Obserwatorzy

poniedziałek, 10 września 2012

A ja rosnę i rosnę...

Tak tak, rosnę w siłę każdego dnia, bo mam obok siebie ludzi, których kocham całym sercem. Rosnę w poczucie własnej wartości, bo doceniana jest moja praca- FINALLMENTE!!! (na razie słownie, ale to i tak wieeeeele dla mnie znaczy :) Rosnę ze szczęścia ,że mam to co mam i jestem kim jestem! Rosnę tak o 15 cm każdego dnia z dumy nad moim dzieckiem (bo fajna z niej babeczka już, a w przyszłości czuję, że z dumy wysoka będę jak sosna w niebo strzelista).
Rosnę z tego szczęścia niestety też jak muffin dobrze wypieczony. Jeśli ktoś muffiny zna i lubi, to wie, że taki dobrze wypieczony charakteryzuje się "falbanką" opadającą swobodnie na brzeg foremki... Nie jest dobrze, oj nie. Najlepiej aktualnie leżą na mnie dresy, ale charakter pracy nie pozwala na tak swobodny styl odzieżowy. Należałoby upłynnić zawartość szafy i wybrać się na zakupy. Niestety jednak możliwości moich finansów mocno są ograniczone i pozwoliły na zakup jedynie jednej pary spodni (po przecenie) i to w dodatku kosztem rezygnacji z wizyty u fryzjera. Ot i moja rzeczywistość.
Niby wszędzie pędze w tempie szaleńczym, bo samotne macierzyństwo nauczyło mnie, że trzeba być tu i tam i jeszcze gdzie indziej, najlepiej w tym samym czasie,a i tak czuję jak pęcznieję z dnia na dzień. Apetyt dopisuje (wreszczie!) to fakt, ale należałoby ten przyrost ukrócić ZDECYDOWANIE!. Szóstka Weidera wydrukowana leży i czeka na swój moment. Kiedy tu jednak ćwiczyć jeszcze jak sypiam po pięć do sześciu godzin na dobę (doba ciągle i niezmiennie  za krótka , żeby zapanować skutecznie nad wszystkimi problemami mojej codzienności).
Nabiegałam się ostatnio mocno mocno. Z pracy do domu, w domu od kuchni do maszyny do szycia, żeby zapełnić stoisto na jarmarku. Po drodze wylądowałyśmy jeszcze w Kamiennej Górze na Święcie Mleka. Było miło, choć deszczowo i finansowo znowu wyszła bryndza (pokryłyśmy jedynie koszt przejazdu). Potraktowałyśmy jednak ten wypad jako rozrywkę i czas dla nas poprostu.
Stoisko w trakcie rozkładania wyglądało tak :
Z atrakcji imprezy skorzystała myszka moja i sprawdziła w praktyce swoje umiejętności :
Krowa była sztuczna, ale sukces w postaci mililitrów spory. Obiecaliśmy, że jeśli warunki pozwolą kupimy krowę do treningów, taką prawdziwą ;)
Kości,które nam wymarzły w Kamiennej Górze zregenerowaliśmy dzień później w Chełmsku Śląskim, dó którego wracamy po raz kolejny, bo ciągnie nas jak magnes.
Wpadliśmy na chwilkę do Apostołów na kawę i czekoladę. Na bombę chełmską nie udało nam się załapać tym razem, ale i tak było miło.



Dzieciątko kazało wystawić paluszek, żeby było z klasą. Cóż, przynajmniej przy kawie możemy się poczuć jak hrabiostwo ;)

A w drodze powrotnej pan I. zaserwował nam przysmak wielki- proste jadło, takie jakie lubimy najbardziej:
na trasie z Jawora do Legnicy na stacji benzynowej można zjeść taki rarytas właśnie. Idealny na jesienny przystanek, kiedy chłodek liże po karku. Wystarczy taki kartofelek pieczony prosto z królewskiego pieca i gębusia uśmiechnięta od ucha do ucha :) No tak... gdyby tylko nie to koło ratunkowe wokół talii :P...

piątek, 7 września 2012

Zamówienie specjalne

Pwiedziałabym nawet, że zamówienie bardzo specjalne, bo zmusiło mnie do złamania zasady, że wszystko musi być cukierkowe, słodkie i pastelowe. No dobra, jak zobaczycie zdjęcia to zauważycie, ze trochę cukierkowatości udało mi się przemycić ;) Jest przynajmniej na różowo, chociaż w mrocznej oprawie, ale jest ;)

Jest, udała się !Draculla dla pewnej Weroniki. Mam nadzieję, że się spodoba. Miało być coś w stylu Monster High i chyba jest coś w ten deseń.
Moje dziecię zaakceptowało i nawet zażyczyło sobie jedną taką dla siebie... cóż, nie rozumiem upodobań dzisiejszego pokoloenia, ale życzą sobie, to robię :)

piątek, 31 sierpnia 2012

No i leje...

Nie jakieś tam kapu kap, tylko deszczysko konkretne, które zaczęło się w nocy. Przez sen słyszałam jak woda tłucze się na balkonie o moje doniczki z krzewinkami. Niebo zaciągnięte nad całym miastem. Ani skraweczka prześwitu nie widać. Szaro, ciemno i sennie. Oj, przydałoby się jeszcze tak potulać w poduszkę, jeszcze chociaż z godzinkę.Zawinąć się w kołdrę jak krokiet do barszczu i wyruszyć w jakąś podróż pod zamkniętymi powiekami. Wszystko wskazuje na to, że to chlapanko ptzeciągnie się do wieczora. Na szczęscie zdążyłam urwać sobie trochę mimozy koło domu zanim przemokła doszczętnie i trochę słońca stoi teraz na stoliku w kuchni.
Mimoza stoi sobie w kance po mojej babci. Kaneczka kiedyś była czerwona i mocno odrapana, została więc pomalowana i ozdobiona decoupage'em.

Uhh, muszę zaserwować sobie jeszcze jedną kawę i zabrać się do pracy...
Miłego dnia życzę wszystkim
Anka

czwartek, 30 sierpnia 2012

Lekarstwo na nerwy

... no właśnie nerwy... są tacy ludzie, którzy skonstruowani są praktycznie z samego egoizmu i chociaż chciałoby się podusić ich jak kaczki za to, co czynią innym myśląc tylko o sobie, niewiele można zrobić... Tłumaczyłam pewnej takiej osobie, że krzywdzi, że działa źle, że to i tamto można inaczej, lepiej... i co? NIC! Szkoda słów. Czekałam cierpliwie, starałam sie rozumieć, tłumaczyć każdy głupi ruch.Niektórzy nigdy jednak  nie dorosną, bo po co?! Jeszcze wymagania otoczenia co do nich by wzrosły i trzeba by sie starać... po co?

Dobrze,  że jest mój Pan I. Dobrze, że można oprzeć głowę o ramię, a on głaszcze tą moją czuprynę rozczochraną i słucha. Tak poprostu słucha. Nie wiem czy sam wie jak wiele to znaczy.... Kubek z kawą w ręku, moja pełna żalu paplanina i to ramię- wyspa moja bezpieczna.

Dobrze też, że mam ja swoją dłubaninę, którą można zająć ręce i głowę, kiedy żale już wylane. A jak już wszystko skończone, to jakoś tak łatwiej zrobić krok nad tym złym dniem i ruszyć w następny...
Z tego żalu wczorajszego i tych nerwów powstało stadko spore. Bez obaw jednak, w nich ani żalu ani nerwów kropelki nie znajdziecie ;)

Broszki i breloczki, kotki i pieski z bawełny w moje ulubione groszki. W najbliższą sobotę wybiorą się ze mną do Kamiennej Góry na ŚWIĘTO MLEKA.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Relacja z jarmarku cz. I

Jarmark, jarmark i po jarmarku... Niestety nie dotarłam osobiście. Musiałam obśpiewać wesele razem z moim zespołem ( pięcioosobowa ekipa w składzie: Tomasz, Marek, Marek, Grzegorz i ja :). Wysłana przeze mnie delegacja spisała się jednak wyśmienicie. Moi rodzice razem z Natalką ostro działali nad marketingiem i efekty sobotniego wyjazdu są bardzo przyjemne. Pochwalić się mogę II nagrodą w konkursie na najciekawsze rękodzieło ludowe :) Dyplom jeszcze nie został oprawiony, a nagrodzona praca jeszcze w moich rękach, jeśli więc ktoś byłby zainteresowany Krasnalem Poziomką,  zapraszam do kontaktu ;)
 
Zdjęcia stoiska jarmarcznego przedstawię w poście kolejnym (sama jeszcze nie miałam okazji ich zobaczyć;)