Obserwatorzy

poniedziałek, 8 lipca 2019

Talent.

Wypatrzyłam ostatnio na FB zdjęcie z tekstem, który mówił, że "Bóg nie wybiera zdolnych, ale uzdalnia tych, których wybrał". Myśl piękna i bardzo sercu miła, chociaż ja zdania jestem, że Bóg wszystkie swoje dzieci kocha tak samo i każdemu dał wyjątkowy pakiecik. Nie każdemu jednak chce się szukać w sobie, a nawet jak już coś znajdą, to ten dar rozwijać. Talent bowiem, to zawsze tylko kilka procent efektu końcowego. Cała reszta, to praca, praca, praca. To treningi do granic wytrzymałości, poświęcenie, upór i determinacja. Talent to nie tylko śpiew, taniec, umiejętność uwieczniania rzeczywistości pędzlem na płótnie, czy myśli piórem na papierze. Ile aktywności człowieka, tyle talentów, a z rozwojem tego świata ciągle ujawniają się nowe. Talent można mieć do pieczenia ciast, wychowywania dzieci na wspaniałych ludzi, do układania płytek i gładzenia ścian, czy pisania programów komputerowych. Talent do słuchania słów rozmówcy, czy motywowania do życia i działania są równie cenne. W każdej ludzkiej głowie i rękach siedzi tyle możliwości. Każdy móżdżek, nawet najmniejszy, to komputer, którego tajemnicy i potencjału człowiek nie zgłębi chyba do końca świata. Jak działa mój komputerek? Czasem zawiesza się na myślach uporczywych, dużo koduje, ciągle przetwarza. Bezustannie analizuje słowa, gesty, najróżniejsze bodźce. Możliwe, że dlatego zdecydowanie nie lubi rozmów telefonicznych, woli kontakt bezpośredni, bo przez telefon z samych słów dostaje za mało danych. Nie widać mimiki, powiedzieć można wszystko, co ktoś chce usłyszeć wywracając oczyma w pogardzie, udawać zbyt dużo. Woli twarzą w twarz, lub trzymając się terminologii komputerowej, monitorem w monitor ;) No i w oczy patrzę kiedy rozmawiam. Gapię się czasem może zbyt mocno, co niektórych peszy, innym daje złudne poczucie flirtu. Ja jednak nie flirtuję, czytam człowieka. 
Mój komputerek zawirusowany jest kompleksami. Takie pliki cookies, nadmiar których trochę komplikuje sprawne funkcjonowanie. Dużo ich, bardzo dużo i jeśli nawet wiem co ich rozwój nawoziło, to i tak wyplenić nie umiem. Reset totalny byłby potrzebny, czyli terapia prądem najlepiej.  
Co motywuje mój komputerek do działania? W rodzinnym domu pochwał nie było. Ciągle słyszał, że wszystko robi źle, że do niczego właściwie się nie nadaje, że tylko wstyd i wstyd przynosi. Udowadniał więc ile sił, że jest inaczej. Starał się chłonąć nową wiedzę i umiejętności, działał na pełnych obrotach i ciągle w poczuciu niedoskonałości wyciskał z siebie więcej i więcej. Czy chwalony zadziałał by lepiej? Tego nie wiem, bo czasu się nie cofnie. Niektórzy chwaleni od dziecka za byle bazgroł na kartce, czy totalnie beznadziejny występ w przedszkolu obrastają w pióra i tylko balon wokół nich rośnie przez lata, nic poza tym. Innym jednak pochwała dodaje skrzydeł i wynosi ponad chmury.  Recepty na wychowywanie dzieci nikomu więc nie daję, nikogo nie pouczam, bo szczerze, to nie wiem, czy smaganie duszy słownym batem, czy jej głaskanie jest lepsze. Gdybym może popadła w samozachwyt przy pierwszych szyciowych wyczynach dzisiaj nie byłoby tak ładnie.  Słyszałam jednak ten głos, " Tu krzywo, tam niedokładnie, co to ma być, to ty po to studia kończyłaś, żeby teraz szwaczką zostać?!" Tak kurła... Najbardziej zaje.... szwaczką chcę zostać. Krawcem przez  wcale nie fałszywą skromność jakoś nazywać siebie nie chcę, bo tak długo jak garnituru skroić na wymiar nie umiem, tak tytuł w pełni należeć się nie będzie. Z resztą... przylepianie jakichkolwiek tytułów nie leży w mojej naturze. Wolę zwyczajnie robić swoje. Szwaczkuję więc i rękodzielniczkuję plus słowotworzę kiedy tylko najdzie mnie ochota :) 
Talenty dostałam w pakiecie artystyczne. Czy wszystkie odkryte? Hmm, mam nadzieję, że życia ziemskiego jeszcze ciut dostanę i może coś nowego w sobie znajdę. Na skrzypcach grałam od siódmego roku życia. Dwanaście lat szkoły muzycznej. Dwanaście lat bicia się w duchu, że nie jestem wystarczająco dobra. Mój nauczyciel skrzypiec twierdził, że talent spory, ale spektakularnych  osiągnięć nie było i zwyczajnie jakoś tak nie czułam luzu w tym graniu. Zbyt dużo odtwórczej pracy, zbyt mało mnie. Ale uwielbiałam grać w orkiestrze, później śpiewać w chórze, bo poczucie harmonii i wszystkie te jej dźwięki składowe dawały nieopisane wręcz szczęście, uczucie spełnienia. Każdy człowiek to zwierzę stadne i nawet ja z moim pogłębiającym się introwertyzmem czasem ludzi potrzebuję. Orkiestra i chór to moje stada były, jedyne sytuacje w życiu, w których bycie częścią tłumu sprawiało mi prawdziwą przyjemność. 
Talent wokalny. Śpiewać to ja lubiłam, a jakże. Każdą reklamę praktycznie musiałam odśpiewać razem z telewizorem. W domu nikt się jednak nie zachwycał, raczej komentarz leciał "Ty musisz ciągle wyć?" Jeżeli więc wśród najbliższych znów zachwytu nie poczułam, to i skłonności do pchania się na scenę nie wykształciłam. Później przez lata całe zarobkowo pracowałam tym niedoskonałym  wokalem, bo trzeba było jakoś samotną rzeczywistość ogarniać. Pierwsze śpiewane imprezy wymagały jednak  mocnego podlewania wodą ognistą, bo przez kompleksiory ręce latały jak przy Parkinsonie i ryzyko upuszczenia mikrofonu było zbyt duże. Śpiewanie moje ludziom się podobało, chociaż często myśl przez głowę przebiegała, czy to aby nie działanie częstych toastów weselnych ;) 
Dzisiaj śpiewam już tylko w samotności, ale jak wspomniane we wcześniejszym poście ukulele sobie nabędę, to jakieś biesiady przy stole i winku pewnie jeszcze wokalnie okraszę :)
Praca z igiełką, to zdecydowanie moje pole do popisu. Tu czuję się najswobodniej i czasem tylko przeraża mnie kurczący  się czas przy nawale pomysłów do zrealizowania. Problem mam wręcz z wyrzucaniem nawet małych ścineczków, bo wszystko myślenie podsyca. Sypiam niewiele, pracuję dużo i rozwijam mój antytalent do tworzenia bałaganu :P Tak, tak. W tym też jestem dobra, o ile można wadę postrzegać w kategoriach rozwojowych.  To mój największy minus chyba, sianie wszystkim dookoła. Tu nuty, tam szmatki, włóczki, rozłożone na stole skrzypce, bo wczoraj miałam tak ogromną ochotę pograć sobie etiudy Kreutzer'a i instrumentu nie schowałam, bo może jeszcze jutro coś pogram troszeczkę... Okropny nawyk- nieodkładanie rzeczy na miejsce. Mam jednak jego świadomość i pracuję nad sobą, jak ten Syzyf trochę, ale pracuję. No i jak już totalnie się zagracę, to przychodzi takie dźgnięcie w dupsko i lecę jak burza odkurzając nawet dawno zapomniane zakamarki. Wystarczy, że czegoś, co pilnie potrzebne, odszukać nie mogę. Czasem pomaga też informacja, że jutro w gości ktoś wpadnie, wtedy też zmieniam się w prawie perfekcyjną panią domu :) Z naciskiem na prawie :P  Z bałaganu tego twórczego  jednak wiele dobrego wynika czasami. Rozrzucone szmatki wielokolorowe, wstążeczki i niteczki czasem tak się pięknie dopasowują i inspiracją są ogromną. Przy kolejnym układaniu i przebieraniu stert materiałów i worków z włóczkami zawsze wpadam na jakiś nowy pomysł. 
Talent mam też do ciast pieczenia, chociaż najbardziej lubię takie proste: murzynek, drożdżówka, placek z rabarbarem i kruszonką. Klasyczki, ale jakoś w moich rękach rosną przepięknie i smaczne są bardzo, bardzo. Chociaż może to tylko kwestia odpowiednich składników, bo tam gdzie margaryna w przepisie, to ja  zawsze masło, cukru wanilinowego nigdy, ale wanilię prawdziwą, sztucznych polew nie toleruję, czekolada być musi. Ot, takie proste triki kulinarne, które ewidentnie robią różnicę.  Pieroguję też ostatnio dosyć intensywnie, no i te wychodzą wzorcowo. Wiadomo, estetyka zachowana, falbanka na każdym zawinięta jak w barokowej kiecce i nie za duże, żeby zgrabnie na talerzu wyglądały. Mama mówiła, że mąkę trzeba sparzyć, to ciasto miękkie będzie,co komputerek dawno temu zakodował i ta wiedza się przydała.
Talent do słów składania. No dostało mi się, wiem, chociaż mój profesor w liceum twierdził inaczej i robił wszystko, żebym zamilkła na wieki.  Wypowiedzieć się na żywca do mikrofonu jakoś nie umiałam nigdy, ale jak widzę te myśli moje przelatujące właśnie przed oczami na monitorze, to jedno słowo drugie za sobą ciągnie płynnie, gładko, często z sensem... jest dobrze. Wracając do wcześniej napisanych tekstów wiele bym poprawiła, wygładziło by się to i tamto, byczki usunęło, powtórzenia zastąpiło synonimem. Może dlatego książki napisać nie mogę, chociaż zaczęłam dawno temu. Do usranej śmierci wracała bym ku pierwszej stronie i poprawiała, poprawiała, poprawiała... Taki stan chorobowy, ale każdy jakąś korbę ma, tylko nie każdy zdiagnozowaną. Moja to narzucony, wyuczony perfekcjonizm. Mechanizm zakorzeniony tak mocno, że już nikomu nic udowadniać nie muszę, poza sobą samą. Są rzeczy, które bez wyrzutów sumienia umiem już sobie odpuścić, ale jeśli robię to, co lubię, to lubię to robić jak najlepiej potrafię. Pisać lubię, a jakże, dlatego zanim wrócę na początek tego posta, żeby w upierdliwości swojej poprawiać co napisane, to wrzucę Wam jeszcze zdjęć parę i puszczam słowotok w sieć. W przeciwnym razie będę tu koczować do wieczora przynajmniej, a tyle innych rzeczy do zrobienia czeka :)
Dobrego tygodnia życzę i niech Wasze talenty ujawniają się w nieskończoność
Buziole 
Wasza A.




















 

2 komentarze:

Zapraszam Cię do wyrażania myśli i komentowania wpisów.Każdy głos jest dla mnie cenny i pomaga w rozwijaniu bloga.

Jeżeli podobają Ci się moje zdjęcia znajdziesz ich więcej na instagramie. Odnośnik do profilu widoczny jest po prawej stronie ;)

Dołącz do grona obserwatorów na profilu Facebook'owym. Będzie mi niezmiernie miło.