piątek, 22 maja 2015

Rozanielony czas...


Maj, miesiąc bujnej zieleni, białych kwiatów i uskrzydlonych stworzeń...
No to  i u mnie rozanieliło się co nieco:



Odlecieć można na całego patrząc na ten kipiący wiosennie krajobraz.
Z tego wszystkiego nawet myszy skrzydeł dostały i odleciały w siną dal zaraz po wykończeniu ostatnich ściegów.



Ja swoim zwyczajem zapętlona w czasie i nawale wszystkiego, co tylko na garba wrzucić można, też już dzisiaj odlatuję... w krainę snu rzecz jasna ;) Ciekawe, czy kiedyś będę spać tyle, ile w/g norm powinnam i czy w łóżku lądować  w normalnych godzinach  zacznę... Ciekawe również jest to, że praca najlepiej idzie o tych niezdrowych porach właśnie... Mam nadzieję, że Wy śpicie i snu Waszego nic nie zakłóca. Słodkich i kolorowych zatem życzę.

Wasza A.

wtorek, 19 maja 2015

Wystarczy cierpliwym być...

Marzenia się spełniają. Wystarczy myśleć o nich intensywnie, ale nie wymagać bezczelnie od losu. Moje powoluśku stają się rzeczywistością. Fakt, łatwiej jest, kiedy nie dotyczą spraw wagi państwowej, tylko moich małych, przyziemnych przyjemności, ale ich realizacja sprawia równie wielką radość, a co najważniejsze daje wiarę, że te większe też kiedyś staną się ciałem :)

Marzyła mi się retro maszyna w cukierkowym kolorze. Taka do podziwiania, dekoracja miejsca pracy, cacko z duszą bez współczesnych plastikowych udziwnień. Oglądałam w sieci wiele z nich, ale ściąganie takiego cacuszka z Niemiec czy Anglii skutecznie odstraszało ceną. Na takie fanaberyjki funduszy niestety brak. Oglądałam więc, wzdycholiłam i obchodziłam się smakiem.
Ostatnio jednak moje drugie pół zerwało mnie z rańca samego i wyciągnęło na giełdę do miasteczka obok, gdzie szwarc mydło i powidło-dosłownie. Na giełdę trzeba jechać wczesną porą, żeby wyszukać cosik fajnego, więc nie stawiałam oporu. Rozrywek w ostatnim czasie mięliśmy brak totalny, więc pomysł choć na ten spacer poranny wydał mi się myślą trafioną w dziesiątkę. Lezę więc zaspana nieco błądząc wzrokiem po wszystkich dobrodziejstwach przytarganych przez sprzedawców, aż słyszę "Anulka, patrz jaka maszyna!"


Radość dziecka pojawiająca się w wyeksploatowanym intensywną pracą ciele na taki widok potrafi rozbudzić nawet mnie zaspaną, rozczochraną i zakręconą jak słoik smalcu. Wysłałam pana I. z misją w sprawie negocjacji ceny, a wierzcie mi, że nikt z taką elegancją i tak skutecznie nie potrafi się targować jak I. :) . Mrugnął mi tylko i posłał szerokaśny uśmiech. Nie wierzyłam, że za takie cacuszko trzeba wyłożyć jedynie 40zł, no nie może być!!! Dokładnie tyle kosztowało moje marzenie.
Przytachałam do domu, wyjęłam z walizki i z duszą na ramieniu wpięłam w gniazdo. DZIAŁA!!! Powiem więcej, działa jak złoto, cichutko, leciutko, bez zająknięcia :) Rocznik 1968, serwisowany w 2007r. (zostawiłam póki co karteczkę z serwisu na prawym boku). Pięknota moja w kolorze miętowym aż po malutką miętówkową wtyczkę. Kolejne małe-wielkie marzenie odhaczone ;)




Co na miętowej maszynie można uszyć?  Pewnie kolejne moje myszowate, bo te pokochaliście równie mocno, jak ja :) Lecę zatem działać myszowo i miętowo :)



Miłego dnia życzę i za wizytę + ciepłe słowa z serca całego dziękuję :)
Wasza A.

niedziela, 10 maja 2015

Plusy uziemienia

Cóż... gdyby auto było na chodzie kręciła bym się jak bąk cały weekend między domem, pracownią, działką rodziców, tudzież ich domem, wpadając to tu to tam po zakupy, lub coś do dziergania na wieczór. No ale na chodzie nie jest, a ja kołkiem na moim wygwizdowie siedzę, czego plusem jest możliwość nadrobienia przynajmniej części sieciowych zaległości. Obywatelski obowiązek mogłam spełnić, bo lokal wyborczy o rzut beretem od mojego domu, a poza tym koczuję w chałupie :)
Wpadam zatem pokazać Wam parę rzeczy, które w ostatnim czasie udało mi się wydziubać.


Polcia poleciała do eko rodzinki. Mam nadzieję, że przypadła do gustu swojej nowej właścicielce ;)


Jako, że rodzinka eko, to i len i drewienko musiały się pojawić. Tkaniny w kwiatki lnu niestety nie miałam, ale te różyczki kolorystycznie bardzo mi podpasowały. No i jeszcze kot w torebce miał być obowiązkowo, więc Polcia kota dostała, a jakże :)




Było też parę gryzoni, misiów trochę się urodziło. Z pracowni odleciało kilka aniołów, a ja dalej zakopana po uszy w szmatkach... Cudowne rozmnożenie chyba jakieś ;)




Jeszcze czerwiec pracowity będzie, ale w lipcu muszę spasować i pozwolić sobie na nieco laby. Chociaż pewnie i tak bez szydełka z domu się nie ruszę... ale to tak dla relaksu oczywiście ;)
Póki co jednak trzeba spinać pośladki, żeby wyrobić się w czasie przed Dniem Dziecka. Jutro więc wsiadam na rower i cisnę na maksa :)  Oby samopoczucie dopisało, bo pogoda ostatnio migrenowo mnie znowu wykańcza, a może to poprostu ten legnicki dołek miedziowy... Nic to, kiedyś stąd zwieję daleko w zdrowsze jakieś rejony ;)

Idę kolacyjnie ogarnąć familię i może spać wyjątkowo uda się położyć o jakiejś przyzwoitej godzinie hehe...

Miłego wieczoru
Wasza A.

sobota, 9 maja 2015

Bzik na pociechę...


Bzik na pociechę przyniosło dzieciątko. Pachnie tak, że w głowie zakręcić się może. Wypełnić zapachem nasze 49m nie jest jednak trudno ;)
Fajnie, że pachnie i fajnie, że dziecię mam takie kochane, bo bzik nerw ukoił dzisiejszy.
Naplanowałam sobie na sobotę zdrowo jak zawsze. Wyszłam z domu, wsiadłam w moją błękitną strzałkę i kiszka... flak w kole taki, że bardziej flakowato być nie mogło. Dziarsko ruszyłam więc do piwnicy z zamiarem podróży rowerowej. No i co? Dwa flaki... Pompka w dłoń i do boju zatem. Pół godziny machania na rzecz napompowanego w połowie  jednego kółka. Ostatecznie mokra jak po siłowni ja, pompka złamana, uziemienie w domu, bo za koło w aucie to już sama nie mam mocy się zabierać. Zostaję więc w domu z zamiarem gapienia się w ten bzik i wdychania mimo kichania. Trudno, dzisiaj przymusowo odpoczywam. Może nareszcie do pisania zasiądę, bo moje literackie dziecko stanęło na drugim rozdziale...





Miłego wieczoru życzę i pozdrawiam bzowo kichając
A.



Lepiej późno niż później....

"Lepiej późno niż później" to tytuł jednej z moich ulubionych komedii romantycznych z cudowną Diane Keaton. Nie o filmie dzisiaj będzie, lecz o ważnym wydarzeniu, o którym napisać miałam już dawno, ale tradycyjnie czasu brakło...
Dzięki Wam, przyjaciołom, znajomym i wszystkim dobrym duszom udało mi się zwyciężyć w konkursie internetowym na Szyciowy Blog Roku 2014. Mimo sugestii, że zwycięstwo jest efektem posiadania nadopiekuńczych ciotek ;) No nie mam tylu ciotek niestety, a może stety... Na kupowanie głosów zwyczajnie mnie nie stać, więc ten zarzut też lotem koszącym wysyłam do kubła z brudami.
Patronem konkursu była firma Łucznik, która ufundowała wspaniałe nagrody.
Najpierw jednak sprawa najważniejsza... Na spotkaniu miałam ogromną przyjemność poznać kilka fajnych, kreatywnych, ciepłych i skromnych babeczek, które w blogowym świecie zajmują ważne miejsce. Ja sama nie czułam się zbyt pewnie, bo moje dzierganie z modą ma wspólnego tyle, co kot napłakał, poza tym takie medialne spotkania moją mocną stroną nie są. Wywiadu na antenie radiowej udzielałam raz i nie czułam się w tej roli najlepiej. Z mikrofonem w dłoni czuję się dobrze tylko wtedy, kiedy za plecami mam moją obstawę w postaci zespołu FreeOn, a solowe występy i konieczność przemawiania przygniatają mnie okrutnie. Zabawa dźwiękiem TAK, peplanie w mikrofon NIE NIE NIE (co również ekipa zespołowa wie aż za dobrze ;)  Mimo stresu mikrofonowego spotkanie było jednak przemiłe  dzięki tym właśnie  niewiastom, których jedynie plecy mam na zdjęciach... (mój nadworny fotograf, czyli dziecię osobiste ;) nie ośmieliło się niestety obejść stołu, przy którym trwała dyskusja :) )


Lepszy jednak rydz niż nic, więc chociaż tyle mam na pamiątke  spotkania :) Jeśli odwiedzicie blogi tych twórczych pań, do czego gorąco zachęcam, to będziecie mięli okazję poznać je bliżej.
Zaczynając od lewej:
Ela, ciepły, kochany człowiek, co w swoim Kąciku przy maszynie myśli głównie o innych. Dla dzieci tworzy urocze poduchy, w które wkłada ogrom serca i pasji.Podusie to jednak nie wszytko, jest cała masa różnorodnych prac, nie tylko szytych, ale i  zdobionych misternym haftem krzyżykowym. Blog Eli znajdziecie o tu: KLIK
Zgrabne plecki w żakiecie z baskinką należą do Joulenki, która zdobyła nagrodę w kategorii "OSOBOWOŚĆ", zwycięstwo jak najbardziej zasłużone, bo to przesympatycznna, twórcza osoba. Bliżej ją poznacie czytając wpisy o tu: KLIK
Ta blond główka również warta jest Waszej uwagi. Blond główka ciągle tworzy coś nowego, a ja chętnie takie twórcze działania podziwiam i stawiam za wzór mojej nastoletniej dziewczynce. Kim jest blond główka? To Dagmara, autorka bloga Rzeczówki. Koniecznie wpadnijcie z wizytą o tu: KLIK
No i moja ulubienica, klasa, wdzięk, delikatność, subtelna  Asia, której prace podziwiam, a zdjęcia na blogu łykam jak kaczka, odkąd miałam przyjemność na niego trafić. Biegiem zatem do Asi klikając o tu: KLIK
Mało mam czasu dla samej siebie i z dnia na dzień jakby go ubywa. Nie siedzę więc często w blogosferze. Modą też interesuję się raczej marnie.Bywało jednak inaczej. Ba! Z modą kiedyś byłyśmy bardzo blisko i może kiedyś opowiem Wam o tym, jak drogi nam się rozeszły. Był Nowy Jork, były wielkie plany, ale wystarczyło parę "przygód" życiowych, żeby wartość tego, co mam na grzbiecie zweryfikować dość radykalnie. Kiedy patrzysz jak przed twoim nosem wali się WTC, a ludzie obok padają na kolana wiedząc, że ktoś z ich bliskich właśnie stał się częścią dramatu... Wartości w głowie ukłądają się same. Nie ujmuję tu niczego osobom, dla których moda jest pasją. Dla mnie jednak to przeszłość. Za stara już chyba jestem i za dużo złego doświadczyłam. Skupiać uwagi na sobie nie potrzebuję, stawiam na wygodę i w pamięci mam jedynie, żeby pod dżinsami i roboczą bluzą zawsze mieć bieliznę w takim stanie, żeby w razie nagłej interwencji medycznej nie płonąć ze wstydu ;)
Nie żyję dla kreowania siebie i najchętniej spędzam czas pochylona nad kolejną zabawką. Możliwe jednak, że czas zacząć wychodzić do ludzi i przynajmniej od czasu do czasu rozprostować plecy, bo powoli w łuk się wyginają... Co powiecie na jakieś warsztaty w oklicach lipca? Ktoś byłby chętny wpaść z wizytą do Legnicy i podziubać razem ze mną? ;)

Spotkanie z dziewczynami odbyło się we Wrocławiu w Atelier Szpilki. Miejscówka bardzo przytulna i jeśli ktoś ma chęć poszyć co nieco w ciekawym gronie, to warto zaglądać na ich stronę, ofert wspólnych spotkań szyciowych nie brakuje.
Dyskusję prowokował pan Remigiusz, który z wdziękiem prezentera TV wciskał mi ten nieszczęsny mikrofon pod zęby :P ( no tego nie wybaczę hehe ...). Z jego rąk odebrałam nagrodę w postaci Magdaleny. To pierwsza babka, w której szczerze się zakochałam nie zmieniając orientacji ;) Jeśli mam być szczera o maszynach Łucznik miałam zdanie raczej słabe. Mówię o tych współczesnych rzecz jasna, bo stary Łucznik mojej mamy to kombajn nie do zdarcia. Z radością jednak informuję, że to zdanie wpisuję w czas przeszły, bo moja Magdalenka to cudo prawdziwe!!! Daje radę ze wszystkim bez wyjątku, nawet z podwijaniem grubego dżinsu. Przy tym jest cichutka, malutka, zgrabniutka... No polecam ją poprostu.





Na spotkanie wpadła jeszcze jedna ciekawa postać, a mianowicie Ruda , która  wystąpiła w roli eksperta.Kobieta energiczna i energetyczna jak wybuchowa pomarańczka :) Z jej rad możecie śmiało korzystać, bo tworzy bardzo zgrabne filmiki instruktażowe. Zapraszam na jej stronę o tu: KLIK

Bilans spotkania? Zdecydowanie na plus. Nawet biorąc pod uwagę katusze związane z nowym obuwiem zakupionym specjalnie na tę okazję ;) Odpierniczyła się laska w nówka sztuka obcasy i pocierpiała nieco :P Może dobrze, bo cierpienie pod stołem skupiło więcej mojej uwagi i stresu trochę odjęło.
Zachęcam Was do udziału w kolejnej edycji konkursu. Ja nie żałuję, mimo paru krytycznych uwag. Cóż, jakbyś człowieku nie stanął i tak d... z tyłu, jak to mówi moja dobra znajoma i rację niestety ma jak zawsze. Będę Wam z radością dopingować :) Czy wystartuję raz jeszcze? Chyba za wiekowa się robię, więc raczej z daleka wszystkie młode, kreatywne postaci wolę wspierać i podziwiać.

Za udział w zabawie wszystkim serdecznie dziękuję. Za Wasze nieocenione wsparcie (Drogie Ciocie i Wujkowie internetowi ;) również składam podziękowania gorące.
Wracam do pracy z Magdaleną :)

Wasza A.

piątek, 24 kwietnia 2015

No..., ładne kwiatki....

Zaliczyłam wyjazd poza miasto. Bardzo potrzebny reset, bo już wszystkiego było powyżej kokardki.
Wyjazd przyjemny, bo i tereny piękne, i towarzystwo takie, jak trzeba.Szkoda tylko, że po tym resecie chora rzeczywistość dała o sobie znać głośnym tupnięciem...
Przed długimi postami zawsze ostrzegam, więc i tym razem uprzedzę lojalnie, że słowotok Was czeka.
Może jednak od początku, a początkiem niech będą tytułowe kwiatki.
Zdjęcie poniżej pochodzi z wyjazdu i przedstawia żółte śliczności z chełmskiego lasu, ale nie o nich będzie tu mowa, a o innym zielu. Są jednak tak śliczne i tyle ich było w przygranicznych polsko-czeskich lasach, że musiałam się nimi z Wami podzielić ;)


Zdjęć z wyjazdu będzie jeszcze kilka, takich z moimi smaczkami, które najbardziej chcę zachować w pamięci.
Jeśli zaś o kwiatki chodzi, otrzymałam wiadomość w sprawie poprzedniego wpisu. Post zawierał zdjęcia na tle zawilcowego dywanu. Powiem wprost, oberwało mi się. Zarzucono mi niewiedzę i bezmyślność, bo podobno uczę dzieci dewastacji roślin chronionych. Pani,która z wizytą wpadła na bloga bardzo szybko podsumowała moją pracę jako poczynioną  szkodę w kwestii edukacji młodzieży. Wiadomość była bardzo rzeczowa i  niby z podpisem, tu cytuję : "... nie życzę Pani kłopotów..." , ale między wierszami brzęczało ostrzeżenie przed doniesieniem gdzie trzeba... Tak więc Moi mili, przez te kwiatki trafię za kratki ;) Jeśli robiłyście zdjęcia z przebiśniegami w domu, krokusami, wrzosem  radzę poszukać dowodów zakupu ze sklepu ogrodniczego, bo w przeciwnym razie razem spotkamy się w  celi ;) To tak żartem oczywiście. Postawa Pani bardzo chwalebna, bo przecież w obronie dóbr naturalnych. Mam jednak nadzieję, że edukując swoje dzieci czyni to starannie i sprawdza posiadaną  wiedzę. Dobrze by było, zwłaszcza jeśli niewiedzę tak swobodnie zarzuca innym... Otóż, w celu wyjaśnienia przekazuję Wam informacje  z zawilcowego świata  w pigułce. Owszem, zawilec znajduje się na liście roślin objętych ochroną. Nie ten jednak, którego na zdjęciach Wam pokazałam. Zawilce występują w wielu odmianach i te chronione to oczywiście dziko rosnące roślinki, jednak też nie wszystkie spośród tych dzikusów. Chronimy bezwględnie zawilce wielokwiatowe i zawilce narcyzowate. Moje zielone dywany pokryte były zawilcem gajowym, który jest roślinką pospolitą prawie jak stokrotka. Zatem ręce moje wolne od kajdanek dalej swoją robotę wykonywać mogą ;) Nie traktujcie jednak moich słów jako przyzwolenia do wykarczowania zawilcowych dywaników, o nie. Jedźcie w las i podziwiajcie, bo ta wiosenna dekoracja zniknie bardzo szybko.
Wiadomość od Pani nie była mi obojetna, bo żadne słowo i gest w moją stronę skierowane nigdy nie są bez znaczenia. Musiała bym się nie Anka nazywać chyba ;)
Tym bardziej, że w duszy wisiały mi słowa jeszcze jednej niewiasty.
Pani nr 2 przesłała mi słów parę krytycznych w temacie mojego szycia.Spokojnie, samozachwyt jest mi obcy i  szczerą krytykę mogę przyjąć na klatę. Zastanowiło mnie jednak to, że była to osoba nie z listy moich klientów, nie znajoma z dobrą radą , ot poprostu Pani wpadła, zobaczyła i taka jej się refleksja nasunęła... Mnie nasuwa się inna, ludzie krytykują innych kiedy sami ze sobą jakiś problem mają. Męczyło mnie pytanie, jak można tak wpaść do kogoś tylko po to, żeby ciętą krytykę zaserwować? Mam nieprzychylną opinię na temat dekoracji okiennej sąsiadki, więc pukam do drzwi, rzucam słów parę i znikam... Tak to powinno wyglądać? Chyba nie, bo po co to robić?!
Ostrzegano mnie, że funkcjonowanie w sieci wiąże się z obcowaniem z różnymi ludźmi, z komentarzami niezbyt miłymi, z nienawiścią, zazdrością... Ostrzegano, ale ostrzeżenie przed ciosem w plecy wcale nie sprawia, że jest mniej bolesny. Zaczynam się jednak oswajać powoli z wariatami, zakompleksionymi wrednotami i obiecuję sobie tylko jedno : nie dyskutować z tym całym towarzystwem nigdy więcej. Post piszę informacyjnie również dla tych, którzy swoje pazurki już ostrzą, żeby coś naskrobać i dokuczyć. Nie spodziewajcie się odpowiedzi. Wywalanie tego typy wypocin zamierzam bezwględnie wprowadzić w życie od teraz dla dobra mojego i moich najbliższych, obiecując im, że obce jednostki złego humoru  w naszą codzienność wprowadzić już nie zdołają :) Niech szukają sobie innych worków do bicia, tudzież terapeutów i innej pomocy specjalistycznej  w celu rozwiązania ich ewidentnie poważnych problemów wewnętrznych. Jeśli komuś nie podoba się to, z czym tu spotkać się może, jest na to wyjątkowo prosty sposób: taki krzyżyk malutki w prawym górnym rogu :)
OK, wywalilam, ulżyło, więc do pracy wracać mogę...
Z wyjazdu jeszcze tylko moje smaczki powklejam i idę dziubać dziubanko moje, bo znowu skurczenie doby odczuwam jakoś intensywniej ;)


Nawąchałam się drewienka...


... nagłaskałam relaksacyjnie życzliwego, psiego łebka (nieocenione wręcz działanie w sytuacjach stresowych i w mniejszych, czy większych smuteczkach ;)


 ... pospacerowałam, co dla mojego przeciążonego siedzeniem kręgosłupa aktualnie jest bardzo ważne, no i wysiedziałam się wieczorowo przy piecyku trzaskającym ogniem.
Gdzie byłam? W moim ukochanym Chełmsku Śląskim, w którym jeśli jeszcze ktoś nie był, ten gapa ;) Wszystkie szyjące niewiasty powinny odwiedzić chatki tkaczy śląskich, którzy piękny len tkali, no i na pogaduchy do Apostołowej kawiarenki wpaść w celu konsupcyjnym, bo żonka tegoż pana cud miód malina ciacho według starej receptury wypieka :)
Mam nadzieję, że ta ekspresowa regeneracja pomoże teraz w zakończeniu wszystkich prac twóczych, na które czekacie cierpliwie...
Miłego weekendu Robaczki Wy Moje,
mój będzie pracowity.

Z radosnym pozdrowieniem żegnam się dzisiaj
Wasza A.


poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Wiosna... czas coś zmienić


Robi się pięknie... Sporo gałązek ukwieconych, zieleń w najświeższym z odcieni przedziera się w tło z każdej strony. Dzisiaj może cudnie wiosennie nie jest, bo czymś paskudnym znów sypnęło z nieba i wieje tak, że łeb urywa...  Wczoraj jednak było pięknie, więc w magiczny zawilcowy zakątek wybrałyśmy się z dziecięciem moim. Kilka obrazków zachowamy na dni mniej pogodne, żeby oczy cieszyły, a parę chyba w ramki włożę i na półeczkę ustawię :)


Taki dywan to marzenie. Jestem typem antydywanowym i antyfirankowym i wolę deptać nagie, najlepiej skrzypiące podłogi i patrzeć przez okna daleko, bez zasłaniania ich poliestrowymi zwisami, ale taki dywanik mogłabym mieć pod stopami całorocznie.






Nauka fotografii idzie mi powoli, ale sprawia wielką frajdę. Czasu na malowanie obrazów brak, a takie łapanie kadrów jest trochę jak zastępstwo za tworzenie pędzlem na płótnie. Płócien krycie zostawiam więc takim artystom, jak moja mamcia, której prace wkrótce Wam zaprezentuję. Ja pozostaję wierna nitce z igłą i mojemu magicznemu szkiełku, przez które trochę tego mojego świata mogę Wam pokazać.
Najchętniej dzisiaj legła bym sobie na takie zielone dywany, ale pracy tyle, że kichnąć nie ma kiedy. Chwilami dół mnie dopada, bo ciągle z czymś nie wyrabiam czasowo, ale każdy dzień jest tak wypchany po brzegi, że rozdwajam się i roztrajam, żeby wszystko jakoś takoś ogarnąć. Na tyle kawałków podzielona padam wieczorem, żeby przez krótki sen mogły się znów posklejać w jedną całość. Czasem jednak rzucając krótkie spojrzenie w stronę lustra widzę, że z upływem lat ta składanka sklejanka przypominać zaczyna z lekka portrety Picassa :P  Dlatego też swoimi własnymi zdjęciami raczyć Was nie będę zbyt często. 
Dzisiaj zarządzam sobie dzień porządkowy, bo w tym ciągłym biegu sieję po całym domu szmatkami, wykrojami i całą resztą rekwizytów mojej codzienności.  Czas ogarnąć ten cyrk. Z wiosną więcej powietrza się chce. Więcej tlenu zaserwuję więc dzisiaj swojej domowej przestrzeni, szafom i szafeczkom. Mam nadzieję, że kontener pod domem zdoła ogarnąć temat ;) Żeby  proces twórczy mógł trwać w stanie niezakłóconym muszę się odgruzować troszeczkę. Chaos dookoła jest powodem chaosu w głowie, a wtedy ani myszy, ani miśki szyć się nie chcą takie, jak lubię. 




Żegnam się dzisiaj z Wami nowym misiem błękitkiem, podciągam rękawy i zabieram się za pracę.
Miłego tygodnia
Wasza A.