Obserwatorzy

wtorek, 12 kwietnia 2016

Dobre miejsce

Jestem jestem, jeszcze dycham ;) chociaż, po absencji w blogosferze można by mieć pewne wątpliwości.
To nie zawiecha twórcza, ale za dużo wszystkiego, co sama sobie na garba tradycyjnie wrzucam. 
Poza tym jak melodii do pisania brak, to lepiej zamilknąć na czasu trochę i poczekać cierpliwie, aż ta melodia znowu w duszy zabrzmi, nie robiąc nic na siłę.

Naplanowałam  ostatnio masę rzeczy, ale zmęczenie  materiału dało znać o sobie i plany trzeba było zweryfikować konkretnie. Dla poukładania myśli, wyklarowania wizji bliższej i  tej dalszej przyszłości desperacko potrzebne mi były wakacje. Nie tylko mi oczywiście, bo moja druga połowica też zarobiona pob czubek kokardki. Zasłużyliśmy na oddech.
Urlopować się w tym roku nie będziemy, więc tym bardziej chwila dla nas była potrzebna. Postawiliśmy przede wszystkim na zmianę powietrza. Zawartość siary i ołowiu w naszym miejskim klimacie trzeźwemu myśleniu i odpoczynkowi nie  sprzyja. Wybraliśmy więc miejsce w tlen bogate i spokój... bo tylko spokój nas może uratować ;)
Kurortów nie lubię, lansowania się w wielogwiazdkowych hotelach też nie, więc wybór był jasny: agrorturystyka w jakimś malowniczym zakątku. Poszukiwaniem miejscówki zajął się I. ,ale jak tylko rzuciłam okiem na zdjęcia domku z malowanymi na niebiesko oczami/oknami, szybko pisnęłam " O tam jest ładnie!!!". 
Ładnie było, ba! Bardzo ładnie było, co choć kilkoma fotkami spróbuję Wam przekazać.
Zaznaczam też na wstępie : NIKT MI ZA REKLAMĘ NIE PŁACIŁ. To ja chętnie dała bym dużo, żeby jak najszybciej wrócić w to miejsce. Tym bardziej, że od powrotu organizm już mi się broni i bólem głowy alarmuje "Uciekaj stąd, to nie życie dla ciebie!".
Nie naganiam Was też do wyjazdu, bo to, co mnie oczarowało, dla innych wcale czarujące być nie musi. Postaram się jednak moimi kulawymi słowami opisać miłe mi obrazki i uczucia. Co z nimi zrobicie, Wasza wolna wola ;)

NAD HORYŁKĄ... link znajdziecie pod postem. Miejsce stworzone przez przemiłą parę, która usmiechem wita na progu, ale jeśli nie życzycie sobie w Wasze chwilowe bytowanie w ich domu ingerować wcale nie będą. Owszem są tuż obok, w razie czego służą i radą i pomocą, ale nie wiszą nad człowiekiem i nie kontrolują każdego ruchu. Można czuć się swobodnie. Umiejętność przemykania po angielsku mają opanowaną do perfekcji :)  Starą bieszczadzką chatę bardzo zgrabnie doprowadzili do stanu pełnej używalności. Z opowieści jednak ich samych i przyjaciół, których na miejscu mięliśmy przyjemność poznać, początki różowe wcale nie były. Dla tego klimatu pożegnali Warszawę. Nie jest to jednak para miejskich popierdółek, które po podjęciu decyzji przeprowadzki  z dużego miasta dały by się przygnieść wiejską rzeczywistością, co to, to nie. Byka za rogi ewidentnie chwycili dziarsko i puszczać wcale nie zamierzają. Team z nich naprawdę zgrabny i uzupełniający się nawzajem idealnie, miło popatrzeć, serio. Nie użalają się, że ciężko, nie miałczą, że roboty dużo. Wręcz przeciwnie, robią swoje z przecudownymi usmiechami na ustach. Z fajnych ludzi dobra energia bije na kilometr, takie pozytywne promieniowanie ;) Dla nas osobiście są kolejną cegiełką motywacyjną do opracowania strategii ucieczki na nasze zadupie. 


Mimo, że ziemia bieszczadzka dopiero powolutku budziła się do życia po zimie, już było pięknie. Nawciągaliśmy się tego wiosennego powietrza w płuca i mordki do słońca wystawiliśmy na długi czas, zbyt długi nawet. Ja osobiście przez pierwsze dni wyglądałam jak rasowy turysta z Niemiec po paru solidnych browarach- czerwień idealna :) Na szczęście szybko zmieniłam odcień, skórę na nosie też ;)
Leżakowaliśmy błogo jak pensjonariusze sanatorium rozmawiając godzinami, marząc o dobrych zmianach i zasłuchując się w cudne, pszczele basso continuo dochodzące z pobliskich uli.  Jeżeli taki jest tam początek sezonu, to kiedy wszystko będzie w pełnym rozkwicie... ech... marzenie-skrawek raju. Uwielbiam takie miejsca. Tam nawet psy chodzą uśmiechnięte, a najbardziej uradowana jest chyba Zuza, totalnie urocza  kundelka, mieszkanka tego domu. Psie przyjaźnie nawiązaliśmy jednak z niemal połową pobliskiego zwierzyńca. Wystarczył jeden spacer  przez wieś i nawiązanie serdecznej znajomości z Pankracym, który oprowadził nas po okolicy zapraszając do towarzystwa inne psy sąsiadów. Cóż, musieliśmy wyglądać dość specyficznie maszerując drogą z siedmiomia podskakującymi radośnie kumplami ;) Wygłaskałam psie łebki za wszystkie czasy. Musi wystarczyć na długo, zanim stworzymy sobie warunki dogodne dla posiadania własnego czterołapa... 

Znaleźliśmy tam wszystko to, czego do szczęścia nam trzeba. Cisza, spokój, ciepły duchowo klimacik, dom z duszą i pięknie zielone dywany dookoła. Tego szukamy my. Jeżeli Wy też, to szczerze polecam. Dom mimo leciwego wieku jest czysty i pachnący.  Zwierzaki są, ale nauczone, że w części mieszkalnej udostępnianej gościom bez wyraźnego zaproszenia błąkać  się nie wolno. Kocurki biegają po łące i siedząc na werandzie przy posiłkach aż miło patrzeć na ich  harce. Nie są jednak nachalne i nikt mordki do talerza nieproszony nie pakuje. To tak informacyjnie z naszej strony. Jeśli macie pytania  zapewne właściciele chętnie opowiedzą, bez ściemniania i czarowania. Paniusiom i dziuniom w "la butenach" odradzam wycieczkę. Totalnie brak publiczności podziwiającej Wasze wdzięki, no i "la buteny"  zapadną się w gruncie. To kawałek świata dla zwolenników konkretnego obuwia do leśnych wycieczek, kaloszków kiedy trochę kapie z nieba,no i stóp bosych  z radością gmyrających paluszkami w trawie :)









Na koniec powiem jeszcze tylko , że wszędzie były biedronki, które zawsze przywodzą mi na myśl jeden z moich ulubionych filmów " Pod słońcem Toskanii" :)

Zaciekawiłam? Zachęciłam? Jeżeli tak, klikajcie o tu: Nad Horyłką

Ja dzisiaj się odmeldowuję i gnam do swoich obowiązków.
Dziękuję, że mimo mojego ociągania jesteście tu nadal. Moc uścisków dla Was!

Wasza A.


13 komentarzy:

  1. z przyjemnością przeczytałam post, super że odpoczęliście, pozdrawiam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chociaż trochę akumulatorki udało nam się naładować :) teraz znowu 300 % normy ;) Buziaki!

      Usuń
  2. Piękne miejsce i bardzo zachęcająco je opisałaś, tylko te kilometry. Ale kto wie może kiedyś? Pozdrawiam : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, kilometrów sporo i dla nas. Bieszczady jednak chociaż raz w życiu mus jest odwiedzić ;)

      Usuń
  3. Widać, że to wspaniałe miejsce! My w Bieszczady jedziemy latem. Nie mogłam namówić męża na podobną chatę, wybrał trochę inny klimat. Twierdzi, że muszą być atrakcje dla dziecka. A ja pytam, czy pies, natura i rodzice nie wystarczą? Eh, może następnym razem. Chatkę zapisuję na listę miejsc do odwiedzenia.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, chyba tacie trzeba trochę wjechać na ambicje ;) Przecież można z kijka wędkę zrobić i nad strumykiem posiedziedzieć, pogadać, kijek w wodzie pomoczyć, albo do lasu iść i uczyć latorośl jak tropy rozpoznawać, albo o pszczółkach i motylkach opowiedzieć :) Cała masa rzeczy do zrobienia jest, tylko głową ruszyć trzeba. Fajerwerki i trampoliny i tak wystarczą tylko na chwil parę i radość mija. Zbudowane więzi wypracowane wspólnie spędzonym czasem zostaną na zawsze :)

      Usuń
  4. Rewelacyjny wyjazd. Milo bylo poczytac. Życzę Ci eiecej takich wyjazdów

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniałe miejsce do wypoczynku a w takiej chatce mogłabym zamieszkać-urokliwa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Super miejsce. Bardzo lubię właśnie w takich miejscach spędzać wolne chwile, naładować akumulatory:)
    Coś mi się wydaje, że skorzystam z tej oferty:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Super miejsce, marze o takim wypadzie od lat :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  8. Piękne miejsce z klimatem . Pozdrawiam :-).

    OdpowiedzUsuń
  9. Aniu, a nic tam dla Was obok nie było? Jak tak strasznie mocno trzymam kciuki, żebyś w końcu razem z I. znalazła ten swój kącik. A do Horyłki zachęciłaś bardzo - już googlam!

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam Cię do wyrażania myśli i komentowania wpisów. Chcesz powiedzieć coś więcej? Napisz drogą mailową.