!
Witam się z Wami dopiero dzisiaj, bo pracy od groma i ciut ciut, bez przerwy i bez oddechu.
Dokładnie tak.
W Sylwestra pracowałam, w Nowy Rok też i tak ma zostać. 300% normy to moje nowe minimum :D
Plany na ten rok mamy ambitne, więc nie ma co siedzieć na pupie, samo się nie zrobi i nikt nic darmo nie podaruje. Wszystko w naszych rękach, zatem do boju!
Cytrynowy tytuł posta nie jest zatem bezzasadny. Nie chodzi też w nim o sezon cytrusowy, który swoją drogą bardzo mi pasuje odkąd mamy wyciskarkę, mniaaaam... Uwielbiam te szklanki pełne witaminy C.
Tytuł ma symbolizować nasze nastawienie w czasie tych obiecujących 12 miesięcy. Będziemy je bowiem wyciskać jak cytrynę do ostatniej kropelki. Jak się uda to jeszcze i skórkę wycmoktamy, chociaż słowo "wycmoktamy" jakoś tak na myśl bezzębnego dziadka mi przywodzi... hmm... Może lepiej wyciumkamy, brzmi trochę lepiej, jak ciumkanie czekolady tej z okienkiem do momentu aż same orzeszki zostaną do pogryzienia...
Zwał jak zwał, najważniejsze, że zamierzamy tym rokiem się cieszyć, pracować mega intensywnie i realizować plan, z którego co niektórzy bardzo nierozważnie drwili sobie do tej pory. Co dla innych nie do zrealizowania, co jest głupim i nierealnym marzeniem, dla nas jest tym bardziej wyzwaniem wartym realizacji. Ktoś mi kiedyś powiedział, że taki uparty charakter mam, że jeśli trzeba będzie komuś coś udowodnić, to i chińskiego się nauczę.  Teraz udowadniam przede wszystkim sobie, że dźwignę coś, o czym marzyłam, a jednak pod skórą trochę się bałam.Będzie ciekawie ;)
Miniony rok dał nam w kość konkretnie. Z tego nowego mimo to radość mam ogromną i ochotę, żeby biec, pędzić, galopować w bardzo konkretnym kierunku. Trzymajcie kciuki pliiiisssss, bo bez Waszego duchowego wsparcia czasem mogę się jeszcze wykopyrtnąć. Im mniej jednak potykania i upadania będzie, tym szybciej zaproszę Was w pewne dobre miejsce ;)
Teraz wracam do mojego dziubanka, bo każdy szew, każde przyszyte ucho i łapa przybliżają mnie do upragnionego zakątka, ech....






Niech w tym Nowym Roku spełniają się marzenia, najlepiej hurtowo, tego Wam życzę! Niech będzie kolorowo i odlotowo! Niech starczy sił i zdrowia! Dbajcie o siebie i doceniajcie każdą chwilkę, kropelkę, cytrynkę ;)
Lecę na krótki sen, bo już po drugiej i noc ciemna. Z wyrka na nogi 7:30 i maratonu ciąg dalszy :)

Ściskam Was mocno!
Wasza A.