Obserwatorzy

sobota, 24 czerwca 2017

Nie samym chlebem człowiek żyje...

Zdecydowanie potwierdzam co w tytule. Nie samym chlebem człek żyje, bo do chlebka jeszcze masełko by się zdało  ;). Jeśli chlebek dobry to i samo masełko wystarczy, bo pyszny to zestaw. Smacznego pieczywa jednak w dzisiejszych czasach  ze świcą szukać można. Nam się jednak udało :)
Nasze sobotnie wyprawy na targowisko stały się już małą tradycją. Kiedy wszyscy weekendowo pod kołdrą chrapią ja i pan I. wymykamy się z domu i jedziemy na polowanie zakupowe. Ogromnie lubię te nasze wyprawy. Nic, że wstać trzeba o 5 rano, zimą opatulić się jak Eskimos i po ciemku jeszcze szukać czego nam trzeba. Lubię i już. Targowisko spore i pełne wszystkiego. Tu mebelek, tu kubełek, malowidło artysty nieznanego między rzodkiewką i kwiatkiem na rabatki. Co komu trzeba na 99% tutaj znajdzie. My znaleźliśmy nasz chlebek idealny właśnie i regularnie po niego turlamy się kilometrów parę za miasto co sobotę. Bochen konkretny, piękny kwadraciak, pachnący tak, że całe auto wypełnia swoim aromatem. Zero spulchniaczy, polepszaczy i całego tego badziewia, które wciska się nam w produktach pieczywopodobnych. Zakwas, 2kg mąki i efekt taki, że ja odpadam. Zjadamy do ostatniej kromki. Przez cały tydzień jest niezmiennie pyszny.Skórka może trochę twardnieje, ale wnętrze miękkie jak trzeba. Chleb... jedyny pokarm, który przez całe życie się nie nudzi. Ten konkretnie naprawdę wart jest naszych wycieczek :)


Ktoś może powie, że to zachwyt banałem. Dla mnie jednak chleb prawdziwy to wartość ogromna. Zwłaszcza, że większość produktów aktualnie dostępnych w sprzedaży powoduje problemy żołądkowe większe i mniejsze, alergie pokarmowe, nietolerancje tego i owego. Jajka kurze cuchnące mączką rybną, ziemniaki, które zamiast z czasem wysychać i kurczyć się jak rodzynek rozpuszczają się i capią padliną. Wyliczać można długo. Kiedyś krzywa marchewka i śliwka z robalem były normą. Teraz są produktem eko, za który często krocie płacić trzeba. Wszystko za sprawą pogoni za pieniądzem, która ma wrażenie zapędziła nas już w kozi róg. Zwiększanie produkcji, wydajności z hektara i mamy to, co mamy. Brzuchy puchną, grypy jelitowe szaleją, dzieci i dorośli cierpią, bo jesteśmy tym, co jemy. Chemia we wszystkim- karma dla ludzi niczym dla psów i kotów. Wiary w czystość produktów bio, które aktualnie pojawiają się w najbardziej popularnych sklepach sieciowych , szczerze mówiąc nie mam. Jeśli ktoś tak odważnie handluje czymś, co zdrowe nie jest, do końca szczery nigdy nie będzie. Ot, chwyt marketingowy na zatrute już dość solidnie społeczeństwo. Cena trzy razy większa, sprzedaż bardziej się opłaca, a te bio bananki to i tak pryskane były, żeby do nas w oględnym stanie dojechać. Tofu, humusom, bulgurom, bezglutenowym ciasteczkom, bezlaktozowym serkom, ksylitolom i  innym tworom dzisiejszej foodkultury dziękuję. Stawiam na chleb, co ma smak, jajko od kury, co lata po podwórku, kapustę kiszoną nie zakwaszaną, miód zamiast słodzików chemicznych i tę marchewkę, co może pokracznie urosła, ale nadal marchewką smakuje. Po te produkty gnać będę ze śpiewem na ustach w najgorszą nawet pogodę. Przyjemność mam też ogromną z krótkich pogawędek z panią od chlebka, z rolnikiem, co jajka sprzedaje i wita z uśmiechem "Ach, to Pani!". Sprzedawca ziemniaków, też wie,  że zawsze proszę o te pizdryczki ( małe ziemniaczki młode, co do skrobania wkurzające nieco, ale za to jakie smaczne :) Z takimi zakupami wracam do domu w przednim humorze, w przeciwieństwie do poczucia traconego czasu na kolejki i bieganie po supermarkecie...




Po tym pachnącym śniadaniu energii do pracy mam więcej, lecę zatem dziubać, co tam zamówione ;) Nóżki wypychać, falbanki prasować i pakować dla Was pudełeczka :)







Girlandę z dzwoneczkami jeszcze jedną mam dostępną, jeżeli więc ktoś chętny, to zapraszam do kontaktu drogą mailową: annaporeda1@gmail.com
Można mnie też złapać instagramowo, a i do obserwowania profilu zapraszam serdecznie :):


Wszystkim, co wakacje właśnie zaczynają życzę udanego i bezpiecznego wypoczynku. Ja w tym roku urlop mam na balkonie, jeszcze tylko krzesełka odmalować sobie muszę i nowe siedziska im poszyć :) Póki co praca w toku :D

Miłego weekendu Kochani
Ściskam
Wasza A.

czwartek, 8 czerwca 2017

Mydło w oczach.

Mydło w oczach to mi się pojawia za każdym razem, kiedy mam przyswoić jakąś instrukcję użytkowania.
No oporny ze mnie egzemplarz strasznie i naukę obsługi wszystkiego muszę przyswajać empirycznie, nic w teorii. Opisy konstrukcji szycia z Burdy, czy innych magazynów modowych też jak dla mnie pisane są językiem niezrozumiałym. Jakby do Chińczyka po polsku gadali. Nowy telefon i mini książeczka do przewertowania? Dla mnie maxi zagwostka, żadna pomoc. Wszystkie guziczki muszę obmacać po swojemu, powciskać, pomieszać i nawet narozrabiać, żeby samodzielnie dojść w którym miejscu napsociłam, następnie naprawić. Tak się uczę, tak zapamiętuję najlepiej.  Nawet jeśli jakaś instrukcja obłsugi językiem prostym z pozoru jak krowie na rowie jest pisana, to i tak w kąt u mnie poleci i tyle. Mydło w oczach dostaję czytając kolejne linijki, jakby mi się mózg od reszty ciała odłączał. Wszystkie jednak te książeczki od każdego domowego sprzętu trzymam grzecznie w sporym pudełku tak na wszelki wypadek :P
Od jakiegoś czasu zbieram się z otwarciem autonomicznego sklepu internetowego i znów pojawił się problem, tym razem nauki obsługi oprogramowania. Sklep na obecnym etapie rozwoju mojej firemki, firemeczki powiedziała bym nawet, wydaję mi się naturalnym punktem do zrealizowania. Jeżeli coś się robi z założeniem, że to będzie na poważnie, nie można ciągle kręcić się wokół własnej osi. Niby współpraca z internetowymi galeryjkami ma jakieś swoje plusy, ale ostanio jakoś więcej minusów dostrzegam. Przede wszystkim duże prowizje doliczane do cen produktów, przez które uzyskanie ceny satysfakcjonującej dla mnie jako twórcy i jednoczesnnie atrakcyjnej dla klienta , staje się trudne, lub niemożliwe nawet. Jak to w każdej działalności zatem: im mniej pośredników, tym lepsze efekty. Zatem sklep będzie, to już postanowione. Ruszam z końcem sierpnia, bo i z tym mydłem w oczach będę musiała sie uporać, no i o zatowarowanie na wirtualne półeczki muszę zadbać. samo się nie zrobi cnie ;)






Do sklepiku trafiać będą oczywiście moje dzieciaki słodziaki, czyli myszy, króliki, misiaki, kocurki i co tam jeszcze zwierzyńcowego wykluje się pod igłą , no i najróżniejsze elementy wystroju wnętrz  głównie dla maluszków. Mam nadzieję, że tym razem plan uda się zrealizować w 100%.  Sklepik myślę ułatwi Wam dostęp do tego, co aktualnie będzie dostępne i komunikacja ulegnie poprawie też, bo do obsługi sklepu przed zatrudnieniem pomocy rąk dwóch już się raczej nie wymigam ;)

Jeżeli ktoś z Was ma doświadczenia z budową sklepu internetowego chętnie przyjmę wszelkie wskazówki. Dobre rady bardzo się przydadzą ;)  Zdecydowałam się na platformę shoper.pl i właśnie młócę wszelkie informacje w temacie, uff....

A jak tam u Was z nauką obsługi sprzętów? Jesteście w stanie przyswoić z nich wiedzę, czy raczej włącza Wam się samouczek jak u mnie? ;)

Buziaki dla Was i do przeczytania w najbliższym czasie
Wasza A.

wtorek, 6 czerwca 2017

Dziewczyny w portkach :)

O jak to dobrze, że Coco Chanel zafundowała nam rewolucje odzieżową i pozwoliła dziewczynom założyć portki :D  Możliwe, że jeśli nie ona, to ktoś inny później uczyniłby to samo, ale gdyby tak do dzisiaj obowiązek falban i krynolin nam pozostał, to ja bym miała przegwizdane...
Codzienne chodzę w spodniach, taki job... Kiedyś kolega z zespołu opowiadała żart o koleżance wiolonczelistce, która w sklepie poprosiła o marszczoną spódnicę, bo taką pracę ma, że ciągle musi nogi szeroko trzymać... Konsternacja na twarzy sprzedawczyni była ponoć mocno zauważalna. Ja mam taką pracę, że często na kolanach dzień spędzam, co też może brzmieć dwuznacznie. Nie potrafię jednak  wycinać projektów przy stole, nie lubię i tyle. Wolę rozłożyć się na panelach. Kolana w spodniach wiecznie poprzecierane, ale wygodnie bardzo. Świątecznie tylko wbijam się w kiecki ku wielkiemu zaskoczeniu i radości drugiej mej połowy ;)  Codzienny strój  standardowo: T-shirt i dżinsy, ot taka niemodna ja ;)
Myszki i miśki od dawna stroję w te falbanki, ale czas na rewolucję odzieżową również w moim pluszowym światku ;)


Miśka fajne portki ma i w dodatku w jednym z moich ulubionych kolorów: malinowym różu. Najbardziej lubię takie właśnie, niedosłowne odcienie, pudrowe róże, błękity z nutką szarości, przydymione zielenie...




Pierwsza zaportkowana była jednak myszka:


Myszowata powstała dla dziewczynki, co to z natury antybaletnicą  jest i w dodatku fajnych braci ma. Całe towarzystwo w ogrodzie mamusi dzielnie pomaga, więc i strój musiał być odpowiedni :


Cała ta ferajna pojedzie wkrótce do nowego domu. Myszka w portkach świetnie odnalazła się w męskim towarzystwie równie ogrodniczo odzianym. Chłopakom rewolucji odzieżowej nie zafunduję, bo wbrew nowym trendom lubię jak facet facetem jest i raczej w kiecki się nie przebiera.

Zaraz znów na kolanach ląduję, bo ciałka trzeba wycinać.
Z perspektywy panelowej pozdrawiam Was bardzo serdecznie!
Wasza A.

P.S. Miśka w malinowych portkach jeszcze dostępna do kupienia ;)




niedziela, 4 czerwca 2017

Rękodzielnicze zachwyty :)

Jakiś czas temu obiecałam Wam przedstawić kilka postaci ze świata rękodzielniczego, które moim zdaniem zasługują na Waszą uwagę. Osób wykonujących prace w różnorakich technikach jest aktualnie całe mrowie. Bazarki sezonowe, sklepiki z rękodziełem, blogi, "fejsbukowe" strony sprzedażowe rozmnażają się jak króliczki. Dużo tego wszystkiego , no i jakość, mówiąc delikatnie, bywa różna, a czasem wręcz żadna. Rękodzielnicy prześcigają się też często nie w ambicjach i kreatywności, a jedynie w cenie. Wszystko, byle by sprzedać swoje, najlepiej jak najwięcej, najskuteczniej. Portfel pełny, kasa się zgadza, no i jest nadzieja, że konkurencję ceną się wykosi...
Przykładem idealnym mogą być szyte tulipanki, których to autorów uaktywnia się gromada licząca setki osób, jeśli tylko na FB ktoś na takowe zgłosi zapotrzebowanie. Aby konkurencyjnym być cena leci w dół na twarz i jakością praca poziom bruku osiąga w oka mgnieniu. Widziałam już takie 3zł za sztukę. Uroda adekwatna do ceny. Myślę, że nawet Chińczyk z Aliexpress wolał by wydać pieniądze gdzie indziej. Jednak i na taki towar chętni się znajdą. Dlaczego? Tak już świat jest urządzony, że odbiorców słabej jakości towaru jest więcej, niż tych, którzy jakość ocenić potrafią i oczekiwania co do niej mają konkretne. Wierzcie mi też, że nie jest to kwestią zasobności portfela. Mój nigdy zbyt grubiutki nie był, ale jestem zdania, że mając mało, tym bardziej nie stać człowieka na wywalanie pieniędzy na barachło. Środkowa półka cenowa zawsze była moim celem, bo na tę najwyższą jeszcze muszę dłuuugo popracować ;) Kupowanie najtańszych produktów zbyt często bywa wyrzuceniem ciężko zarobionych groszy na coś, co szybko ląduje w kubełku na śmieci. Zdecydowanie, nie stać mnie na to. Na co zwracać uwagę wybierając prace rękodzielnicze? W pracy rąk diabeł tkwi w szczegółach. To detale stanowią o wartości całości. Sweterki Chanel są drogie, bo i jakość materiałów jest bardzo restrykcyjnie kontrolowana, a i wykonanie to mozolny proces wymagający i wiedzy, i czasu. Odszycie listwy z guziczkami następuje po ręcznym przeliczeniu liczby oczek.Wszystko musi być na swoim miejscu, według ściśle określonych standardów. Bez wiedzy jak starannie prace są wykonywane nie każdemu udaje się wyłapać różnicę pomiędzy rękodziełem, a rzeczą ręcznie wykonaną. Wierzcie mi jednak, że różnica jest ogromna. Już sama nazwa "rękoDZIEŁO" brzmi przecież dumnie. Dzieło, to twór posiadający wysokie walory estetyczne, jest zwyczajnie mówiąc PIĘKNY. No i ten drugi człon, o którym też się ciągle zapomina: "ARTYSTYCZNE", takie poparcie idei jaką jest tworzenie rzeczy ręcznie przy małym nakładzie, ale o wielkiej wartości i dużym ładunku emocjonalnym. Wielu pisze ksiązki, rzeźbi, wiersze klepie, ale nie każdy efekt takiej pracy porusza, zapada w pamięć i jest wystawiany na piedestał przez wieki całe. Rękodzieło jest również dziedziną, w której należy dążyć do doskonałości, a twory charapane na ilość i dla szybkiego zysku na nazwę rękodzieło zwyczajnie nie zasługują.
Jak to jest, że jedni różnicę dostrzegają, a innym jest wsjo rawno? Oglądając niedawno jeden z programów Doroty Szelągowskiej  dotarło do mnie, że taką zdolność albo trzeba w sobie mieć, albo wypracować ją na odpowiednim poziomie. Jak ze smakowaniem wina. Można pić procenty przez całe życie wyłącznie dla tych procentów, ale można nauczyć się wino smakować i dopieszczac podniebienie.
Pani Dorota wykonując projekt pokoju dla bliźniaków, kiedy tylko chłopcy stanęli przed nią po raz pierwszy, wyłapała w nich wszelkie różnice wizualne. Ja jakimś cudem też nigdy nie miałam problemów z identyfikacją moich koleżanek bliźniaczek, których miałam po jednej parze i w szkole, i w szkole muzycznej, i na podwórku też. Zawsze wiedziałam która jest która, bo zawsze zwracałam uwagę na drobnostki. Z pozoru tacy sami, praktycznie identyczni ludzie, a jednak inaczej się uśmiechają, inne gesty wykonują, często masa ciała, wzrost jest innny, albo ze względu na cechy charakteru jedna z dziewczyn jest bardziej rostrzepana i nigdy nie chce się jej rozczesać kucyka porządnie ;) Agata i Beata z mojej klasy licealnej wiedzą o czym mówię ;) Wielu mogły robić w balona, zamieniać się na lekcjach wypychając do tablicy tę mocniejszą z chemii, ale kto różnicę w detalach przyswoił, ten wiedział co jest grane.  Tak samo działa ocena wizualna wszystkiego, z czym się stykamy w życiu. Tak samo jest z rękodziełem. Im więcej detali jest starannie ogarniętych, dopieszczonych, tym większa wartość całej pracy. Nawet jeśli dla niektórych dając im do rąk dwie lalki wykonane z jednego projektu przez dwie różne osoby różnica nie będzie do wyłapania. Dla kogoś, kogo poczucie estetyki czochra czołem po rynsztoku nawet dzieła Leonardo da Vinci  bedą zwyczajnymi mazidłami.   Jeśli jednak komuś zależy i chce dostrzec różnicę warto, żeby nauczył się otwierać oczy szerzej i widzieć drobnostki zanim zainwestuje w śmieci.
Kim zachwycam się ja w rękodzielniczym świecie? Jest paru artystów wielkiego kalibru, na których trafiłam buszując po sieci miedzynarodowo, ale u nas również znajdziecie paru skromnych, acz niebywale zdolnych ludków, do prac których wzdycham niezmiennie.

Pierwsza do golenia Marta... No i żeby nie było, nie jest to post sponsorowany i bez oczekiwań w zamian pisany. Zwyczajnie dzielę się z Wami tym, co dobre, bo tym zawsze dzielić się jest najprzyjemniej :)

Wracając do wspomnianej Marty. Marta, czyli Meis Ideis http://meis-ideis.blogspot.com/  prawdziwa czarodziejka lnianych konstrukcji. Nie dość, że cudnie ten lniany swój świat obszywa, to jeszcze na dokładkę obłędne zdjęcia czyni. Ktoś kiedyś zarzucił mi samej, że takie zbliżone mocno zdjęcia robię i przez to wszystko duże się wydaję. Na zbliżonych zdjęciach jednak widać dokłanie całe starania, godziny pracy i to serce, którym niektórzy szczycą się przy  swoich masówkach, a serca w nich nie widać wcale, no chyba, że do mamony. Marta zbliżeń nie musi bać się wcale. Niezwykle umiejętnie dokumentuje pracę w swoich kadrach, a ja zawsze z zachwytem zaglądam na jej profil. Dłużej więc nie gadam, sami zobaczcie, bo warto. Takie prace warte są wiele, nie mówiąc jedynie o finansach. Warte są wspierania i doceniania. Druga taka Marta Wam się nie powtórzy ;)
Pozwolę sobie jeszcze tylko podkraść jedno z jej zdjęć dla Was tak na zachętę:

Zdjęcie pochodzi z bloga meis-ideis i jest w całości jej własnością. 

Czarodziejka kolejna: Jagoda z http://jagodowo-art.blogspot.com/  ale więcej prac znajdziecie na FB.
Mistrzyni masy solnej. Materiał niby banalny, bo i dzieci w przedszkolach w masie solnej pracują, ale Jagoda wyniosła ją na poziom mistrzowski.

Zdjęcie pochodzi z bloga jagodowo-art i jest własnością jego autorki

Czy nie jest piękny? Każda jedna krateczka, kropeczka, każda fałdka spódniczki jest przemyślana, staranna, nic za dużo, nic za mało. Tak pięknych prac z masy solnej nie widziałam nigdzie, mimo, że trochę zjeździłam i się naoglądałam różności. Dla Jagody ogromne brawa i ukłony.

Czas na konkurentkę ;) czyli kobitkę, która jak ja głównie zabawkami szytymi się para. Niby konkurecji nie powinno się promować, ale jak jest zdrowa, niezawistna i motywująca, to żaden strach mówić o niej światu. Moja ulubiona konkurentka: Ela z http://elis-zamiast.blogspot.com/ 
Kiedy zgłasza się do mnie ktoś z zapotrzebowaniem na coś, czego nie mam w swojej ofercie, ze spokojem serca mogę polecić Elę, bo wiem, że oddaję moich klientów w dobre ręce. Te ręce właśnie Eluśkowe wszystko doszywają jak trzeba, wypychają pięknie, dekorują starannie i rzetelnie godzinami całymi pracują nad jak najlepszym efektem. Wszystko, co doprasowane ma być, jest doprasowane. Stebnowania dopasowaną kolorystynie nitką ( tak tak, taki detal, o który nie dba wielu zabawkarzy... szycia zewnętrzne we właściwym kolorze, a nie wszystko szyte jedną nitką, byle szybciej...). Ela wie o co w tym wszystkich chodzi i czasem pogadamy sobie szczerze o zmianach w rękodzielniczym świecie. Głównie jednak telefonicznie, bo czasu brak na spotkania, bo staranna praca zawsze ten czas pożera zachłannie... Czasem też zastanawiamy się z Elą jak to jest, że ci, co barachło w świat wypychają dorabiają się majątków, a ci co się starają bardzo, tak często są niedowartościowywani... No ale Disco Polo też słuchają tłumy, a jazz jest dla nielicznych..., dlatego gwiazda polo disco mieszka w willi z basenem, a muzyk jazzowy nie ma kasy na paliwo, żeby na koncert dojechać :P  Ot i taka artystyczna rzeczywistość. Tych, co się starają docenia się pośmiertnie, kiedy brak jest mocniej odczuwalny i nic wartościowego nie powstaje na tle zalewającej nas bylejakości...
Eluśkowe skrzaty dla mnie bomba:

Zdjęcie pochodzi z bloga Elis i jest jej własnością
 
Wszystko równiutkie, tkaniny łączone zgrane ze sobą w punkt, na szwach nic się nie rozłazi, oczy nie jedno na Maroko drugie na Kaukaz, ale we właściwych miejscach i patrzą zalotnie. Eli anioły też zachwycają, no i koniki... ech... Elka, fajnie, że jesteś!

Czas na papierove love, czyli Ala i jej cudne wianki https://www.facebook.com/EKOwianki/


O Alicji kiedyś już wspominałam, ale mam wrażenie, że kobitka przerasta artystycznie samą siebie. Zatem przypominam Wam o niej z radością.
Wtedy też pisałam, że sztucznych kwiatów nie lubię, żywe wolę, ale w rękach Ali ten papier ożywa, rozkwita i zachwyca urodą. Jej prace są jeszcze piękniejsze, bogatsze i myślę, że to czysta przyjemność taki wianek zakupić i na niego patrzeć, lub podarować komuś, kto szczególne miejsce w sercu zajmuje. Ala, wymiatasz ;)

Tyle na dzisiaj. Obiad muszę zmontować, a w menu młode ziemniaczki z sosem śmietanowym na szczypiorku. Szczypiorek hodowla własna balkonowa . Pojęcia nie macie  jak się cieszę z tej zieleniny :DDD  Do tej pory byłam ogrodniczym destruktorem i każdą zieloną roślinkę doprowadzałam wolniej lub szybciej, ale jednak do zgonu... Niedawno coś się zmieniło i co zasieję, to rośnie :DDD )
Ziemniaczki wybrałam same pizdryczki takie, maleńkie jak orzechy, bo najsmaczniejsze. Ktoś to teraz oczyścić musi, więc zaraz szoruję do kuchni szorować i skrobać :)

Co u mnie szyciowo?  Różnorodnie bardzo, ale o tym za dni parę... Ostatnio grzebię znów wieczorami po zgromadzonej w domu literaturze i chęć mam wielką przerobić wzdłuż i wszerz projekty tildowe.
Wszystko prze tego kuraka ;)



Oki, zostawiam Was z lekturą i szczerą zachętą do odwiedzin u przedstawionych dziewczyn. Kochajcie rękoDZIELNIKÓW ARTYSTYCZNYCH bo dzielni są, zawsze się starają i nigdy nie przedkladają zysku ponad jakość

Z niedzielnym pozdrowieniem
Wasza A.

piątek, 26 maja 2017

Przywilej...

Drogie Mamy, Matki, Matuchny...
Wasze,nasze,moje święto dzisiaj. Ze świętami jest u mnie tak, że przede wszystkim powód do refleksji stanowią, a nie tylko pretekst do celebry. Myślę, że właśnie po to święta wymyślono, taka przerwa w codzienności na chwilę zadumy.
Jest taki film, do którego wracam z przyjemnością i zawsze ze ściśniętym gardłem i usmiechem na twarzy oglądam. Nim właśnie i moim osobistym przemyśleniem w związku z dziejszą okazją chcę się z Wami podzielić.
Matką być łatwo nie jest. Można czytać książki, poradniki wszelakie, albo sięgać po porady starszyzny plemiennej. Przy każdym dziecku jednak często trzeba szukać zupełnie nowych sposobów na ich kształtowanie i opiekę. Zostać matką bywa jeszcze trudniej. Taki paradoks, że Ci co bardzo czegoś chcą, mieć nie mogą, a Ci którym to lotto, od losu dostają bez żadnego ale. Z bycia matką trochę uczyniono mit, instytucję Matki Polki nawet, którą trzeba czcić bez względu na wszystko. Matkom przy rozwodach beż mrugnięcia okiem powierza się dzieci, mimo, że często to matkowanie wcale im nie wychodzi. Matki niejednokrotnie oczekują traktowania jak święte krówki, nawet jeśli swoje zadanie realizują w sposób głupi i nieudolny. Może i ktoś się wzburzy mocno na moje słowa, ale myślę, że bycie matką to przede wszystkim przywilej,ogromny przywilej przekazania tego, co w nas najlepsze, nowemu człowiekowi.
Nie, nie zjadłam wszystkich rozumów i sama każdego dnia uczę się na własnych błędach. Idealną mamą też nie jestem, ale póki mam okazję będę się starać, do błędów przyznawać, błędy analizować i wyciągać wnioski. Nie będę też nikomu mówić jak ma żyć, bo jeśli ktoś w tym temacie stawia siebie samego jako niezaprzeczalny autorytet, to guzik wie o życiu.  
Dostałam od losu okazję poznania człowieka, który ze mnie wyrósł, ale nie dla mnie, lecz samego siebie i świata. Mogę wpoić w tego człowieka, to, co sama uważam za dobre, to, czego sama się nauczyłam. Mam okazję obserwować jak na moich oczach wyrasta ktoś nowy z całą masą możliwości, lepsza wersja mnie samej może. To ogromny przywilej.
Nie raz i nie dwa spaprałam coś książkowo w tym temacie, ale wierzę, że wszystko można naprawić póki tu jesteśmy. Będę się starać być matką kochającą i wspierającą,bo to najcenniejsza rzecz jaką można dziecku podarować. Nieistotne ile kasy w życiu wywalicie na swoje potomstwo, jakie sprzęty kupicie, w jakie szmatki ubierzecie i w ile zajęć pozalekcyjnych zainwestujecie swoje fundusze. Dajcie ile chcecie, ile możecie, bez wyliczania i wpędzania we wdzięczność, czy obowiązek zwrotu wkładu.. Przede wszystkim dajcie swoim dzieciom poczucie własnej wartości i wiary w ich możliwości. Bądźcie wsparciem i oparciem, bądźcie ich siłą i drogowskazem, a kiedy przyjdzie czas nie podcinajcie skrzydeł, żeby zatrzymać w gnieździe. Bądźcie zwyczajnie mądrymi matkami, czego sobie i Wam z całego serca życzę.


Moja dziewczynka, co spod serca wyskoczyła, jest już dorastającą kobietą. Czasem jeszcze głupitki dzieciuch jej  się włącza, ale za parę lat zacznie swoje własne, dorosłe życie. Wierzę, że będzie dobrym człowiekiem, chociaż jeden z moich licealnych profesorów powtarzał zawsze, że dobra, to może być kiełbasa śląska :P Ma prawo do własnych błędów, osiągania własnych celów, budowania świata według jej własnej wizji. Ja tu będę i w razie czego tak po matczynemu się przydam, doradzę, wesprę, przytulę i puchnąć z dumy będę sobie też :) Nie dla siebie urodziłam i wychowałam, a dla niej. Co zasiałam niech rośnie, a świat stoi przed nią otworem.

Mamą można być i bez bólu porodowego. Wystarczy miejsce w sercu znaleźć dla kogoś, kto do serca przytulić się pragnie. Mała i Duża... dziękuję Wam obu, że jesteście. Dzięki Wam moje matkowanie to najpiękniejsza misja  w życiu! T. i W., Wy wiecie, że kocham <3 <3

Wspomniany wcześniej film to francuska produkcja z 2014 roku " Rozumiemy się bez słów" ( tytuł oryginalny: "La famille Bélier" ) Znajdziecie w sieci. Polecam gorąco na wieczorny seans ;)  Finałowa piosenka i scena pożegnania, ech... Nie będę Wam mówić jak je odczytać. Zostawiam to Waszym przemyśleniom. Chłońcie każdą chwilę z przywileju macierzyństwa. Wykorzystajcie go w pełni :)

Wszystkiego najpiękniejszego z okazji Dnia Matki!

Wasza A.

poniedziałek, 22 maja 2017

... Że co, że jak??!!

No pięknie...
Ostatni wpis na blogu datowany na 25 lutego, a tu maj już finiszuje prawie...
No nie popisałam się i tyle.
Taki jednak był czas, który obawiam się trwać będzie jeszcze trochę, że na gadanie chwil wolnych brakuje. Wszak z gadania jest niewiele, a nam praca konkretna i wymierna, boleśnie przeliczalna na grosze i złotówki potrzebna. Zatem ile bym sobie samej  i Wam nie obiecywała systematyczności w blogosferze, to i tak na ziemię ściągać mnie będzie sporządzana każdego dnia lista zadań do realizacji, które to pozwolą nam odmienić znacząco nasz mieszczański żywot.
Dziubię więc swoje dzień po dniu, a że nadziubać to tu się trzeba konkretnie, żeby na codzienny chlebek starczyło po odliczeniu wszelkich składek, datków i haraczy, więc siedzę zagrzebana po czubek kokardki w moich szmatkach zszywając kolejne łapy, uszy i mordki uśmiechnięte.








To taki maleńki wycinek tego, co w międzyczasie spod mojej igły wyskoczyło w świat, Kiedyś muszę usiąść i przeliczyć matką ilu myszy, koników i misiów zostałam już od czasu, kiedy na rzecz tej dziubaniny porzuciłam dziadkowe skrzypeczki. Dziennik urodzin ciągle się zapełnia grosik za grosikiem przybliżając nas do marzenia największego. Jesteśmy na ostatniej prostej i już cel w zasięgu wzroku mamy. Dobre duchy pomagają, dobrzy ludzie słowem wspierają, a uczciwa i sumienna nasza praca buduje w nas nadzieję. Niedowiarkom i malkontentom powiem więc króciutko: warto jest marzyć  i szukać nieustannie dróg do wcielenia marzeń w życie. Trzeba jednak cierpliwym być i każdego dnia to marzenie w sobie pielęgnować.

Nie gadam już dzisiaj dłużej, bo noc już późna... Zrobię jeszcze tylko listę poniedziałkowych zadań i wtulić się w poduchę uciekam.

Tym, co jeszcze gałgankowy świat COTTONI  odwiedzają, życzę dobrego tygodnia. Nowych na pokładzie ( właśnie odkryłam, że mimo mojej nieobecności sporo się tu działo i czytelników nawet przybyło :))) ) witam serdecznie i dziękuję za Waszą obecność.
Więcej zdjęć  do wglądu znajdziecie na moim instagramie. Jakoś tak łatwiej ostatnio było mi dokumentować moją pracę właśnie na jego łamach. Chętnych zapraszam serdecznie:  https://www.instagram.com/cottoni_annaporeda/

Do następnego... mam nadzieję już bez przerw tak długaśnych ;)
Wasza A.

sobota, 25 lutego 2017

Taki czas...taki klimat...taki kraj...

Rok rękodzielniczej pracy dyktowany jest w dużym stopniu przez sezony przedświąteczne i świąteczne. Latem zaczyna się myśleć i działać w kierunku Bożego Narodzenia, zaraz po Gwiazdce krążą po głowie myśli o Wielkiej Nocy i jeszcze innych świętach drobniejszych, które po drodze, Zapas czasu na przygotowanie wszystkiego trzeba mieć i to spory. Ostatnimi czasy pojawia się jeszcze potrzeba walki o przetrwanie w rozrastającej się rękodzielniczej dżungli. Znikają z horyzontu wyrastające wcześniej jak grzyby po deszczu sklepy z chińszczyzną, za to pojawia się na każdym kroku efekty pracy polskich Azjatów, którzy liczą na szybki zysk, albo jakikolwiek zysk szyjąc, klejąc dziergając i zbyt często niestety kopiując kropka w kropkę pracę innych. Allegro, OLX, Facebook i sezonowe bazarki przelewają się od zrobionych na szybko tworów, które często straszą poziomem wykonania i nawet Chińczyk nie jeden złapał by się pewnie za głowę widząc te cuda. Zaraz pewnie ktoś mi tu do gardła zechce skoczyć, że niby ja taka perfekcyjna i muchy w nosie mi się zagnieździły. Nic bardziej mylnego. Świadomość jakości jaką wypuszcza się w świat to nie muchy, ani sodówa w głowie. Długo, bardzo długo moje prace lądowały w tzw. szufladzie, bo brakowało mi pewności, czy aby to, co spłodziłam jest na tyle dobre, żeby pokazywać światu. Chodzi raczej o uczciwość z jaką traktuje się swoją pracę i odbiorcę, w którego ręce trafiają efekty tego mozolnego dziubania. Często i co raz częściej znajomi podsyłają mi linki do stron uzdolnionych "zainspirowanych" z komentarzem : "Patrz, przecież to Twoje!". Czekają czy będę interweniować, czasem sami wszczynają wojnę. Ja na wojny jednak nie mam ani ochoty, ani tym bardziej czasu. Nawet kiedy widzę próby jak najwierniejszej kopii tego, co tam kiedyś się zrobiło, to niestety, a może stety już na zdjęciach widać jak bardzo to nie jest moje. Lenistwo i niedbalstwo widoczne w rozłażących się szwach, łapach z cellulitem czy koszmarnie krzywych stebnowaniach często białą nitką po granacie, czy czerwonym, bo nie chciało się komuś nawet nitki wymienić. Cóż, mnie się chce i chce mi się jeszcze więcej, Codziennie chce mi się stawać lepszą wersją samej siebie i tyczy się to również poziomu wykonywanej pracy. Idę więc robić swoje  dzisiaj jeszcze lepiej dla siebie i dla Was. Głęboko wierzę, że jakość obroni się sama, a chodzenie po wydeptanych ścieżkach nie prowadzi w żadne nowe miejsca,

 





Przy wykonaniu każdej pracy staram się pamiętać o tym, że diabeł tkwi w szczegółach. Spaprany detal psuje obraz całości jak ubłocone, czy fatalnie dobrane buty do najpiękniejszej nawet kiecki.
Z wielką przyjemnością i radością odkrywam jednak artystów, którzy swoją pracę traktują z najwyższą powagą i dbałością o najmniejsze nawet pierdółki. O nich w najbliższym czasie kolejno będę Wam opowiadać. Jest parę istot bosko tworzących w papierze, drewnie, masie solnej, modelinie, a także szyjących tak, że serce rośnie na sam widok. Tacy twórcy inspirują, ale inspiracja to dodawanie sobie skrzydeł, a nie włażenie im na garba i podglądanie każdego ruchu ręki. Inspiracja jest bodźcem do realizowania własnego pomysłu, czegoś nowego, przesiąkniętego duszą i sercem autora. Moje własne prace wyrastały na gruncie projektów tildowych i często też do nich wracam z ogromną przyjemnością i sentymentem. Staram się jednak, żeby miały charakter indywidualny, mój własny, żeby nie były tylko wierną kopią wzoru z książki, ale żeby mówiły coś o mnie samej.
Dla przypomnienia pewnym kopiącym mnie po kostkach miś tildowy wygląda tak:

Źródło Pinterest: tilda-mania.ru



Jeden wykrój, cała masa możliwości. Z tego misia tildowego wyrosły moje własne:



Wyrosły z niego też myszy i lalki. Wystarczy ruszyć głową i skupić się na pracy swojej, nie innych ;)


Wielkanoc nadchodzi wielkimi krokami. Wiatry wieją solidne i jest nadzieja, że wiosenkę przywieją już niedługo zmieniając krajobraz na soczysty, zielony, inspirujący kolor ;) Idę więc robić swoje upierdliwie czepiając się każdego skraweczka ucha i spódniczki.

Dobrego weekend'u życzę!
Wasza A.

sobota, 11 lutego 2017

Poranki pewnej Anki


W sumie to nie wiem, którą porę dnia lubię bardziej.  Wieczory, kiedy wszyscy domownicy są już pod jednym dachem, lubię za to powolne wyciszanie dnia, aż po sen spokojny. Człowieka taka błogość dopada, kiedy poogarnia, co miał do ogarnięcia i zmęczony, ale spełniony kładzie się u przyjaznego boku. Takie poczucie dobrze wykorzystanego dnia ja osobiście bardzo sobie cenie.
Poranki też bardzo lubię, bo zupełnie inna energia w kościach i duchu jest wyczuwalna. Poranna kawa w dłoni, a w głowie myśl, że oto dzisiaj właśnie świat mogę zawojować. Zmienić mogę to i tamto, ruszyć naprzód, pokonać co niepokonane i być lepszą wersją siebie z wczoraj. Obie pory dnia mają w sobie coś szczególnego. Nad środkami muszę jeszcze popracować, bo okropnie brakuje mi wspólnych obiadów przy jednym stole. Coś muszę wymyślić, żebyśmy tak strasznie od świtu do nocy nie biegali osobno... hmmm...
Śniadanko dzisiaj zacne, chociaż bez bicia przyznam się, że nie za często takie bywa. Przeważnie wychylam ten kubek kawy i lecę podbijać mój świat. Żołądek budzi mi się dopiero tak po godzinie w porywach do dwóch i wtedy  dopiero jest w stanie przyjąć jakieś papu. Wiem, niezdrowo i nikomu nie polecam takiego trybu życia. Postaram się poprawić również ten stan rzeczy, może od dzisiaj właśnie ;) Aktualnie śniadanko okazało się koniecznością, bo z nim w parze idzie spora garstka prochów. Tak się bowiem dziewczynka leczyła pięknie, że wyhodowała sobie zapalenie oskrzeli :( Siłą rzeczy trzeba było więc zwolnić. Zapalone oskrzela to już nie przelewki, antybiotyk przyjąć musiałam i uczciwie położyć zadek do wyrka też. Nie ma jednak tego złego, co na dobre by  nie wyszło, popracuję więc nad zmianą nawyków śniadaniowych i nad czymś jeszcze... nad pracą z kalendarzem. Ot taki ze mnie typ artystyczny, niepokorny, co zegarka nie nosi, w kalendarz nie zagląda zbyt często i żyje sobie trochę ponad czasem ;) Czas jednak to zmienić, przystosować się społecznie nieco bardziej. Na czas żyją wszyscy dookoła, czas na pieniądze przeliczają, gonią do przodu kiedy ja ciągle z tyłu... Może troszkę ich dogonię jeszcze :)
Od dwóch dni biorę w łapę uczciwie ten kalendarz nieszczęsny i planuję dzień po dniu co do zrealizowania. Łatwiej jakoś ogarnąć te plany kiedy na papierze zostają spisane. Może też różnego rodzaju okoliczności przestaną mi umykać, a wierzcie lub nie niektórzy nie potrafią zrozumieć, że z tym kalendarzem codziennie bratać się nie umiałam i czasem jakieś imieniny, czy inna bzdurka zostały w niepamięci. Urodzinowe terminy jakoś  jeszcze ogarniam, ale te imieninowe nieistotne wcale, włącznie z moimi własnymi. Sa jednak ludzie, dla których ta moja niepamięć okazuje się być tragedią narodową, końcem świata i błędem nie do wybaczenia. Trudno.
Na dzisiaj wpisuję w kalendarz porządki w segregatorach z dokumentami ( takie rzeczy na szczęście można realizować z poziomu wyrka ;). Może takie wczesnowiosenne remanenty przywołają lepszą aurę. Próbować trzeba, bo u nas ciągle szaroburo... W tygodniu wezmę się konkretnie za szafy. Trochę odgruzować się trzeba. Człowiek chomikuje zbyt wiele rzeczy, o których istnieniu później zapomina. Porządki w gazetkach już poczyniłam, więz jeśli jakaś haftująca krzyżykiem istota miała by chrapkę na włoskie magazyny z wzorami, to chętnie odsprzedam za ceny pół. Nazbierałam tego sporo i leży, bo na krzyżyki totalnie czasu brak. Gazetki urokliwe baaardzo, a włoskie wzornictwo dalekie od naszego, dość topornego jeśli chodzi o kolorystykę. Pomysłów mega dużo do wykorzystania. Polecam więc gorąco, a na adres mailowy mogę podesłać pełne zestawienie dostępnych pisemek. Jedna gazetka w empikowej cenie warta jest ok. 40zł, a my dogadać się możemy na spory rabacik ;) Niech idą w świat skoro u mnie tylko miejsce na półce zajmują. Dostępnych do przygarnięcia mam w sumie sztuk dziesięć, a to parę przykładowych zdjęć:








Gazetki zawierają przede wszystkim wzory  haftu krzyżykowego, ale w każdej znajdziecie też parę pomysłów na dzianiny, zabawki i różne elementy wystroju wnętrz ;)













Zdecydowanie jest z czego wybierać, a to tylko kilka przykładowych zdjęć tego, co w pisemkach można znaleźć ;)
Jeżeli ktoś chętny, to zapraszam serdecznie: annaporeda1@gmail.com

Miłego weekendu Kochani!
Dzisiaj nie ściskam i nie całuję, rozumiecie... choróbsko ;)
Macham Wam zatem z mojego wyreczka, papa!

Wasza A.