Jakoś tak człowiek w naturze już ma, że najbardziej cieszy go to, co pierwsze i ostatnie. Pierwszy kroczek dziecka, pierwsze słońce wiosną, kwiaty pierwsze. Później wspominamy czyjeś ostatnie słowa wypowiedziane chwilę przed tym, jak na zawsze zamknął oczy, ostatnie przytulenie... Nawet jeśli tyle razy gadać nam się z tym kimś nie chciało... Cieszą zielonkawe pomidory z własnego krzaczka, które jeszcze tak pięknie pachną ale na słońcu już nie dojdą, a za moment jedyną opcją będą podróbki warzyw i owoców dumnie prężące się idealnie gładką skórką na marketowych półkach... Środek pomiędzy tymi zdarzeniami jakoś dziwnie nam ulatuje, czasem wręcz wkurzać potrafi, bo tak się czekało, aż to dziecko pierwsze słowo powie, a teraz buzia mu się nie zamyka...
Po ucieczce na wieś doświadczam radości więcej. Chociaż czasu większość spędzać muszę pod dachem, bo na wietrze i w słońca jasności oczy bardzo mi łzawią i szyć się nie da, to i tak zieloność wszechobecna jest na wyciągnięcie ręki. Raz po raz, a to z psem, a to z kotem przejdę się po trawie, jabłonkę pogłaszczę i pogadam do niej, zdziczałym czereśniom porośniętym bluszczem za cień i schronienie dla "moich" ptaków podziękuję i duch mój czuje się lepiej. Pierwsze pączki na drzewach dodawały otuchy, te opadające liście żegnam z czułością, ale był też czas na radość z bujnej zieleni korony drzew, kiedy te w najobfitszym momencie roku taniec kołysaniec mi tu prezentowały i otulały gęsto cały dom.
W niedzielę nałapałam ciut tych ostatnich słońca promieni. Jadąc trasą z Ziębic do Legnicy napatrzyłam się na niebo błękitne, delikatnymi chmurkami muśnięte, co jak dym z fajki starca wypuszczony wyglądały. Lubię jeździć przez małe wioseczki, wypatrywać ładnych elementów architektonicznych. Tu jakiś urokliwy płoteczek, tam mureczek, ganek z iście koronkowym wykończeniem. Dużo do podziwiania. Autostrada jest szybka i nudna. Tam się nie wypuszczam. Również dlatego, że rzęchusiem jeżdżę i stres w razie awarii większy. Przede wszystkim jednak monotonia i pęd mnie odstręcza. Teraz wioseczki moje wyglądają najpiękniej. Ostatnie kwiaty w rozkwicie, winobluszcze obłędnych kolorów nabrały, drzewa niektóre już żółte tak, jakby całe słońce wychwyciły z przestrzeni i teraz własnym światłem świecą. Jest cudnie. Pomiędzy wiosną i jesienią też było, ale ja chyba z racji wieku jesieniara się robię i te ostatki wciągam jak nałogowiec. Ostatnie owoce winogron, a mój pachnie i smakuje tak, że chyba nie dam rady Wam opisać, to radość do czerpania na jeszcze dobry tydzień z hakiem. Za chwilę za momencik zrobi się chłodniej, szarzej i znów trzeba będzie czekać na wiosnę. Pierwsze palenie w piecu już za nami. Też lubię :) Zapach dymu drzewnego zawsze dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Są takie zapachy, co błogostan u mnie wywołują niezmiennie: pieczonego w domu chleba, zboża, trawy świeżo wykoszonej, ziół suszonych, dymu, papierówek, bulgoczących w garze malin a nawet gotującej się kapusty kiszonej, czy smażonej cebuli... Sporo ich. Żadne "szanele" do tego bukietu nawet nie podskoczą. Cóż, prosta ze mnie kobieta ;) Lubię też zapach mojego starego domu. Ja z tych cudaków, co generalnie stare lubią, grynszpan, patynę, drewno wiekowe i plamiaste lustra. Przestrzenie gładkie, nowiusie, sterylne nie są mi przyjazne. Wolę też ludzi ze zmarszczkami, z jakąś historią na licu, niż tych naciągniętych jak membrana na bębnie. Może stary we mnie duch i nie bez powodu ciągnął w okolice świętej góry Ślęży :) Muszę się do niej wybrać kiedyś. Samotne podróże staram się jednak odkładać na później, kiedy mój pies zakończy swoją ziemską drogę. Ona nie da już rady wędrować, a ja obiecałam jej do minimum ograniczyć rozstania. Kto wie, może to nasz ostatni tydzień razem. Czuję, że moja dziewczynka serce ma już słabiutkie, trzyma się mnie blisko nawet w nocy, choć wcześniej nie wchodziła nawet do mojej sypialni. Teraz śpimy we czwórkę, ja, pies, kitka i Karolek-kątnik. No chyba, że to oni pilnują mnie, kto wie....
W tym miesiącu pierwsza rocznica od śmierci Tatki mojego. Cieszę się, że w tym roku mimo wszystko udało nam się doświadczyć wielu chwil szczęśliwych. Rok temu pierwszy raz dogłębnie doświadczyłam nowego wymiaru samotności, z którego chyba dopiero teraz zaczynam wyciągać coś naprawdę dobrego-jeszcze więcej własnej siły i pewności, że mam prawo żyć po swojemu, choćby i za wariatkę mnie brano ;)
Idę więc szyć nie pierwsze w tym roku duperałki na Wasze choinki, a Wy miejcie na uwadze, że mogą być ostanie... wszak wiecznie ż/szyć nie będę ;)
Wasza A.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zapraszam Cię do wyrażania myśli i komentowania wpisów.Każdy głos jest dla mnie cenny i pomaga w rozwijaniu bloga.
Jeżeli podobają Ci się moje zdjęcia znajdziesz ich więcej na instagramie. Odnośnik do profilu widoczny jest po prawej stronie ;)
Dołącz do grona obserwatorów na profilu Facebook'owym. Będzie mi niezmiernie miło.