piątek, 24 kwietnia 2015

No..., ładne kwiatki....

Zaliczyłam wyjazd poza miasto. Bardzo potrzebny reset, bo już wszystkiego było powyżej kokardki.
Wyjazd przyjemny, bo i tereny piękne, i towarzystwo takie, jak trzeba.Szkoda tylko, że po tym resecie chora rzeczywistość dała o sobie znać głośnym tupnięciem...
Przed długimi postami zawsze ostrzegam, więc i tym razem uprzedzę lojalnie, że słowotok Was czeka.
Może jednak od początku, a początkiem niech będą tytułowe kwiatki.
Zdjęcie poniżej pochodzi z wyjazdu i przedstawia żółte śliczności z chełmskiego lasu, ale nie o nich będzie tu mowa, a o innym zielu. Są jednak tak śliczne i tyle ich było w przygranicznych polsko-czeskich lasach, że musiałam się nimi z Wami podzielić ;)


Zdjęć z wyjazdu będzie jeszcze kilka, takich z moimi smaczkami, które najbardziej chcę zachować w pamięci.
Jeśli zaś o kwiatki chodzi, otrzymałam wiadomość w sprawie poprzedniego wpisu. Post zawierał zdjęcia na tle zawilcowego dywanu. Powiem wprost, oberwało mi się. Zarzucono mi niewiedzę i bezmyślność, bo podobno uczę dzieci dewastacji roślin chronionych. Pani,która z wizytą wpadła na bloga bardzo szybko podsumowała moją pracę jako poczynioną  szkodę w kwestii edukacji młodzieży. Wiadomość była bardzo rzeczowa i  niby z podpisem, tu cytuję : "... nie życzę Pani kłopotów..." , ale między wierszami brzęczało ostrzeżenie przed doniesieniem gdzie trzeba... Tak więc Moi mili, przez te kwiatki trafię za kratki ;) Jeśli robiłyście zdjęcia z przebiśniegami w domu, krokusami, wrzosem  radzę poszukać dowodów zakupu ze sklepu ogrodniczego, bo w przeciwnym razie razem spotkamy się w  celi ;) To tak żartem oczywiście. Postawa Pani bardzo chwalebna, bo przecież w obronie dóbr naturalnych. Mam jednak nadzieję, że edukując swoje dzieci czyni to starannie i sprawdza posiadaną  wiedzę. Dobrze by było, zwłaszcza jeśli niewiedzę tak swobodnie zarzuca innym... Otóż, w celu wyjaśnienia przekazuję Wam informacje  z zawilcowego świata  w pigułce. Owszem, zawilec znajduje się na liście roślin objętych ochroną. Nie ten jednak, którego na zdjęciach Wam pokazałam. Zawilce występują w wielu odmianach i te chronione to oczywiście dziko rosnące roślinki, jednak też nie wszystkie spośród tych dzikusów. Chronimy bezwględnie zawilce wielokwiatowe i zawilce narcyzowate. Moje zielone dywany pokryte były zawilcem gajowym, który jest roślinką pospolitą prawie jak stokrotka. Zatem ręce moje wolne od kajdanek dalej swoją robotę wykonywać mogą ;) Nie traktujcie jednak moich słów jako przyzwolenia do wykarczowania zawilcowych dywaników, o nie. Jedźcie w las i podziwiajcie, bo ta wiosenna dekoracja zniknie bardzo szybko.
Wiadomość od Pani nie była mi obojetna, bo żadne słowo i gest w moją stronę skierowane nigdy nie są bez znaczenia. Musiała bym się nie Anka nazywać chyba ;)
Tym bardziej, że w duszy wisiały mi słowa jeszcze jednej niewiasty.
Pani nr 2 przesłała mi słów parę krytycznych w temacie mojego szycia.Spokojnie, samozachwyt jest mi obcy i  szczerą krytykę mogę przyjąć na klatę. Zastanowiło mnie jednak to, że była to osoba nie z listy moich klientów, nie znajoma z dobrą radą , ot poprostu Pani wpadła, zobaczyła i taka jej się refleksja nasunęła... Mnie nasuwa się inna, ludzie krytykują innych kiedy sami ze sobą jakiś problem mają. Męczyło mnie pytanie, jak można tak wpaść do kogoś tylko po to, żeby ciętą krytykę zaserwować? Mam nieprzychylną opinię na temat dekoracji okiennej sąsiadki, więc pukam do drzwi, rzucam słów parę i znikam... Tak to powinno wyglądać? Chyba nie, bo po co to robić?!
Ostrzegano mnie, że funkcjonowanie w sieci wiąże się z obcowaniem z różnymi ludźmi, z komentarzami niezbyt miłymi, z nienawiścią, zazdrością... Ostrzegano, ale ostrzeżenie przed ciosem w plecy wcale nie sprawia, że jest mniej bolesny. Zaczynam się jednak oswajać powoli z wariatami, zakompleksionymi wrednotami i obiecuję sobie tylko jedno : nie dyskutować z tym całym towarzystwem nigdy więcej. Post piszę informacyjnie również dla tych, którzy swoje pazurki już ostrzą, żeby coś naskrobać i dokuczyć. Nie spodziewajcie się odpowiedzi. Wywalanie tego typy wypocin zamierzam bezwględnie wprowadzić w życie od teraz dla dobra mojego i moich najbliższych, obiecując im, że obce jednostki złego humoru  w naszą codzienność wprowadzić już nie zdołają :) Niech szukają sobie innych worków do bicia, tudzież terapeutów i innej pomocy specjalistycznej  w celu rozwiązania ich ewidentnie poważnych problemów wewnętrznych. Jeśli komuś nie podoba się to, z czym tu spotkać się może, jest na to wyjątkowo prosty sposób: taki krzyżyk malutki w prawym górnym rogu :)
OK, wywalilam, ulżyło, więc do pracy wracać mogę...
Z wyjazdu jeszcze tylko moje smaczki powklejam i idę dziubać dziubanko moje, bo znowu skurczenie doby odczuwam jakoś intensywniej ;)


Nawąchałam się drewienka...


... nagłaskałam relaksacyjnie życzliwego, psiego łebka (nieocenione wręcz działanie w sytuacjach stresowych i w mniejszych, czy większych smuteczkach ;)


 ... pospacerowałam, co dla mojego przeciążonego siedzeniem kręgosłupa aktualnie jest bardzo ważne, no i wysiedziałam się wieczorowo przy piecyku trzaskającym ogniem.
Gdzie byłam? W moim ukochanym Chełmsku Śląskim, w którym jeśli jeszcze ktoś nie był, ten gapa ;) Wszystkie szyjące niewiasty powinny odwiedzić chatki tkaczy śląskich, którzy piękny len tkali, no i na pogaduchy do Apostołowej kawiarenki wpaść w celu konsupcyjnym, bo żonka tegoż pana cud miód malina ciacho według starej receptury wypieka :)
Mam nadzieję, że ta ekspresowa regeneracja pomoże teraz w zakończeniu wszystkich prac twóczych, na które czekacie cierpliwie...
Miłego weekendu Robaczki Wy Moje,
mój będzie pracowity.

Z radosnym pozdrowieniem żegnam się dzisiaj
Wasza A.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wiosna... czas coś zmienić


Robi się pięknie... Sporo gałązek ukwieconych, zieleń w najświeższym z odcieni przedziera się w tło z każdej strony. Dzisiaj może cudnie wiosennie nie jest, bo czymś paskudnym znów sypnęło z nieba i wieje tak, że łeb urywa...  Wczoraj jednak było pięknie, więc w magiczny zawilcowy zakątek wybrałyśmy się z dziecięciem moim. Kilka obrazków zachowamy na dni mniej pogodne, żeby oczy cieszyły, a parę chyba w ramki włożę i na półeczkę ustawię :)


Taki dywan to marzenie. Jestem typem antydywanowym i antyfirankowym i wolę deptać nagie, najlepiej skrzypiące podłogi i patrzeć przez okna daleko, bez zasłaniania ich poliestrowymi zwisami, ale taki dywanik mogłabym mieć pod stopami całorocznie.






Nauka fotografii idzie mi powoli, ale sprawia wielką frajdę. Czasu na malowanie obrazów brak, a takie łapanie kadrów jest trochę jak zastępstwo za tworzenie pędzlem na płótnie. Płócien krycie zostawiam więc takim artystom, jak moja mamcia, której prace wkrótce Wam zaprezentuję. Ja pozostaję wierna nitce z igłą i mojemu magicznemu szkiełku, przez które trochę tego mojego świata mogę Wam pokazać.
Najchętniej dzisiaj legła bym sobie na takie zielone dywany, ale pracy tyle, że kichnąć nie ma kiedy. Chwilami dół mnie dopada, bo ciągle z czymś nie wyrabiam czasowo, ale każdy dzień jest tak wypchany po brzegi, że rozdwajam się i roztrajam, żeby wszystko jakoś takoś ogarnąć. Na tyle kawałków podzielona padam wieczorem, żeby przez krótki sen mogły się znów posklejać w jedną całość. Czasem jednak rzucając krótkie spojrzenie w stronę lustra widzę, że z upływem lat ta składanka sklejanka przypominać zaczyna z lekka portrety Picassa :P  Dlatego też swoimi własnymi zdjęciami raczyć Was nie będę zbyt często. 
Dzisiaj zarządzam sobie dzień porządkowy, bo w tym ciągłym biegu sieję po całym domu szmatkami, wykrojami i całą resztą rekwizytów mojej codzienności.  Czas ogarnąć ten cyrk. Z wiosną więcej powietrza się chce. Więcej tlenu zaserwuję więc dzisiaj swojej domowej przestrzeni, szafom i szafeczkom. Mam nadzieję, że kontener pod domem zdoła ogarnąć temat ;) Żeby  proces twórczy mógł trwać w stanie niezakłóconym muszę się odgruzować troszeczkę. Chaos dookoła jest powodem chaosu w głowie, a wtedy ani myszy, ani miśki szyć się nie chcą takie, jak lubię. 




Żegnam się dzisiaj z Wami nowym misiem błękitkiem, podciągam rękawy i zabieram się za pracę.
Miłego tygodnia
Wasza A.

sobota, 4 kwietnia 2015

Jajeczne życzenia...

Każdy kraj ma swoje tradycje, każdy region również, dom nawet każdy w klimat świąt wnosi zawsze coś od siebie. Ilu ludzi, ile rodzin, tyle różnych rytuałów świątecznych. Mój bardzo osobisty zwyczaj, tworzący się przez ostatnie lata zarobienia totalnego, polega na dopasowywaniu się emocjonalnym do mąki tortowej, cukru waniliowego i innych sypkich prodkuktów, znaczy się chcę powiedzieć, że poprostu w proszku jestem... Ile to ja sobie nie naplanowałam, ech... W głowie plan jak zawsze układał się idealnie, tylko po drodze jakoś zaczął się potykać, żeby ostatecznie wyrżnąć łbem o krawężnik. Trudno, ile się udało, tyle trzeba przyjąć z radością i już lada moment rozpocząć świętowanie ;)






Jajka wielkanocne gotujemy na twardo, całą resztę kulinarno-porządkowych spraw można jednak wziąć na miękko ;) Jaj ze świąt sobie nie robimy, ale czasem warto co nieco z przymrużeniem oka potraktować :)



Życzę Wam, żeby te Święta Wielkiej Nocy miały dla Was wielkie znaczenie i wielkie zmiany (tylko na lepsze) w głowach i sercach zaprowadzały. Wesołych Świąt Kochani!


Wasza A.

czwartek, 26 marca 2015

PODZIĘKOWANIE!

Dzisiaj oficjalnie po ogłoszeniu wyników w konkursie na Szyciowy Blog Roku 2014, w którym moje maleństwo Cottoni brało udział, mam przyjemność poinformować Was, że to maleństwo poradziło sobie wspaniale otrzymując nagrodę z Waszych rąk właśnie :) Zwycięstwo w kategorii "Głosowanie internautów" jest dla mnie wielką dumą i radością. Bez Was nie chciało by się chcieć aż tak. Jesteście, wspieracie, motywujecie i cierpliwie czekacie na więcej. Dzielenie się z Wami częścią mojego świata, tym co w duszy gra i buczy, jest dla mnie niezmiernie ważne. Blog stał się częścią życia całego mojego domu, a także drogą do budowania cudownych relacji, które z wieloma z Was przerodziły się już w przyjaźń prawdziwą. To łącznik między mną, a pozytywnymi wariatami, którzy tak samo ukochali rękodzielniczą rzeczywistość. Dla Was chce się składać słowo do słowa, szukać obrazków cieszących oczy, fotografować i dziubać dalej te moje misiaki i myszostwory. Uściskałabym najchętniej każdego z Was, co czynię wirtualnie, a jeśli macie chęć i czas na spotkanie, to w najbliższą sobotę (28 marca) stawię się osobiście we wrocławiskim Atelier Szpilki przy ul. Oławskiej 4 na oficjalnym podsumowaniu konkursowym (start godzina 17:00 ). Przyjdzie mi pewnie rzec słów parę, więc Wasza obecność i wsparcie duchowe tym bardziej wskazane ;)


Raz jeszcze dziękuję Wam pięknie, każdemu z osobna i wszystkim jednocześnie :)
Wracam do moich szyjątek ;)




Buziaki
Wasza A.

poniedziałek, 23 marca 2015

POWOŁANIE, czyli jak to wszystko się zaczęło...

"Nie dotykaj, bo coś popsujesz... rozregulujesz i później będę miała problem.... albo  co gorsze, jeszcze palce przeszyjesz..."
Te słowa zawsze słyszałam, kiedy ciągnęło mnie do maszyny mojej mamci : "NIE DOTYKAJ". Zakazany owoc kusił bardzo, bo ja te szmatki zszywać kawałek do kawałka lubiłam już od dawna. Zszywałam więc ręcznie, będąc nawet małą srajdą jeszcze. Igła z nitką przyciągały mnie do siebie w jakiś tajemniczy sposób.
Kiedy zostawałam sama w domu w ruch szła maszyna, w wielkiej tajemnicy, po kryjomu, w lekkim srachu, że mama się zorientuje... Cięłam, zszywałam, prułam i chowałam w najciemniejszy kąt pokoju, żeby nikt się nie dowiedział.


Stary Łucznik mojej mamy... Lubiłam jego turkotanie, kiedy mama tworzyła dla nas jakieś gatki, czy bluzeczki. Podobało mi się to czarowanie czegoś z niczego. Turkotałam na tym Łuczniku i ja, jak często było to możliwe. Zdziwienie w domu było spore kiedy w ósmej klasie (lat 14)  na dyskotekę szkolną wystroiłam się w sukienkę, której pochodzenia rodziciele nie znali. Trzeba było się przyznać, że to ja sama, z jakiegoś kawałka starej kiecki wykroiłam i zmontowałam po swojemu. Mój projekt, moje wykonanie- moja radość i duma ogromna.
Później szkół kilka, czasu mało i dopiero na studiach, które z racji tego, że miałam zaliczoną już szkołę muzyczną drugiego stopnia, były dla mnie trochę jak wakacje, w czasie których mogłam sobie nareszcie pozwolić na naukę szycia nieco bardziej intesywnie. Dziubałam ręcznie sama dla siebie i bluzki i spódnice, przerabiałam co się dało i z czego się dało, bo fundusze były mocno okrojne. Na pierwszym roku obśpiewałam  imprezę sylwestrową i za zarobione pieniądze kupiłam moją pięrwszą maszynę do szycia :)
Nie da się uciec przed powołaniem. Jakie by nie było spokoju nie da, bo nic takiej radości nie sprawia, jak realizowanie się w tym, co każda komórka ciała ma zakodowane. Mnie zaprogramowano na szycie. Chociaż wykształcenie całkiem  z innej bajki, chociaż nikt nie uczył i nie pokazał palcem co, jak i z czym. Często wiedziałam nie wiadomo skąd, główkowałam w środku nocy nad konstrukcją tego i owego. Próbowałam do skutku  ucząc się na własnych błędach.
Jestem muzykiem, niedoszłą skrzypaczką, która najbardziej ze wszystkiego ukochała  melodię wygrywaną przez starego Łucznika mamy. Liczę na to, że ta szyjąca muzyczka zagra też kiedyś w głowie mojej córki ;)
Taki był  początek wszystkiego, co z moim Cottoni związane. Mam nadzieję, że końca nie będzie i kiedyś cały ten szmaciany światek oddam w ręce kogoś, kto pokocha go równie mocno jak ja...

Pozdrawiam serdecznie
Wasza A.

piątek, 20 marca 2015

Gardło mocno ściśnięte...


Gdybym miała dzisiaj przemawiać, byłoby strasznie trudno... Gardło ściśnietę od wzruszeń, a wszystko Wasza wina ;)
Tyle cudownych słów ile zabrzmiało w moim telefonie, trafiło do skrzynek pocztowych... wszystkie one oblepiły mi serce jak pszczoły plaster miodu. Jest słodko, bajkowo, brzęcząco, bo każde z tych słów zamieszkało we mnie i szum w uszach z tego brzęczenia słyszę nieustający.
Miałam ogromne wątpliwości co do uczestnictwa w konkursie. Nie lubię wyścigów. Kiedy jednak stanęłam w szranki, postanowiłam potraktować temat  poważnie przypominając o sobie tu i tam... Okazało się jednak, że tak wielu wcale przypominać nie trzeba, bo jesteście, czuwacie i wspieracie całym serduchem. DZIĘKUJĘ!!! Nawet gdybym miała opuścić pole bitwy bez nagród, najlepszą już dostałam. Tyle wiary we mnie i moje szyciowe stwory... Łezki wzruszenia i uśmiech od ucha do ucha- tak wyglądają ostatnie dni. Wstawać się chce ze śpiewem na ustach i szyć, i szyć, i żyć...



 Za każdy oddany na Cottoni głos w konkursie dziękuję  nisko się kłaniając. Każdy ten głos to komplement, a ja komplementy ciągle  jeszcze uczę się przyjmować. Patrząc jakieś trzy lata wstecz , kiedy tak bardzo brakowało mi odwagi, żeby pokazać komukolwiek swoje efekty pracy przy maszynie... Ja, samouczek, dziubacz pospolity... ścieg za ściegiem,  złamana igiełka za kolejną złamaną... pokłute paluchy i nagniotki od nożyczek były jak trofea z wojny między moim brakiem umiejętności a uporem oślim, że musi być idealnie...  Dzięki Wam wierzę, że jestem na dobrej drodze. Ciągle widzę jeszcze mankamenty, ciągle chcę więcej i lepiej, ale dzisiaj wiem, że wstyd mogę schować głęboko w kieszeni :)

Część z Was swoje maile potwierdzające oddanie głosu ( w takim mailu znajduje się link, w który należy  kliknąć, żeby głos został zaliczony) znalazła w folderze SPAM. Nie wiem dlaczego, ale część adresów mailowych wtrąca ten mail właśnie do spamowego lochu. Gwarantuję jednak, że list, jak i sam link w nim zawarty, są bezpieczne ;)  Jeżeli więc nie potwierdzaliście jeszcze swojego głosowania można to zrobić do niedzieli włącznie. Link do  oddania głosu, jeśli jeszcze ktoś  zechciał by dorzucić coś od siebie, znajdziecie o tu: http://szyciowyblogroku.pl/zgloszenie/cottoni/

Miłego wieczoru Kochani
Dzięki Wam serce wypełnia mi całą klatkę piersiową i bije głośniej niż kiedykolwiek :)

Buziaki
Wasza A.

środa, 18 marca 2015

Skrzydła są, czas na odlot.

Z wiosną ponoć skrzydła rosną ;)
U mnie wyrastają już na komunijnych zabawkach...
Chociaż moje własne też  zaczynają wystawać spod nocnej koszuli. Rosną szybko, dzięki Wam, bo takie wsparcie i słowa, jakie serwujecie we wszystkich działaniach, problemach i kłopocikach, za każdym razem są jak nowe piórka do moich skrzydeł.
Latać się chce i nogi nie są już takie ciężke, a jak grawitacja przestaje doskwierać, to wszystko można i szybciej i lepiej i szyć się chce, no i żyć intensywniej też jakby ochota silniejsza :)





Kiedyś na tych skrzydełkach wylecę z mojego miasta, nad drzewami śmignę i wyląduję na jakiejś wsi zielonej, żeby tam zapraszać Was do siebie na warsztaty  i długaśne pogaduchy ;) Kiedyś się uda, chociaż pracy i  wyrzeczeń przed nami całe stada jeszcze.
Kiedyś zasiądę z Wami przy stole i małym rządku maszyn szyjących, żeby choć trochę tajemnic świata Cottoni zasiać w Waszych głowach, sercach i rękach. No i patrzeć będę przygasającym już pewnie wzrokiem, jak się świat na kolorowo, myszowo i misiowo obszywa w najlepsze ;) Kiedyś na pewno się uda chociaż zegarek tyka nieubłaganie, a kartki z kalendarza zrywają się nie wiadomo jak i kiedy. Parę lat na tej wsi zielonej jednak mi wystarczy, żeby poczuć radość marzeń spełnionych kompleksowo...
Dzisiaj kolejna nocka na spełnianie życzeń dziecięcych poświęcona... szyją się kolejne cudaki, więc na sen czasu niewiele ;)

W tej nocnej godzine proszę Was jeszcze o głosy w konkursie na Szyciowy Blog Roku 2014, w którym moje dziecko osobiste COTTONI bierze udział.  Głosy można oddawać do 22 marca włącznie, a głosowanie wiąże się również z możliwością wylosowania ciekawych nagród dla Was ;) Oddanie swojego głosu nic nie kosztuje i wymaga tylko podania Waszego adresu mailowego i potwierdzenie tego głosu kliknięciem w link przesłany na skrzynkę mailową.
Link do strony głosowania jest o tu: http://szyciowyblogroku.pl/zgloszenie/cottoni/
Wasza pomoc jest bardzo potrzebna, więc jeśli jeszcze ktoś nie głosował, to bardzo pięknie proszę o chwil kilka i głosik w konkursie na rzecz COTTONI.


Uciekam wypchać jeszcze  co nieco, bo o tej godzinie (00:30) wzrok już marnie  do szycia się nadaje ;)

Mam nadzieję, że śpicie już smacznie ;)
Tym co rano wpadną z wizytą mówię dzień dobry,a wszystkim nocnym markom  słodkich snów :)

Ściskam
Wasza A.