Obserwatorzy

sobota, 28 września 2019

WYPRZEDAŻ GARAŻOWA ;) cz.1

Cześć i czołem!
Wpadam dzisiaj jak po ogień i wrzucam parę rzeczy z mojego  domowego kącika, których już nie potrzebuję, lub zabierać ze sobą nie chcę w dalszą, życiową drogę. Ta droga prowadzi mnie właśnie z Legnicy do Polkowic i nowych kilka kątów mam do zagospodarowania.Wszystko po to, żeby nareszcie zacząć żyć, finansowo dorastającemu dziecku pomóc i usprawnić działania w kierunku przeprowadzki na nasze przyszłe, wiejskie zadoopie :D No i nareszcie przestać się miotać między paroma miejscami, które w ostatnich latach musieliśmy ogarniać, za to więcej szyć, pisać, śpiewać, grać i trzymać się za ręce :)
Jako, że garażu brak, tak więc garażową wyprzedaż wrzucam w blogosferę. Jeżeli coś komuś w oko wpadnie, nie grzebać, nie dłubać, ale pisać w komentarzu ;)  Ceny proponowane pod każdym zdjęciem. Możemy się jednak dogadać jak to na pchlim targu bywa ;) Wysyłka kurierkiem 15zł.
No to cyk ;) 


Tu zbioróweczka, a poniżej z detalami ;)

Puzderko drewniane malowane ręcznie-staruszek. Stan bardzo dobry. Cena 20zł.

Butelczyna na mleko. Cena 15zł.


Półeczka na trzy kubeczki. Środek do zagosopodarowania własnego. Można pomalować tablicówką i pisać kredą, lub strzelić sobie jakiś fajny collage, tudzieź decoupage ;). Cena 35zł.

Tablica do pisania kredą . Cena 35zł.

poniedziałek, 8 lipca 2019

Talent.

Wypatrzyłam ostatnio na FB zdjęcie z tekstem, który mówił, że "Bóg nie wybiera zdolnych, ale uzdalnia tych, których wybrał". Myśl piękna i bardzo sercu miła, chociaż ja zdania jestem, że Bóg wszystkie swoje dzieci kocha tak samo i każdemu dał wyjątkowy pakiecik. Nie każdemu jednak chce się szukać w sobie, a nawet jak już coś znajdą, to ten dar rozwijać. Talent bowiem, to zawsze tylko kilka procent efektu końcowego. Cała reszta, to praca, praca, praca. To treningi do granic wytrzymałości, poświęcenie, upór i determinacja. Talent to nie tylko śpiew, taniec, umiejętność uwieczniania rzeczywistości pędzlem na płótnie, czy myśli piórem na papierze. Ile aktywności człowieka, tyle talentów, a z rozwojem tego świata ciągle ujawniają się nowe. Talent można mieć do pieczenia ciast, wychowywania dzieci na wspaniałych ludzi, do układania płytek i gładzenia ścian, czy pisania programów komputerowych. Talent do słuchania słów rozmówcy, czy motywowania do życia i działania są równie cenne. W każdej ludzkiej głowie i rękach siedzi tyle możliwości. Każdy móżdżek, nawet najmniejszy, to komputer, którego tajemnicy i potencjału człowiek nie zgłębi chyba do końca świata. Jak działa mój komputerek? Czasem zawiesza się na myślach uporczywych, dużo koduje, ciągle przetwarza. Bezustannie analizuje słowa, gesty, najróżniejsze bodźce. Możliwe, że dlatego zdecydowanie nie lubi rozmów telefonicznych, woli kontakt bezpośredni, bo przez telefon z samych słów dostaje za mało danych. Nie widać mimiki, powiedzieć można wszystko, co ktoś chce usłyszeć wywracając oczyma w pogardzie, udawać zbyt dużo. Woli twarzą w twarz, lub trzymając się terminologii komputerowej, monitorem w monitor ;) No i w oczy patrzę kiedy rozmawiam. Gapię się czasem może zbyt mocno, co niektórych peszy, innym daje złudne poczucie flirtu. Ja jednak nie flirtuję, czytam człowieka. 
Mój komputerek zawirusowany jest kompleksami. Takie pliki cookies, nadmiar których trochę komplikuje sprawne funkcjonowanie. Dużo ich, bardzo dużo i jeśli nawet wiem co ich rozwój nawoziło, to i tak wyplenić nie umiem. Reset totalny byłby potrzebny, czyli terapia prądem najlepiej.  
Co motywuje mój komputerek do działania? W rodzinnym domu pochwał nie było. Ciągle słyszał, że wszystko robi źle, że do niczego właściwie się nie nadaje, że tylko wstyd i wstyd przynosi. Udowadniał więc ile sił, że jest inaczej. Starał się chłonąć nową wiedzę i umiejętności, działał na pełnych obrotach i ciągle w poczuciu niedoskonałości wyciskał z siebie więcej i więcej. Czy chwalony zadziałał by lepiej? Tego nie wiem, bo czasu się nie cofnie. Niektórzy chwaleni od dziecka za byle bazgroł na kartce, czy totalnie beznadziejny występ w przedszkolu obrastają w pióra i tylko balon wokół nich rośnie przez lata, nic poza tym. Innym jednak pochwała dodaje skrzydeł i wynosi ponad chmury.  Recepty na wychowywanie dzieci nikomu więc nie daję, nikogo nie pouczam, bo szczerze, to nie wiem, czy smaganie duszy słownym batem, czy jej głaskanie jest lepsze. Gdybym może popadła w samozachwyt przy pierwszych szyciowych wyczynach dzisiaj nie byłoby tak ładnie.  Słyszałam jednak ten głos, " Tu krzywo, tam niedokładnie, co to ma być, to ty po to studia kończyłaś, żeby teraz szwaczką zostać?!" Tak kurła... Najbardziej zaje.... szwaczką chcę zostać. Krawcem przez  wcale nie fałszywą skromność jakoś nazywać siebie nie chcę, bo tak długo jak garnituru skroić na wymiar nie umiem, tak tytuł w pełni należeć się nie będzie. Z resztą... przylepianie jakichkolwiek tytułów nie leży w mojej naturze. Wolę zwyczajnie robić swoje. Szwaczkuję więc i rękodzielniczkuję plus słowotworzę kiedy tylko najdzie mnie ochota :) 
Talenty dostałam w pakiecie artystyczne. Czy wszystkie odkryte? Hmm, mam nadzieję, że życia ziemskiego jeszcze ciut dostanę i może coś nowego w sobie znajdę. Na skrzypcach grałam od siódmego roku życia. Dwanaście lat szkoły muzycznej. Dwanaście lat bicia się w duchu, że nie jestem wystarczająco dobra. Mój nauczyciel skrzypiec twierdził, że talent spory, ale spektakularnych  osiągnięć nie było i zwyczajnie jakoś tak nie czułam luzu w tym graniu. Zbyt dużo odtwórczej pracy, zbyt mało mnie. Ale uwielbiałam grać w orkiestrze, później śpiewać w chórze, bo poczucie harmonii i wszystkie te jej dźwięki składowe dawały nieopisane wręcz szczęście, uczucie spełnienia. Każdy człowiek to zwierzę stadne i nawet ja z moim pogłębiającym się introwertyzmem czasem ludzi potrzebuję. Orkiestra i chór to moje stada były, jedyne sytuacje w życiu, w których bycie częścią tłumu sprawiało mi prawdziwą przyjemność. 
Talent wokalny. Śpiewać to ja lubiłam, a jakże. Każdą reklamę praktycznie musiałam odśpiewać razem z telewizorem. W domu nikt się jednak nie zachwycał, raczej komentarz leciał "Ty musisz ciągle wyć?" Jeżeli więc wśród najbliższych znów zachwytu nie poczułam, to i skłonności do pchania się na scenę nie wykształciłam. Później przez lata całe zarobkowo pracowałam tym niedoskonałym  wokalem, bo trzeba było jakoś samotną rzeczywistość ogarniać. Pierwsze śpiewane imprezy wymagały jednak  mocnego podlewania wodą ognistą, bo przez kompleksiory ręce latały jak przy Parkinsonie i ryzyko upuszczenia mikrofonu było zbyt duże. Śpiewanie moje ludziom się podobało, chociaż często myśl przez głowę przebiegała, czy to aby nie działanie częstych toastów weselnych ;) 
Dzisiaj śpiewam już tylko w samotności, ale jak wspomniane we wcześniejszym poście ukulele sobie nabędę, to jakieś biesiady przy stole i winku pewnie jeszcze wokalnie okraszę :)
Praca z igiełką, to zdecydowanie moje pole do popisu. Tu czuję się najswobodniej i czasem tylko przeraża mnie kurczący  się czas przy nawale pomysłów do zrealizowania. Problem mam wręcz z wyrzucaniem nawet małych ścineczków, bo wszystko myślenie podsyca. Sypiam niewiele, pracuję dużo i rozwijam mój antytalent do tworzenia bałaganu :P Tak, tak. W tym też jestem dobra, o ile można wadę postrzegać w kategoriach rozwojowych.  To mój największy minus chyba, sianie wszystkim dookoła. Tu nuty, tam szmatki, włóczki, rozłożone na stole skrzypce, bo wczoraj miałam tak ogromną ochotę pograć sobie etiudy Kreutzer'a i instrumentu nie schowałam, bo może jeszcze jutro coś pogram troszeczkę... Okropny nawyk- nieodkładanie rzeczy na miejsce. Mam jednak jego świadomość i pracuję nad sobą, jak ten Syzyf trochę, ale pracuję. No i jak już totalnie się zagracę, to przychodzi takie dźgnięcie w dupsko i lecę jak burza odkurzając nawet dawno zapomniane zakamarki. Wystarczy, że czegoś, co pilnie potrzebne, odszukać nie mogę. Czasem pomaga też informacja, że jutro w gości ktoś wpadnie, wtedy też zmieniam się w prawie perfekcyjną panią domu :) Z naciskiem na prawie :P  Z bałaganu tego twórczego  jednak wiele dobrego wynika czasami. Rozrzucone szmatki wielokolorowe, wstążeczki i niteczki czasem tak się pięknie dopasowują i inspiracją są ogromną. Przy kolejnym układaniu i przebieraniu stert materiałów i worków z włóczkami zawsze wpadam na jakiś nowy pomysł. 
Talent mam też do ciast pieczenia, chociaż najbardziej lubię takie proste: murzynek, drożdżówka, placek z rabarbarem i kruszonką. Klasyczki, ale jakoś w moich rękach rosną przepięknie i smaczne są bardzo, bardzo. Chociaż może to tylko kwestia odpowiednich składników, bo tam gdzie margaryna w przepisie, to ja  zawsze masło, cukru wanilinowego nigdy, ale wanilię prawdziwą, sztucznych polew nie toleruję, czekolada być musi. Ot, takie proste triki kulinarne, które ewidentnie robią różnicę.  Pieroguję też ostatnio dosyć intensywnie, no i te wychodzą wzorcowo. Wiadomo, estetyka zachowana, falbanka na każdym zawinięta jak w barokowej kiecce i nie za duże, żeby zgrabnie na talerzu wyglądały. Mama mówiła, że mąkę trzeba sparzyć, to ciasto miękkie będzie,co komputerek dawno temu zakodował i ta wiedza się przydała.
Talent do słów składania. No dostało mi się, wiem, chociaż mój profesor w liceum twierdził inaczej i robił wszystko, żebym zamilkła na wieki.  Wypowiedzieć się na żywca do mikrofonu jakoś nie umiałam nigdy, ale jak widzę te myśli moje przelatujące właśnie przed oczami na monitorze, to jedno słowo drugie za sobą ciągnie płynnie, gładko, często z sensem... jest dobrze. Wracając do wcześniej napisanych tekstów wiele bym poprawiła, wygładziło by się to i tamto, byczki usunęło, powtórzenia zastąpiło synonimem. Może dlatego książki napisać nie mogę, chociaż zaczęłam dawno temu. Do usranej śmierci wracała bym ku pierwszej stronie i poprawiała, poprawiała, poprawiała... Taki stan chorobowy, ale każdy jakąś korbę ma, tylko nie każdy zdiagnozowaną. Moja to narzucony, wyuczony perfekcjonizm. Mechanizm zakorzeniony tak mocno, że już nikomu nic udowadniać nie muszę, poza sobą samą. Są rzeczy, które bez wyrzutów sumienia umiem już sobie odpuścić, ale jeśli robię to, co lubię, to lubię to robić jak najlepiej potrafię. Pisać lubię, a jakże, dlatego zanim wrócę na początek tego posta, żeby w upierdliwości swojej poprawiać co napisane, to wrzucę Wam jeszcze zdjęć parę i puszczam słowotok w sieć. W przeciwnym razie będę tu koczować do wieczora przynajmniej, a tyle innych rzeczy do zrobienia czeka :)
Dobrego tygodnia życzę i niech Wasze talenty ujawniają się w nieskończoność
Buziole 
Wasza A.




















 

piątek, 21 czerwca 2019

Zmiany są dobre.

Zmian to ja ,Proszę Szanownego Państwa, bałam się zawsze jak ognia. Pamiętam nawet, że w szkole podstawowej informacja o rozszerzeniu skali ocen z 2-5 do 1-6 blady strach u mnie wywołała i buczałam po nocach, że rady nie dam. Te piątki zbierać to ok, ale jak te szóstki miałabym niby złapać? Totalny brak wiary we własne możliwości ciążył mi przez lat wiele niczym kula u nogi. W dorosłym już życiu podejmowanie decyzji czy w lewo, czy w prawo skręcić też łatwo nie przychodziło i często tkwiłam w sytuacjach wcale nie sprzyjających. Całe więc szczęście, że człowiek się starzeje, bo z wiekiem strachy na lachy jakoś mi tak odfruwają jeden po drugim :) Dzisiaj to, co nie rokuje na przyszłość, szans rozwoju nie ma bez lęku mogę szurnąć w kąt.  Tak też zrobiłam z zespołem, który współtworzyłam z kolegami , a w którym to kolejne i kolejne zmiany personalne zaczęły mi już ciśnienie podnosić znacząco. No i ileż można obśpiewywać te śluby i wesela. Nie policzę nawet ile razy "Wschodami gwiazd", czy "Cudownych rodziców mam" ćwiczyłam z kolejnymi muzykami i szczerzyłam się do tłumu podchmielonych weselników udając, że pięknie jest, bo show must go on... Co za dużo, to i pies nie zeżre, jak to mówią.
Zmiany spore życiowe wdrażamy właśnie na bieżąco i szybciej, niż  myśleliśmy przeflancowujemy się do Polkowic. Parę lat temu i tego bałam się okropnie, ale te parę lat temu to inna ja byłam przecież :) Dzisiaj nikomu po garbie skakać sobie nie pozwalam i dokładnie wiem czego chcę.A czego dokładnie? A no szczęścia totalnego mojego i bliskich moich, takiego prostego, codziennego. Co się na to szczęście nasze składa będę pewnie pisać nie raz, a póki co pakowanko, przeglądanko wszelkich domowych szpargałów, bo przeprowadzka to dobry moment na porządki. Co w nadmiarze się nazbierało powrzucam na blogosferę, może komuś wpadnie w oko jakiś mój garnuszek, książka, czy inne cudo.
Zmiany w moim szmacianym świecie też będą, Właściwie już następują i małą zajawkę wrzucam Wam do wglądu. 


Bardzo podobają mi się te tamborkowe obrazki i parę poczyniłam w dniach ostatnich. Uprzedzam pytanie o udostępnianie wzorów do haftu, biorę ołówek i sama rysuję, więc nie ma co udostępniać. Takie właśnie chcę, żeby były, swojskie,wiejskie, proste i niedoskonałe.  Wszystko haftowane na lnie, którego trochę mi się nazbierało i czas puścić go w obieg. Jeżeli komuś na jego ściance marzy się taki hoop art, to śmiało pytać ;)

Z takich "naturalmą" klimatów jakiś czas temu też i rude dyńki powstały. Do tej pory białe ino robiłam, takie baby boo, ale w fiolecie i rudościach jest im równie ładnie ;)


Akcentów  florystycznych pojawiać się będzie więcej, bo łażę sporo z naszym psiórkiem po łąkach i polach i te wszystkie zielska na trasie jakoś tak samoistnie zaczęłam studiować. Jak się okazuje w mojej najbliżej okolicy spory wybór wszelakiego habazia i nagle dowiedziałam się jak czeremcha i tarnina wygląda, czy wołowe ziele, no i że te cudne, żółte kuleczki, które każdego roku w pękach całych do domu ciągnęłam, to wrotycz właśnie. Kiedyś krótka trasa z parkingu do bloku i człowiek poza trawskiem niczego nie dostrzegał. Zielone gałązki wszelakie intensywnie inspirują, więc i myszkę w przygotowaniu mam całkiem śliczną, która również na trasie zmian stanęła przypadkiem i zamiast sweterka letnie, lniane wdzianko  z delikatnym ziołowym haftem będzie nosiła :)
Ciekawi gryzonia ? Zapraszam więc po niedzieli ;) 
Buziole Robaczki
Wasza A. 

sobota, 8 czerwca 2019

Tylko nie rękodzieło!

W 2014 roku moje malutkie Cottoni stało się firmą. Od tamtego czasu pracowałam intensywnie jak mróweczka z roku na rok budując bardzo silną grupę odbiorców-klientów-przyjaciół. Ręce pełne pracy, bo co trafiało do Was rozczarowaniem nie było. Spokojnie więc polecaliście dalej, wracaliście po więcej i moja wiara w sens tego przedsięwzięcia rosła z dnia na dzień, miesiąca na miesiąc. Dziękować za to będę Wam tu i w duchu  głęboko po dzień mój ostatni, bo spełnić tak wielkie marzenie, jakim jest życie z pasji, to naprawdę niesamowite szczęście. Co dalej? Hmm... 
Przez te wszystkie lata zastanawiałam się mocno czy rozbudowywać Cottoni w coś większego. Odpowiedź zawsze była jedna- nie chcę zajmować się masówką. Nie chcę nadzorować taśm produkcyjnych ani na mniejszą, ani na większą skalę. Nie chcę brać odpowiedzialności za pracowników, tym bardziej, że koszta ich utrzymania w pewnym momencie mogą pochłonąć cały przychód. Nie stać mnie przecież na takie ryzyko, no i do nadzorowania czyjejś pracy, to ja się nadaję jak wół do karety. Za miękki charakter sprawił by, że wszyscy by sobie bimbali w najlepsze, albo wyprowadzali co się da poza pracownię. Wiem, bo przetrenowałam to kiedyś na dwóch paniach szyjących pod moim nadzorem. Totalna porażka. W moim wieku człowiek samoświadomość własnych mocnych i słabych stron ma na tyle dużą, że wie za co się brać, a co odpuścić. Czy odpuszczam szycie? NIE, o NIE i jeszcze raz NIE!!! Tym, co po ostatnim wpisie na FB zacierali ręce z radości, że Cottoni się poddaje, mówię sorry robaczki. Ja się nie poddaje never ever. Czasem jednak trzeba usiąść na spokojnie, przyjrzeć się sytuacji z boku i wyciągnąć wnioski. 
Wiele z Was pisało do mnie z pytaniem jak to jest rzucić wszystko i zająć się pełnoetatowo swoim hobby. Czy taka praca ma sens, czy z tego żyć się da itd. Żyć się z tego dało, sens miało, ale trzeba pamiętać, że każdy ma inne oczekiwania. Wszystko zależy też od charakteru pracy, a że ja o szyciowym rękodziele wiem z doświadczenia własnego, więc tylko w tym zakresie wypowiedzieć się mogę.  Znam parę osób, które właśnie w większe firmy rozbudowały swoje szmaciane hobby. Żeby puścić jak najwięcej towaru w obrót trzepią standardowe wzory, których pełno później na instagramach. Każda instamamuśka pokoik swojego bąbelka ma więc ustrojony nie według własnego pomysłu, a według tego, co u innej instamamuśki, tudzież ulubionej celebrytki wypatrzyła. Zatem na tle przeważnie białych mebelków Ikea lądują podusie chmurki, baldachimki, tippi itd. Tego towaru w sieci jest więc jak piasku na plaży. W którymś momencie jednak ten rynek się nasyci i zakorkuje. Naturalne jego prawo. Niestety z przedsięwzięciami rękodzielniczymi na mniejszą skalę jest już bardzo podobnie. 
Pamiętam, jak u mojej pani fryzjerki jakieś dwa lata temu rzuciłam mimochodem czym się zajmuję zawodowo i usłyszałam złowieszcze " O nie, tylko nie rękodzieło..." Co druga klientka przecież już tam jakąś radosną twórczość w chałupie odstawia. Jedna pierniczki, inna coś dzierga, kolejna mebelki na biało maluje. Co chcesz, to masz. Skąd to zjawisko? Poszła fama, że na rękodzieło zbyt, więc każdy dorobić choć parę złociszy chce, normalka. Normalka w kraju, w którym ludzie mają braki finansowe, bo tam, gdzie godnie się zarabia i na dobrym poziomie żyje za rękodzieło artystyczne biorą się ci, co faktycznie artystyczną potrzebę wyrazu w bebechach czują. Całej reszcie nie chciało by się tego śmietnika w domu gromadzić i czasu tracić. Lepiej z rodziną do kina, kawiarni, czy walnąć się przed TV do góry brzuchem. Ci co tam artystycznie działają za swoją pracę bez problemu wołają godziwe pieniądze, z których całkiem nieźle mogą sobie funkcjonować. No i tu właśnie wszystko teraz o te nieszczęsne pieniądze się rozbija i na moje aktualne decyzje wpływ będzie miało brutalny.
Bardzo lubiłam pytanie " Czy z tego da się wyżyć?" Oczywiście, że się dawało. Jak się coś robi dobrze, to klienci są. Szkoda, że nikt nie pytał mnie o to samo, jak z pracy w szkolnym sekretariacie wyciągałam całe 1400zł na rękę. Za takie siano można robić, jeżeli na te przysłowiowe waciki się zarabia mając kasiastego małżonka, na ramieniu którego swobodnie niczym bluszcz zechcesz sobie zawisnąć. Ja małżonka ani majętnego, ani żadnego innego w swoim życiu się nie dorobiłam, bluszczem ani żadnym innym powojem nie jestem, więc co zarobione własnymi rencyma, to do dyspozycji było i jest. Partnera mam i na zasadach partnerskich funkcjonujemy, bo każde swoje zobowiązania regulować musi, zatem ku mojej babskiej dumie i niezależności informuję niektórych zainteresowanych, NIE DOJĘ! Dziecko moje sztuk jeden, więc i z programów pomocowych wiadomo jak korzystałyśmy, poza tym charakter to ja chyba mam po dziadku moim, który to mówił, że "Można dziadem być, ale przynajmniej honorowym!". Po sądach za ojcem mojej Talki też więc nie latałam i bzdurnych argumentów do wyszarpywania alimentów nie wymyślałam po nocach. Jak żyłyśmy? Skromnie, nawet powiedziałabym, że turbo skromnie, ale ideologie życiowe mam poukładane w głowie na tyle sprawnie, że bez problemu w lumpku znajdę co mi trzeba, samochodem mogę jeździć nie najnowszym i bez klimy, a jak na telefonie, czy komputerze kiedykolwiek ogryzek mi się pojawi, to zdecydowanie też nie po to, żeby szpan instagramowy odpierdzielać. Ludziom majątków nie zazdroszczę, cieszyć się umiem tym, co jest, ale dziecko właśnie w dorosłe życie mi wchodzi i jej ułatwić parę spraw bardzo bym chciała, więc dutki trzeba zacząć racjonalnie liczyć i zarabiać. Zamówienia mniej, bardziej liczne obciążone kosztami (z roku na rok większymi) są niepewną przyszłością. Odłożyć nie ma z czego, na urlopy i przestoje pozwolić sobie nie można, a więcej niż kilkanaście godzin dziennie pracować się nie da. Jeden człowiek więcej nie przerobi. 
Stąd też decyzja o powrocie na rynek pracy, znaczy etacik poszukiwany, może nie pilnie, ale do jesieni temat spróbuję ogarnąć. Z kompleksów małolata zdążyłam się już wyleczyć, strachu przed mówieniem o tym w czym jestem dobra, co mogę zaoferować swojemu przyszłemu pracodawcy, też się wyzbyłam, więc byle g.... roboty brać już nie muszę. Będzie dobrze :) 
Jak zmienił się rynek rękodzielniczy przez ostatnich parę lat? A no mocno zarósł całą masą badziewia niestety. Ktoś dwa obrazki namaże na płótnie, pierwsze swoje wypociny jakieś i już handel internetowy rozpoczyna. Co druga Jadźka maszynę do szycia kupiła, kocyków minky natrzepała, czy tulipanków wątpliwej urody i już, już biznes kręci. Przekrzykują się później w tej sieci lecąc z cenami niżej i niżej i już chyba nawet Chiny boki zrywają widząc tę polską twórczość, która artystycznie i jakościowo leży i kwiczy, ale coraz taniej puszczana jest w obieg.  Butelki oklejone pinezkami, gipsowe aniołki z formy, mydełka kupne z naklejonym kwiatkiem, kwiatki z pończoch... taka sztuka trochę z przedszkolnej grupy jeżyków, czy muchomorków na tym właśnie poziomie wykonana i podpis " Moje ostatnie DZIEŁO". Nosz kurza twarzy, DZIEŁO... Ręce opadają. Brakuje już tylko zdjęcia kulki z nosa utoczonej z równie dumnym podpisem. Wątpię czy Matejko tak się nadymał przy swoich płótnach, serio... O ile jeszcze prace na tym poziomie jako hobby wykonywane dla potrzeb domowych, czy przy pracy z dziećmi rozumiem i szanuję, tak zdania jestem, że śmietnik się zrobił straszny i sprawił, że hasło "RĘKODZIEŁO ARTYSTYCZNE" kojarzone jest już bardzo negatywnie. Jakby jaka Jadźka chciała mi tu zaraz do gardła skoczyć za powyższe słowa twierdząc, że boję się konkurencji, to niech przyhamuje na starcie. Nie boję się. Konkurencją może być ktoś, kto na podobnym poziomie coś robi. Paru świetnych artystów rękodzielników w sieci i na żywo poznałam. Paru obserwuję z radością, bo ciągle zaskakują i zachwycają. Nie myślę jednak i o nich jako o konkurencji, a raczej o inspiracji do dalszego działania i rozwoju. Żeby na ten rozwój mieć czas i przede wszystkim spokojnie móc wykonywać nowe projekty, muszę zapewnić sobie i mojej rodzinie stabilizację, wypłatę w konkretnym terminie bez tych dramatycznie wysokich i stale rosnących kosztów DG, a później po pracy realizować to, co po głowie się kręci niespokojnie, zamiast obszywać zamówienia (których nie brakuje, słowo ;)  będące koniecznością dla płynności finansowej. Będzie więc etat, a na spokojnie prace twórcze, bez stresu i presji może być tylko lepiej, tylko piękniej i to Wam obiecuję :) No i coś, na co już totalnie czasu mi brakowało, pisanina moja, więcej kadrów złapanych dla przyjemności, zamiast zdjęć produktowych. Chętnie powłóczę się gdzieś z aparatem, pouczę też trochę nowych technik i wiecie co? No marzy mi się ukulele :D Od dawna marudzę przy okazji świąt i urodzin, że ukulele chcę i słyszę, a po co ci to, a kiedy będziesz grać? No to teraz sobie kupię sama, a co i grać będę choćby wieczorami dla siebie samej, a co, kto mi zabroni :D 
No to tyle spowiedzi. 
Kto rzucać wszystko dla rękodzieła chce robi to na własną odpowiedzialność. Zawsze trzeba dobrze przeanalizować rynek. Kiedyś był moment na sklepy "Wszystko za 5zł". Po jakimś czasie było ich już tak dużo, że nikt nie handlował wystarczająco, żeby się utrzymać. Kolejno zwijali więc żagle. Teraz mamy bum np. na lody naturalne. Można więc stawiać kolejną lodziarnię obok tej, która już istnieje i walczyć cenami z sąsiadem, albo zrobić coś na mniejszą skalę, ale wyjątkowego i utrzymać się na rynku bez dramatycznych kosztów. 



No to idę pracować nad czymś wyjątkowym, ale najpierw wstawię wyjątkowy obiad, bo moje równie wyjątkowe dziecko ze swoim wyjątkowym M. na obiedzie się pojawią ;)
Buziaki Dzieciaki! 
Wasza A.
 

piątek, 1 lutego 2019

41- no i fajnie :)

Tę straszną czterdziechę odfajkowałam w zeszłym roku. Jutro pyknie kolejna wiosna i jest super :) Szczerze i bez udawania. Nigdy nie zrozumiem dlaczego kobiet o wiek pytać nie należy. Dlaczego większość z uporem maniaka ma potrzebę ukrywania prawdziwej metryczki. Może dlatego, że również w tej kwestii zwolenniczką zbiorowego myślenia nie jestem. Nie przerażają mnie też ani zmarszczki, ani siwy włos, ani żadna inna zmiana, która z roku na rok wkracza sobie na moje lico i resztę fizyczności. Radości mam z tych kolejnych urodzin więcej i więcej, bo nie każdemu jest dane ich doczekać. Pierdoletami też przejmować się już nie muszę. To czy się komuś podobam, czy nie to mi lotto na całej linii :D Jeśli jednak ktoś jeszcze powie, że na swoje lata wyglądam dobrze, to nie foch go czeka z mojej strony, ale serdeczne dziękuję. Znaczyć to bowiem będzie, że stereotypom zwiać się udało, mimo że usilnie nie uciekałam.  Nie wydawałam fortuny na pacianie się drogimi kremami, nie spędzałam godzin u kosmetyczek, nie sterczałam godzinami przed lustrem ćwicząc bezpieczne miny. Śmiałam się kiedy śmiać się chciało, marszczyłam czoło w zdziwieniu nad głupotą ludzką i płakałam nie raz i nie dwa kiedy ktoś ciosy zadawał. Teraz głównie pogłębiam zmarszczki śmiechawki i nosić je zamierzam z dumą. Jak się komuś nie podobam zawsze może głowę w drugą stronę odwrócić.Przy sobie i tak wolę ludzi myślących podobnie, a nie skupionych na sieciowej autoprezentacji, takich co mają pasje, twórcze głowy i dużo do opowiadania zamiast do pokazywania. Tych, dla których majątki, metki i zera na koncie nie są treścią życia.Tych, którymi inspirować się można, którzy błyszczą wiedzą i mądrością, a nie drogim zegarkiem i kolorowym tipsem.


Zdjęcie sprzed prawie 1,5 roku, ale na aktualne jakoś czasu nie było. Zmian drastycznych brak. Postaram się coś uaktualnić jak znajdę chwilę. Może  też  wrzucę jakieś zbliżenie na dowód dystansu do tej mojej fizycznej powłoki ;) Aktualnie zdjęcia portretowe celebrytek bez makijażu eksponujące niedoskonałości są podobno oznaką odwagi. Cóż... dla mnie odwagą były czyny Powstańców Warszawskich, ale widać nawet odwaga została w dzisiejszych czasach spłycona boleśnie. Najgorsze jest to, że tę całą presję wizerunkową narzucają sobie  same kobiety. Nie tak dawno  wrzuciłam na profil FB  zdjęcie z moją gębusią po czym odebrałam telefon od znajomej słysząc, że w moim wieku to zbliżeń już się nie robi, że sama sobie w stopę strzelam hehe :P No tak, do TV już mnie pewnie nie zatrudnią i na tytuł "top madyl" automatycznie wszelkie szanse poszły się rypać. No dramat, co ja biedna teraz pocznę, cóż robić, jak żyć? Powinnam przefiltrować zdjęcie pięciokrotnie,  wygładzić, wybielić elegancko, a jak spotkam znajomego na ulicy, to biegusiem przechodzić na jej drugą stronę...  Nie ma co udawać ani przed światem, a tym bardziej przed sobą samą. Co ma się zmarszczyć i oklapnąć i tak to zrobi, a ja udawania nie lubię w żadnym temacie. Relacje bezpośrednie też cenię sobie wyżej od tych FB, więc jeśli kogoś drażnię wizerunkowo zawsze można mnie z tych fejsbuków szurnąć i tyle. Jak usiądę z nim, czy nią przy stole papierowej torby na głowie też mieć nie będę :D  
Stylistycznie  jestem nadal roboczą mrówką w dżinsiorach i na wymyślanie codziennych stylizacji czasu nie tracę. Modnie czy niemodnie, cóż... to również nie mój problem. Każdy dzień tak obładowany pomysłami, planami i ich konsekwentną realizacją, że szkoda robić pauzy na sprawy błahe jakimi dla mnie są trendy w modzie. Swoją szafę planuję w tym roku  przetrzebić mocno i zminimalizować maksymalnie, żeby nie spędzać cennych minut na poszukiwania właściwych szmatek do wrzucenia na grzbiet. Jutro też totalnie nieodpicowana celebrować będę tę kolejną wiosenkę. Jest cudnie i głęboko wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Apetyt mam ogromny na kolejne dziesięciolecia, a do zrobienia i nauczenia tyle, że chyba jeszcze ze trzy życia by się przydały :) Jutro więc nie 100 lat, ale ze dwie setki odśpiewać mi proszę ;)

Ściskam Was mocno!
Urodzinowa Anka