Obserwatorzy

piątek, 12 lutego 2016

Miłość jak gorąca czekolada...

Wielkimi krokami nadciąga kolejne święto. Dla jednych bzdurne, dla innych urocze. Niektórzy zarzucają mu obce pochodzenie, inni nie zarzucają mu niczego tylko łapki zacierają, bo okazja się zbliża do wyznań, randeczek, buziaków i słodkich słówek. No i dobrze. Fajne to święto, zwłaszcza jeśli ma się z kim świętować.  Fajne, jeżeli jest ktoś, kto to miłosne świergotanie odwzajemnia i nawet po wielu latach w związku niczego durnego nie widzi w paru miłych, wspólnych gestach.
Niestety, tak to już jest, że dla niektórych to jedyna okazja do tego typu wyznań, darowania i otrzymania drobnostek w postaci kwiatka, czy pralinek. Niby takie nic, a cieszy. Brak zupełny jednak zdołować może dość mocno, zwłaszcza, że zdecydowana większość związków od tych właśnie słodkich słówek, kwiatków i czekoladków się zaczyna, żeby póżniej zdechnąć  w rozpaczliwym obrazie szarej codzienności. Czy tak być musi? Wcale nie. Tylko od nas to zależy, no i od tego jak bardzo zależy jednej i drugiej stronie ;)  Słyszałam jednak, że miłość to ciągła wojna, w której wygrywa ten, komu zależy mniej... Szkoda, że tak jest. Mój wrodzony romantyzm i niepoprawny optymizm każą mi jednak wierzyć, że są takie pary, którym przeciąganie liny jest obce, które dbają o siebie nawzajem w absolutnie równym stopniu, które w ogień by skoczyły za sobą bez chwili zastanowienia. Takiej miłości zawsze szukałam i liczyłam na to, że taką dostanę, bo sama takową mam do  zaoferowania. Na nic zdawały się matczyne nauki, żeby facetowi 100% siebie nie dawać, nie starać się zanadto, nie pokazywać jaka jestem pracowita, zaradna, ile potrafię. Ja kudłata durnowata zawsze tonęłam w miłości, żeby po jakimś czasie stwierdzić brak dopływu tlenu. Kiedy już wynurzałam się na powierzchnię okazywało się, że dookoła nic tylko suchy piach został i na nim w stronę wyjścia skierowane ślady stóp tego, co tak pięknie o miłości opowiadał....
Tak sobie ostatnio myślę, że początki są zawsze takie same. Sama słodycz, cukier i lukier. Jakby piło się 24 godziny na dobę gorącą czekoladę z piankami na dokładkę. Serce rozgrzane, oczy błyszczą jak u ćpuna tym cukrem odurzonego, a stopy zdają się unosić nad ziemią jak te pianki w kubeczku. Cały czas takiego słodycza pić się nie da.Cukrzyca gwarantowana, albo solidnie mdłości przynajmniej ;)
Nie wytrzymała bym z facetem, który na okrągło by mi kadził, wierszem gadał i jak w obraz patrzył, o nie. Wolę takiego, który popisówek na początku nie odstawia, ale i z upływem czasu nie zapomina, że jestem kobietą. Takiego, w którego oczach mogę się przejrzeć i widzieć, że to na mnie do końca swoich dni chce patrzeć, że dla niego mimo kąsającego nas zęba czasu ciągle jestem ładna i jemu najbliższa. Niech zamiast tej słodkiej jak ulepek czekolady podaruje mi herbatkę z malinami, czasem pikantną z imbirem, czasem z odrobiną kwasku cytrynowego, bo w relacjach damsko męskich róznorodność jest cholernie ważna. Niech mi jednak w tej herbacie cukru nie odmawia, bo obojętność ze strony faceta jest jak gorzka pieruńsko herbata. Ja lubię słodką, tak dwie łyżeczki max. Gorzką to na ból brzucha mogę pić, ale nie codziennie i nie do końca życia! Tym bardziej, że czasem może się okazać , że z tej herbacianej torebki to już niejeden kubek zaparzono, a nam została tylko woda zabarwiona na mało ciekawy kolor...
Nie akceptuję gorzkiej herbaty, ani popłuczyn po takiej parzonej latami dla kogoś innego.
Takiej miłości chcę, która wierzy we mnie i nie kalkuluje, bo ja na swoją stronę przeciągać niczego nie umiem i nie chcę się nauczyć. Takiej miłości potrzebuję, która poznać mnie będzie chciała do potrzewki i zapomni o wszystkich złych doświadczeniach, które były gdzieś tam kiedyś z kimś innym. Za taką miłością nawet na koniec świata mogę iść!
Ja mimo swoich paskudnych doświadczeń, nawet takich, które nie tylko duchowe siniaki zostawiły, nigdy nie powiem, że wszyscy faceci to świnie. Są na świecie dobre, ba! nawet bardzo dobre chłopaki, spotkania których Wam życzę :) Chłopakom też życzę kobiet szczerych, kochających i uczciwych. Nie wszystkie kobiety to lafiryndy, które tylko ustawić się chcą za Wasze pieniądze, złapać Was na dzieciaka i doić alimenty, czy szarpać Wasze majątki. Czasy mamy paskudne dla związków, bo rozpadają się rodziny i z prawa, i z lewa. Z okazji tegorocznych Walentynek życzę Wam jednak ogromnej wiary w miłość i wytrwałości w jej poszukiwaniu. Nawet jeśli ta prawdziwia ma się przytrafić pod koniec ziemskiego żywota. Jeden choćby dzień z taką w sercu, trzymającą Was mocno za rękę, cenniejszy jest niż całe życie z bezbarwnym substytutem uczuć.
SZCZĘŚLIWEGO DNIA WALENTEGO!



Wasza A.
P.S. Tak tak, miało być rozdawanko w okolicach wekend'u, ale się nie wyrabiam.... ot taka moja tradycja jak widać... Na własny pogrzeb też pewnie spóźniona się zjawię ;) Pracuję jednak nad tym i słowo daję, że będzie po co stanąć w kolejce ;)

wtorek, 2 lutego 2016

Trzydzieści osiem.


Tak tak, 38  to rozmiar mojego obuwia, przynajmniej w zdecydowanie większej jego częsci. Nie o obuwiu jednak dzisiaj będzie, przynajmniej nie głównie. Te trampelówki ze zdjęcia powyżej to mój urodzinowy gifcik od I. :) Do tej marki przekonała mnie moja nastoletnia mysz, chociaż ja markowa nie jestem i metki obchodzą mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Nie widziałam sensu wydawania paru stówek na trampki. Ostatecznie jednak przechodzę na stronę "Conversowców" potwierdzając, że takie zwykłe to one wcale nie są ;) Tym bardziej, ze prezent mogłam sobie sama wybrać, zdecydowałam więc, że mój kolejny roczek życia jeszcze taki poważny, garsonkowo stateczny i zdziadziały nie będzie hehe...
38 wiosen... kiedyś myślałam, że na tym etapie życia to człowiek już do bólu poważny się robi i co tu dużo gadać, stary już jest i tyle. Okazało się jednak, że po dwudziestce czas zaczął tak gonić, że do własnego wieku nie było kiedy się przyzwyczaić.
Niektórzy z upływem czasu mają spory problem, ja go jednak lubię i doceniam. Zmienność wszystkiego, przypływy i odpływy, nowi  ludzie, ciekawe znajomości i ja coraz bardziej świadoma siebie, łatwiej akceptująca  niedoskonałości, znająca mocne moje strony. Pozwalam sobie na więcej spokoju, cierpliwości też mam więcej i szczerze mówiąc czekam na magiczną 40, bo odfajkowując swoje 38 już czuję się na tym świecie dużo pewniej niż wtedy, gdy byłam zakompleksioną małolatą.
Plany na najbliższy rok? Dużo pracy (którą lubię ogromnie), dużo miłości (którą nareszcie po wielu latach strzelania kulą w płot otulić się  mogę po czubek głowy nawet w najbardziej mroźny dzień) no i książka, która w głowie kompletna jest i ukończona od pierwszej po ostatnią stronicę, ale w  fizycznej swojej postaci utknęła na drugim rozdziale.
Co do blogowych planów to muszę się wziąć ostro do roboty. Trochę tu przysnęłam ze wszystkim i dawno z Wami nie rozmawiałm, przepraszam. Zaplanowałam dla Was troszkę DIY. Najbliższe będzie ze wspomnieniową tablicą korkową :) Mam nadzieje, że przypadnie Wam do gustu,
Przygotowuję też dla szyjących cykliczny KURS STARANNEGO SZYCIA. Wiele osób walczy aktualnie przy maszynach do szycia, bo pożyteczne to i modne się stało ostatnimi czasy. Pokaże więc jak wykańczać detale i nie straszyć na zdjęciach cellulitem w zabawkach, szwach łapanych na okrętkę, czy nitkami wyłażącymi z każdej strony. Zainteresowani? ;) Jeżeli macie jakieś problemy z wykończeniówką, którymi chcecie, żebym zajęła się w pierwszej kolejności, to śmiało piszcie.

Z okazji moich urodzin będzie też prezent dla Was, dawno też tu nic z cukierków nie było... Z rozdawajką wpadnę na blogosferę w okolicach weekend'u, a teraz lecę się urodzinować. Mam na to całe dwa ni,taki bonus od losu, bom rodzona dnia drugiego lutowego, a w papierach 3 luty. Taki drobny błąd, którego komuś nie chciało się prostować.
Buziaki dla Was zasyłam urodzinowe i tortem czekoladowym uciapane (słodki, że aż mordkę wykręca...;)

Wasza A.