Obserwatorzy

sobota, 13 sierpnia 2016

O tym jak rozeszły nam się drogi...

Kiedy ktoś mówi, że od dziecka czymś tam się zajmował, brzmi to często dość banalnie. W przypadku mojej wielkiej miłości do igły i nitki muszę jednak i ja wyciągnąć na tapetę ten banał.
Tak, od dziecka uwielbiałam bawić się nożyczkami. Wycinałam namiętnie wszystko i we wszystkim. Nawet kwiatki w parasolu mamy. Dając mi nożyczki do ręki rodzice gwarantowali sobie tzw. święty spokój. Siadałam cicho w kątku i cięłam. Towarzystwo lub jego brak nie robiło mi różnicy. Co nacięłam, to składałam w jakąś nową całość. Z ogromną przyjemnością obserwowałam moją szyjącą mamę, podglądałam jak babcia dziergała na drutach, fascynowało mnie szydełko. Chłonęłam wszystko jak gąbka. Mając jakieś 7 lat stroiłam mojego ukochanego misia we własnoręcznie wykonane sweterki i porcięta. Na dyskotekę szkolną w podstawówce ubrałam się w kieckę, która zaskoczyła moją mamę. Nie wiedziała nawet kiedy to "cudo" zmajstrowałam. Ręcznie szyte po nocach, ręcznie obrzucane brzegi i stebnowany dół. Uwielbiałam przeróbki. Te pierwsze najszczęśliwsze nie były, bo np. skracając spódnicę, którą podkradłam mamie, dziabnęłam ciut za dużo i trzeba było kitrać ją po szafach, żeby mama nie dorwała ;) Pierwsza szyta z wykroju bluzka też jakimś cudem wykroiła się z dwoma lewymi rękawami, a materiału było na styk, więc lipa.
Pierwszy sweter udziergałam w wieku lat szesnastu. Wielki był, miodowo-kremowy z kwadratów łączonych na przodzie i z dwoma warkoczami biegnącymi po bokach. Czasem jakieś oczko zostało przegapione i trzeba było pruć kilka, lub kilkanaście rzędów, żeby wrócić i poprawić. Prułam i walczyłam dalej. Nie odpuszczałam sobie. Musiało być tak, jak założyłam  na początku pracy, bez niedoróbek. Jakimś cudem miałam do tego ogromne pokłady cierpliwości. Sama nie wiem skąd.

Podczas studiów, które z modą i szyciem nie miały nic wspólnego, czas w akademiku umilałam sobie dalszym dziubaniem ręcznym. Tak do drugiego roku, kiedy to obśpiewałam pierwszego Sylwestra w życiu i za zarobioną kasę zakupiłam swoją pierwszą maszynę szyjącą. Od teraz było nieco łatwiej ;)

Rodzinę katowałam ciągłym gapieniem się w telewizor i programem Fashion TV. Śledziłam pokazy mody jak zaczarowana. Marzyłam, że może kiedyś... Niekoniecznie mój własny dom mody, ale praca dla kogoś, kto w tym świecie coś znaczy. Armani, Dior... marki, które od lat niezmiennie stawiają na jakość przeliczając co do milimetra każdy szew. Bajkowe suknie, które tworzy Zuhair Murad. Patrzyłam, podziwiałam pracowałam nad sobą i swoim warsztatem, aż w roku 2001 pognało mnie za ocean. W NY wylądowałam w sierpniu z tym ogromnym marzeniem w sercu, ale z wiarą siebie zbyt małą, żeby przeć do przodu. Na gumowych kolanach przechodziłam obok namiotów przygotowanych na NY Fashion Week, który odbywa się tam jesienią każdego roku.  No i przyszedł wrzesień. Widok walącego się WTC został w głowie. Płacz ludzi na ulicy, strach, niepewność... Wszystko pozmieniało się w parę chwil. Nowy York już nie zachwycał mnie lekkością stylu. Jego mieszkańcy jak kolorowe ptaki już mnie nie fascynowali jak przedtem. Tacy sami ludzie. Nie ważne w czym na grzbiecie. Wszyscy tak samo przerażeni i niepewni. Bez znaczenia z jaką kasą w portfelu, jak dobrze odszytej kiecce. Wszyscy myślę czuli to samo przejeżdżając np. Brooklyn Bridge, czy aby coś znowu  się nie posypie...
Zwątpiłam w sens mojej obecności tam. Nie czułam się jak w domu. Decyzja o powrocie była szybka i bilansując moje kolejne lata zdecydowanie trafiona.
Później trzeba było ogarniać jakoś tę polską rzeczywistość, co często wychodziło mi dość kulawo, ale zawsze jakoś ;)
W międzyczasie dorastałam, obserwowałam i ludzi, i siebie. Układałam w głowie priorytety. W tej drodze do dnia dzisiejszego temat "moda" rozmył sie zupełnie. Widząc znajomych, którzy za drogie metki pokroić by się dali w plasterki, którzy za tą modą pędzą na oślep jakby luster w domu nie mięli doszłam do wniosku, że szkoda mi na to czasu. Czy na grzbiecie Dior, czy sweter sieci F&F  tak samo mój dzień trwać będzie 24h, a życie darowane jedno. Spędzanie godzin na tworzeniu stylizacji, śledzeniu trendów, pajacowaniu przed lustrem i robieniu min do "fejsbukowych selfików"- nie dla mnie. Szkoda życia. Odpicować się mogę na specjalne okazje, a na co dzień wygodne dżinsy, T-shirt, czy koszula. Więcej czasu zostaje na pracę-moją przyjemność. Na pamiątkę zostały mi jeszcze stare projekty. Może ktoś kiedyś zechce je zrealizować, ja idę stroić moje misie ;)









Zdecydowanie stawiam na  kolorowe szmatki, całą moją radość, którą chcę zostawić po sobie, kiedy przyjdzie zamknąć oczy na dobre,


Uściski weekend'owe!
Wasza niemodna Cottoni

21 komentarzy:

  1. Przepiękna historia... Tj. o miłości do pasji, o pasji w ogóle... Zaangażowaniu... Pochłonęłam Twój tekst - dosłownie... Dziękuję Ci za podróż - także (poniekąd) w głąb Ciebie.
    Trochę Ci zazdroszczę tego zapału, ja szyć uczę się dopiero teraz, choć wcześniej próbowałam szydełkować (głównie dla swoich lalek), a i prace manualne (choć głównie robienie makiet-zabawek czy figurek z modeliny) zawsze mnie zajmowały...
    Życzę Ci szczęścia. Radości i spełniania się. Byś zawsze była na swoim miejscu i miała uśmiech na ustach.
    Fajnie, że jesteś :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja dziękuję pięknie za Twoje słowa. Obym jak najdłużej mogła być tu, gdzie jestem teraz :) Buziole!

      Usuń
  2. Ja nie mam cierpliwości do mody. Co chwilę jakieś zmiany, trendy czy jak tam zwali. Przecież i tak nie pójdę w takim Diorze do ogrodu ryć w ziemi ;) A Twoje misie, mysie i inne stwory wszystkich tych projektantów na łeb biją i tak. Nie sądzę, żeby dali radę takie cuda stworzyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te zmiany często napędzane są rynkową potrzebą zbyty, nic więcej. Za długo rurki w modzie? Bach, niech teraz tłum nosi dzwony, w kolejnym roku wciśniemy im marynarski styl, albo odcień moreli w wielu wariantach. Już szczytem bezczelności projektantów jest wciskanie ludziom kitu, że dresówka wygląda ładnie na każdym i w każdej formie, nawet garnituru... Masakra! Dzięki Ci Aneczko! Ściskam mocno!

      Usuń
  3. Aniu, jak mnie rozczulił ten tekst. Ostatnie zdanie jest kwintesencją Ciebie. Obyś nigdy nie przestałą stroić swoich misiów, bo niosą ludziom wiele radości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mysiu Kochana, dziękuję pięknie! Ściskam mocno, mocno!!!!!!

      Usuń
  4. Świetnie napisane.Czas mija , miejsca zmieniamy, czasy się zmieniają a pasje zostają i czasami są sposobem na życie. Pozdrawiam :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście dla mnie nadszedł taki czas, że faktycznie z pasji udało się stworzyć pełnoetatowe zajęcie. Oby trwał jak najdłużej ;)

      Usuń
  5. Piękny post, wchłonęłam na jednym wdechu. Projekty świetne choć pozostały tylko pamiątką. Najważniejsze, że robisz to co lubisz i sprawia Ci przyjemność, a Twoje cudne misie cieszą oczy i serca tylu ludzi. Od dawna zaglądam na Twojego bloga i podziwiam te urocze i tak dopracowane zwierzaczki. Nie mogę oderwać od nich oczu :)
    Pozdrawiam serdecznie i życzę dalej tak wspaniałych pomysłów :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak to dobrze być sobą i znaleźć kluczyk do szczęścia :) Je tez mogę śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwa, nie goniąc za niczym :))) Po sobie chciałabym zostawić dobre, ciepłe wspomnienia w ludzkich sercach :)
    Serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się :) Niestety niektórzy tego kluczyka szukają w rzeczach, kasie i innych ulotnych duperelach. Szkoda, że tak trudny wytłumaczyć im, że szukać go trzeba w sobie... Pozdrawiam cieplutko!

      Usuń
  7. Ładnie to ujęłaś. Być czy mieć. Napinać się czy odpinać. Ciągłe dylematy. Tobie sie udało odnaleźć siebie, ustalić swoje priorytety. Nie wszyscy dają radę ciągle gnając niewiadomo gdzie. A Ty przynajmniej wiesz czego chcesz. Pozdrawiam serdecznie 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety Ci, co ciągle stawiają na "mieć" zaczynają mi się pukać po głowie ;) Cóż, niech idą w swoją stronę. Z wiekiem faktycznie lepiej orientuję się w tym, czego chcę,a także w tym, czego zdecydowanie nie chcę. Ostatecznie nie musi mnie kochać cały świat, wystarczy, żeby garstka zrozumiała ;) Buziole!

      Usuń
  8. Fajna historia...widocznie tak musiało być!!! Uwielbiam ogladać Pani prace. Serdecznie pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie też tak myślę ;) Dziękuję pięknie Pani Sylwio! Również pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  9. Masz talent niewątpliwie. Twoje szkice modowe wyglądają bardzo profesjonalnie. Nasze życie często nie wychodzi tak, jak sobie zamarzyliśmy jako dzieci, nastolatkowie. Ale pasja zostaje i to jest najważniejsze. Realizujesz się artystycznie i jest fajnie. Do tego mieszkasz, wg mnie w najpiękniejszym mieście w Polsce :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W młodych głowach sporo pomysłów na przyszłość. Jako dzieciak planowałam, żeby zostać chirurgiem ;) Zawód również związany z szyciem i pruciem :D Cieszę się jednak, że z tych wszystkich planów wyszło to, co mam teraz.

      Usuń
  10. O matulu, Aneczko, ile Ty masz w sobie talentów ! Troszkę to niesprawiedliwe, bo mogłabyś obdzielić kilka osób! No kocham Cię bardzo, moglabym Cię jeść lyzkami. Widać że jesteś szczęśliwa i na swoim miejscu. Mi niestety brakuje kilku puzzli w tej układance.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Eluś... dziękuję Kochana. Wierz mi jednak, że im więcej umiesz, tym więcej osób cię nienawidzi... Podobno to co najbardziej wkurza ludzi, to świadomość, że jesteś naprawdę szczęśliwy ;)

      Usuń
  11. O matulu, Aneczko, ile Ty masz w sobie talentów ! Troszkę to niesprawiedliwe, bo mogłabyś obdzielić kilka osób! No kocham Cię bardzo, moglabym Cię jeść lyzkami. Widać że jesteś szczęśliwa i na swoim miejscu. Mi niestety brakuje kilku puzzli w tej układance.

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam Cię do wyrażania myśli i komentowania wpisów. Chcesz powiedzieć coś więcej? Napisz drogą mailową.