niedziela, 1 marca 2015

...a koty niech się marcują!

Niech wszystko obsypuje się zielenią, kolorem pulsuje i niesie zmiany, ale tylko na lepsze.
Niech słońce maluje policzki i rozbiera nas z grubaśnych swetrów.
Chce mi się wiosny bardzo,bardzo, bardzo!!!
Niech więc gęsi i kaczki wracają już do nas szybko i skrzydlatym kluczem otwierają niebo szeroko z zimowych okiennic na kolor blue :)







... no i koty niech się marcują, na zdrowie. Niech miauczą i mrauczą pod oknami do woli, a rano niech mnie budzi trelenie i świergotanie dobiegające z krzaczorów pod balkonem. 
Razem z pierwszym marca życzę Wam najpiękniejszej wiosny, głębokiego oddechu, uśmiechów szerokich po skurcze policzków i miłości w każdej ilości! 

Słonecznej niedzieli!
Ściskam, Wasza A.

czwartek, 26 lutego 2015

Dobre wieści:)

Dobre wieści, a nawet bardzo dobre :)
Proszę Państwa, uroczyście ogłaszam: Wiosna u progu!!! :)

Jak baziuki do miziania są, znaczy  zaczęło się :) Krokusów w ogródku już naprawdę pełno, przebiśniegi i całe pozostałe towarzystwo wczesnowiosenno kwiatowe też już dało o sobie znać. Jak ja się cieszę na ich widok, to sobie nawet nie wyobrażacie. Znowu wszystko do życia wraca :) Wracam zatem i ja. Ogon zaległości skraca się pomalutku i sytuacja ma szansę osiągnąć status opanowanej. Maratony szyciowe przede mną i zakręcona chodzę troszkę jak słoik smalcu. Szmatki się śnią, nitki ciągną wszędzie i całe szczęście, że u mego boku człowiek, który pasję szanuje, pasję rozumie, bo sam pasję ma. W przeciwnym razie budząc się z misiową nogą pod plecami, czy puszkiem do wypychania we włosach, mógłby nie wytrzymać tego cyrku ;)






Taką lalencję Zuzankę wykończyłam jakiś czas temu. Leżała sobie cicho w kącie pracowni golutka cała i czekała cierpliwie na ciuszków parę. Tu informacja dla pewnej Anny: Anula, szyłam odzież bez wykroju tnąc i dopasowując na żywca. Zrobiłam jednak wykrój na płaszczyk, to podeślę jak tylko do skanera dopadnę ;)

Jako, że czas na zającowate  się zbliża zrobiłam też zdjęć parę pewnej małej uszatej, której wątłe ciałko też zalegało w koszyku zapomniane już od hmmm... czort jeden wie od jak dawna...







... a na dowód obecności panny Wiosenki, moje baziuki :)


Miłej wiosny Kochani!
Wasza A.

niedziela, 22 lutego 2015

Zasłony w dół

Tutaj nie było zimy. Tu była bryndza z nyndzą- szarość i brejowatość deszczowa, czyli idealnie depresyjne środowisko. Kolor nieba powalał często i dzisiaj też ciężki jest nawet do określenia.
Mimo wszystko codziennie starałam się ubierać w uśmiech i krzesać z siebie energię i wewnętrzną radość, mniej lub  bardziej zrozumiałą dla postronnego widza.
Dzisiaj w nosie to mam. Biorę urlop i już!!! Głowę mam kwadratową od myślenia "Co tu robić???" w temacie problemów większych i mniejszych.
Zasłony w dół, niech nie patrzę na tę szarugę, bo nie pomaga dzisiaj nic a nic. Dajcie znać jak zaświeci słońce, a problemy rozwiążą się same. Poczekam tu pod kocem wypełniając się jak termofor gorącą kawą...
Niech dzisiaj czas biegnie sobie jak chce, szybko, wolno... jego rzecz.
Ja mam urlop od wszystkiego!!!
Niech rosół sam się ugotuje i same obiorą ziemniaki.
Przecież czasem człowiek ma prawo do tego, żeby mieć wszystko w nosie!?


Codziennie trzaskam kilometry załatwiając to, tamto i siamto...  Codzienne głowa pracuje na najwyższych obrotach planując, organizując, martwiąc się o wszystko dookoła. Czacha dymi na okrągło, przez sen nawet.
Żeby za każdy etat w codziennej tej walce płacono jak należy, byłabym milionerką. Tak wiem, wiele z Was tak ma, ani czasu dla siebie, ani milionów... Przyznam się jednak bez bicia, lubię to wariactwo. Czasem tylko czarka mi się przebierze i baba ze mnie wyłazi. Waleczny żołnierzyk wewnętrzny idzie spać, perfekcyjnia pani domu wykłada się kopytami do góry, zostaje tylko ta  rozklejona baba...
Skąd się wogóle bierze ta durnowata potrzeba, żeby wszystkiego zrobić więcej no i wszystko lepiej? Po diabła starać się i tyrać, jak i tak całej roboty człowiek nie przerobi, a na koniec żywota wszyscy to samo pytanie sobie zadają: " ... i po co było się ścierać ?" Żyć chwilą tu i teraz trzeba, czerpać garściami przyjemności pamiętając o sobie, być egoistą, bo jak sam od siebie nie zadbasz, to nikt tego nie zrobi należycie... Tyle, że moja przyjemność, to właśnie to wariactwo, to ta codzienna troska i bieganina. Nawet jeśli ta przyjemność ma podszewkę uszytą z wyrzutów sumienia, że mogłam inaczej, lepiej i zapięta jest ciasno na guziki wystrugane z chwilowych złości i nerwów- leży na mnie jak ulał. Moja przyjemność to troska o kogoś, nie o samą siebie. Natury nie oszukasz, trudno żeby sarna udawała, że jest lwem. Z udawania zawsze lipa wychodzi.
Będę się więc ścierać na popiół póki oddechu nie zabraknie.
Kawa wypita... idę ten rosół wstawić, bo zdolność "nicnierobienia" niestety mam bardzo słabo wykształconą, a pozycja kłody powoduje wręcz cierpienie fizyczne.
Później  doszyję trochę łap do brzuszków i nosy wyhaftuję. Padnę jak zawsze grubo po północy, żeby zaraz po szóstej ubrać się znowu w uśmiech salutując w lustro  żołnierzykowi.

Miłej niedzieli armio kobiet pracujących!
Wasza A.


środa, 18 lutego 2015

Czas na terapię...

Podobno nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu...
Chyba coś w tym jest, a szkodliwość tej nadgorliwości odczuwa przede wszystkim sam nadgorliwiec.

Kto ostatni kładzie się spać? No ja oczywiście.
Kto się zrywa najwcześniej, żeby cały dom obudzić i leci w półśnie po omacku, uderzając często bosą stopą o wiecznie rozłożoną deskę do prasowania, żeby wstawić wodę na kawę? No kto, jak nie ja?

Kto karze mi to robić? Wewnętrzny głos matki wariatki: "Idź, ogarniaj wszystko  i wszystkich, bo bez ciebie przecież nie wstaną, śniadania sobie nie zrobią i wogóle świat się bez ciebie  zawali!"

Uporczywa skłonność do wrzucania sobie na barki obowiązków ponad normę w konsekwencji komplikuje znacznie działania ważne dla mnie samej. Mój plan moich własnych obowiązków zawsze daleko gdzieś w tyle, z dużymi pauzami w trakcie, bo a nuż ktoś będzie mnie potrzebował. Później bieg ku końcowi dnia z jęzorem wywalonym na brodę, bo jeszcze tyle do zrobienia, a ja w gęstym lesie.
Moja odpowiedź na pytanie "Jak Ci minął dzień?" zawsze ta sama :" Za szybko!"...

Pewna mądra Małgorzatka powiedziała mi kiedyś, że pomnika to i tak nikt mi za to nie postawi.
Fakt. Poza tym na co mi ten pomnik, pewnie i o  niego bym się potykała lecąc w przed siebie w służbie całemu światu...

Dzisiejsza nagroda za poranny zryw? Warcząca nastolatka...
Wierzcie mi, żaden zwierz nie warczy skuteczniej. Warczące i szczerzące się kły u czworonoga wrażenie robią na mnie znikome, poprostu mijam to kudłate, najeżone i tyle. W tym przypadku jednak pojawia się ból w dołku, smuteczek maminy, no bo jak to? Przecież ja tu z troską od rana, a tu warkot mnie wita?
Zdecydowanie czas na odwyk!
Jak się wkurzę, to na tydzień zwieję do pracowni i niech ten świat kręci się beze mnie. Może wtedy uda mi się nadrobić zaległości.

Spadam więc podjąć działania terapeutyczne, a Wam życzę miłego środka tygodnia ;)

Na podstronkę WYPRZEDAŻ wrzuciłam kilka ciekawych rzeczy. Jakby coś komuś w oko wpadło, to piszcie ;)

Wasza A.





niedziela, 15 lutego 2015

Dzień po Świętym Walentym

- Dziadek, no weź mnie przytul! Co tak leżysz, jak na plaży!!??- powiedziała moja czteroletnia Natuśka do dziadka, który miał dziecko uśpić, a sam  przysnął obok na kanapie...

Przytulanie jest potrzebne jak chleb i woda. Drugi człowiek ze swoim ciepełkiem i czułością może zdziałać cuda nawet w najtrudniejszych momentach  życia. Kiedy bywa bardzo źle, lub całkiem tragicznie, ramię do oparcia cierpiącej głowy, ramiona, które schowają przed całym światem... każdy ich potrzebuje, choćby zgrywał największego w świecie twardziela. No i to codzienne przytulanie na dzień dobry i na do widzenia, które daje siłę do działania... bezcenne.

Wczoraj wszyscy składali Wam życzenia Walentynkowe. Mam nadzieję, że był to dla Was naprawdę fajny dzień. Wpadam jednak dzisiaj, żeby życzyć Wam takich dni przez cały rok, nie tylko od święta. Niech to nie będzie jednodniowa spina ze strony Waszych facetów. Niech z każdą chwilą będzie tylko lepiej i lepiej :) Zakochujcie się w sobie na nowo i nigdy nie zapominajcie co przyciągało Was do siebie na początku Waszej wspólnej drogi.

Kiedy słyszę jak ktoś deklaruje swoją samotność z wyboru, że wiedzie życie singla, bo tak jest mu dobrze, szczerze w duchu współczuję.  Każdy owszem czasem szuka chwili sam na sam ze sobą, żeby coś przemyśleć, poukładać głowie. Samotne życie to jednak coś zupełnie innego i zdecydowanie nie powód do szczęścia. Słyszałam o takich chojraczkach, które ślubne plany wdeptały w piach, bo ich partner za bardzo chciał budować wspólną przyszłość. Czas przeleciał, żaden książe na białym koniu pod balkon nie zajechał i kiszka. Teraz żałują w duchu tych dni, kiedy ktoś patrzył na nie jak w obraz.
Słyszałam też o pani, która zazdrościła wszystkim samotnym koleżankom, że taki luz mają, wolność totalną i nikt im nie gdera nad głową. Kiedy jednak mąż nie wytrzymał i odszedł, a kochanek olał w obawie, że teraz jemu owa panna ściągnie na kark, ta upragniona samotność przygniotła ją okrutnie.

Prędzej czy później każdy zdeklarowany singiel  zapragnie i zatęskni za czułością. O takiej szczerej od serca tu mówię, bo wszystkie chwilówki odarte z prawdziwych uczuć są jak produkt czekoladopodny, nic więcej. Ta tęsknota dopada w chwili choroby, przy większych i mniejszych kłopotach, przy dniach świątecznych, czy choćby na widok szczęśliwej rodzinki, albo pary staruszków trzymających się za ręce podczas jesiennego spaceru w parku.

Byłam samotna, wiem jak to jest. Byłam też harda, bo musiałam. Mężczyźni, którzy stali się w jakiś sposób częścią mojego życia (spokojnie, nie było ich zbyt wielu ;) ) więcej psuli, niż budowali. Był moment, że powiedziałam STOP- teraz nie chcę nikogo. Walczyłam więc sama. Dałam radę, a jakże. Nauczyłam się wielu rzeczy, kiedy trzeba było narzędzia szły w ruch. Przyszedł jednak dzień kiedy ktoś wyjął mi młotek z dłoni i powiedział "Teraz od tego masz mnie...". Poznaliśmy się dokładnie 16 października 2011r. Zamieniliśmy parę słów i od tych pierwszych właśnie wiadomo było, że tego samego szukamy.  Broniłam się przed tym jak osioł uparty sama siebie na głos pytając "A na co mi to?!" Dzisiaj wiem dokładnie na co  ;)

Kochani, życzę Wam miłości czystej, słonecznej, promiennej, budującej i wspierającej. Niech Wam serce łomocze jak najczęsciej i endforfiny niech w Was buzują, bo to najlepsze lekarstwo na ból fizyczny i wszelkie stany chorobowe :) Moja recepta na miłość? Zapomnieć o sobie i nauczyć drugą połówkę, żeby to ona o Was pamiętała, mnie się udało ;) Jeśli ktoś nigdy nie słyszał Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian, radzę przeczytać. Ci co słyszeli i za banał  uważają, radzę wsłuchać się w jego słowa raz jeszcze.



...a żeby nie było, że efektem pracy twórczej się nie dzielę, wrzucam kika zdjęć moich uszytków:







Miłej niedzieli Kochani! Nie wiem jak u Was, ale u mnie słońce piękne, więc po obiedzie spacer obowiązkowy... obowiązkowo też trzymając się za ręce ;)

Buziaki! Wasza A.

czwartek, 12 lutego 2015

Padłeś? Powstań!

Nikt nie ma tak, żeby cały czas sielankowo było, to pewne. Tak chyba być musi, bo w nieustającej szczęśliwości człowiek zdurniał by i tyle. Czasem więc trzeba się potknąć, wysypać, rozsypać i pozbierać znowu w całość...
No nie było sielankowo i u nas, co tu dużo gadać. Było słabiutko w porywach do tak sobie, a nawet lipy totalnej.Było nie było, nadal dużo lepiej nie jest i nadzieja na nowy, lepszy rok razem z kiszkowatym początkiem lutego poszła sobie w świat bez obietnicy powrotu.
Na takie wieści niektórzy zacierają swoje kosmate, diabelskie łapki... Ich nadzieję też jednak rozwiać muszę, w łeb sobie nie strzeliliśmy i nie strzelimy, a nawet jak się rozsypujemy, to w bardzo spójny proszek ;) Jakby jednak słabiuchno nie było zasada pewna obowiązuje: "Padłeś? Powstań!" Jak w wojsku. Poddają się tylko tchórze i mięczaki, do boju zatem ROZKAZ MARSZ!!!

Opuszczony przed świętami blog wygląda jak porzucony psiak ze zwieszonymi po sobie uszami... Czas na reanimację. Odpuszczę sobie póki co anglojęzyczną pisaninę, bo więcej energii i minut na nią schodzi, a do powiedzenia i pokazania tyle, że sama nie wiem kiedy nadrobię. Do odkopania skrzynek mailowych i na gmail'u, i FB chyba spora szufla będzie mi potrzebna. Trudno, dam radę. Był  czas, który  trzeba było najbliższym poświęcić, bo nic ważniejszego nie ma. Spróbuję znowu ten czas podzielić i na Was, no i na tę moją wewnętrzną potrzebę pisarskiego gadulstwa :) Przyjmiecie mnie jeszcze? ;)

Niektórzy czekają nadal cierpliwie na przesyłki ode mnie, dziękuję im za wyrozumiałość. Nie dało się wszystkiego udźwignąć zwłaszcza jak człowiek ma paskudną skłonność do ładowania sobie na barki problemów całego świata, nie tylko swoich własnych. Wszędzie jednak gdzie nawaliłam, postaram się naprawić co tylko się da, słowo!


Pozdrawiam Was dzisiaj misiowo, a michu szary jak ta dziwna kraina za moim oknem... Dzisiaj mgły i wstrętna zmarzlina, a śniegu jak nie było, tak ni ma... Przebiśniegi za to kwitną... dziwna zima ech....

Buziaki zasyłam i uciekam pracować (intensywniej niż zwykle...)
Wasza A.

niedziela, 7 grudnia 2014

BLIKLE-CANDY-WYNIKI

Wczoraj miało być, wiem wiem... niestety nie posiadłam umiejętności rozdwajania się i dopiero dzisiaj mogę usiąść korzystając z chwili względnego spokoju i podać Wam wynik maszynki losującej:


OK, maszynka zmajstrowała co następuje...

I nagroda, czyli fartunio + bon o wartośći 50PL na zakupy w sklepie BLIKLE 
wędruje do :


II nagroda, czyli 5 X rabacik 20% na zakupy w BLIKLE + niespodzianka ode mnie, którą są ściereczki kuchenne Cottoni
otrzymują:




Monika Pie



GRATULACJE 
i piękne podziękowania za udział w zabawie.

Wylosowane osoby bardzo proszę o kontakt mailowy i podanie adresu do wysyłki ;)

annaporeda1@gmail.com


OK, uciekam kontynuować moją nierówną walkę z zamówieniami, stertą szmatek, ciągnącymi się nitkami i całą resztą tego twórczego bałaganu...

Ściskam

Wasza A.

P.S. Cierpię okrutnie z powodu braku czasu i możliwości odwiedzenia Was wszystkich w Waszych blogosferach... Obiecałam sobie jednak parę dni przed świętami na buszowanie po Waszej internetowej przestrzeni ;)